Bałtyk Gdynia delikatnie nawiązał do ładnych tradycji niedawnych lat, gdy roczniki 1983 i 1984 (wywodzą się z nich między innymi Jakub Biskup oraz Kamil Biecke) były postrachem każdego klubu. Chociaż obecni juniorzy starsi Bałtyku tak naprawdę nie powinni nawet występować na tym szczeblu, gdyż ich starsi koledzy nie uniknęli przed rokiem degradacji i tylko wycofanie Celtiku Reda pomogło w zachowaniu ligowej miejscówki. Tymczasem podopieczni Mikołaja Podgórniaka awansowali do grupy mistrzowskiej, gdzie do ubiegłego tygodnia osiągali mierne wyniki, żeby na koniec dać nieprawdopodobny popis ambicji i charakteru. Najpierw zrzucili z pozycji lidera Lechię, a następnie uczynili to samo z jakże wdzięczną im przed tygodniem Arką. Wprawdzie gdyńskie derby zakończyły się tylko remisem 1:1, uratowanym tuż przed końcem przez żółto-niebieskich, ale wystarczyło to, żeby lechiści złapali Pana Boga za nogi i kolejkę przed końcem wrócili na pierwsze miejsce w tabeli.
Niewiele jednak zabrakło, by Lechia musiała pluć sobie w brodę. W Słupsku znów zagrała bardzo słabo i dopiero w końcowym fragmencie wymęczono skromne 2:1. Wprawdzie po pół godzinie gry Mateusz Osewski zrobił użytek z prostopadłego zagrania Łukasza Świostka, ale kilkadziesiąt sekund później Marcin Pluta wykorzystał niezdecydowanie golkipera biało-zielonych i doprowadził do wyrównania. Między słupkami stał Grzegorz Kuczyński, który w tej rundzie przegrywa bramkarską rywalizację w juniorach młodszych, ale jego szansą okazało się powołanie Krzysztofa Leszka do meczowej kadry seniorów w zastępstwie kontuzjowanego Mateusza Bąka. 20 minut przed końcem tego wyrównanego i rozgrywanego w potwornym upale spotkania, gospodarze złapali się za głowy po sytuacji Adriana Solczaka, który zamiast do bramki trafił w słupek. W 81 minucie ładną akcję Łukasza Pietronia wykończył uderzeniem do pustej bramki Marcin Pietrowski i gdańszczanie nie dali już sobie wydrzeć tego zwycięstwa.
Po końcowym gwizdku nie było jednak wybuchu euforii, gdyż trzynastu gdańskich piłkarzy i sztab szkoleniowy wciąż tkwiło w nieświadomości. Dopiero po chwili ktoś wykonał telefon i informacja z Gdyni uzmysłowiła wszystkim, że nikła wygrana w Słupsku może być na wagę mistrzowskiego tytułu. Ważne tylko, żeby lechiści znów nie uwierzyli przedwcześnie w swój triumf. Do rozegrania pozostał jeszcze ostatni mecz z MUKS-Żakami Ustka, a niespodziewanych zwrotów akcji było ostatnio zdecydowanie za dużo, żeby już teraz dopisywać sobie do dorobku trzy punkty. Trzeba nie tylko wygrać, ale zacząć prezentować się wreszcie dużo lepiej, żeby nie wypaść jak mistrzowski w poprzednim sezonie Gryf Wejherowo, który już w pierwszej z dwóch rund eliminacji przegrał z Polonią Elbląg 0:4 oraz 0:1 i w ten przykry sposób prędko został sprowadzony na ziemię.
Słupsk tylko na chwilę zmarkotniał po porażce Gryfa, gdyż po chwili na boisko wybiegli juniorzy młodsi. Mecz był o tyle szczególny, że zwycięstwo dawało gospodarzom mistrzostwo młodszej ligi. I niestety z realizacją tego planu większych problemów nie było, począwszy od pierwszych minut, gdy na listę strzelców wpisał się Dawid Fursa. Później na boisku nadal rządziła tylko jedna drużyna, czego efektem podwyższenie wyniku w drugiej połowie na 2:0 przez Tomasza Madeja. Po końcowym gwizdku w szeregach gryfitów zapanowała wielka radość i w tym roku to oni będą reprezentowali broniące złotych medali Pomorze w rozgrywkach krajowych. Oby z jak najlepszym skutkiem. Lechiści niestety przegrali trzeci z czterech ostatnich meczów i spadli na 5. miejsce w lidze, więc o zakończenie sezonu w poprawnych nastrojach powalczą w ostatnim spotkaniu z Canal+ Słupsk.