Po spadku z drugiej ligi przed czterema laty i niemal równoczesnym wyjściu z fuzji z Polonią Gdańsk, Lechia wystartowała - z niedużym zaokrągleniem - od zera. Zera rozgrywkowego, zera kadrowego, zera finansowego. W miarę uzyskiwania kolejnych awansów sytuacja ulegała tylko nieznacznej poprawie, bo nie trzeba było wykonywać rewolucyjnych ruchów, żeby wskoczyć do wyższej ligi. Stadion i tak był zwykle najlepszy w danej klasie rozgrywkowej, robiąc wrażenie na przybywających na Traugutta rywalach, z kolei skład uzupełniali grający za psi grosz wychowankowie i wyjadacze lokalnych boisk.
Ale druga liga jest inną bajką, która z trafnością Krasickiego obnaża po kolei wszystkie braki i zaniedbania. Okazało się nagle wielkim zaskoczeniem, iż stadion nie spełnia stawianych na tym szczeblu wymagań. Zupełnie jakby wymogi te wprowadzono przed tygodniem, jakby stan obiektu nawiedził na przestrzeni ostatniego półrocza jakiś żywioł albo jakby Lechia znalazła się w drugiej lidze z dnia na dzień, zaskakując wszystkich dookoła. Za miejską opieszałość zapłacą przede wszystkim kibice z Białegostoku, którzy parę dni temu dowiedzieli się, że zamiast uczestnictwa w piłkarskim święcie, spędzą weekend w domowym zaciszu. A niesmak jest tym większy, że to właśnie Lechia wymagała dotąd od swoich przeciwników należytego przygotowania się na jej przyjęcie, w pełni słusznie negując pomysły rozgrywania meczów bez udziału kibiców z Gdańska.
Na stadion wcześniej czy później wjedzie jednak spóźniona ekipa remontowa, gorzej ma się sprawa z kompletowaniem kadry. "Mam nadzieję, że będzie znana do czasu wyjazdu na obóz przygotowawczy", mówił prezes Jarosław Czarniecki, ale nadzieja okazała się mrzonką. Poszukiwania zawodników trwają po dziś dzień i jeszcze potrwają, lista życzeń okazała się bowiem listą pobożnych życzeń. Zawodnicy rangi Pawlaka odpadli w przedbiegach, a przy możliwościach finansowych Lechii nawet piłkarze, których udaje się wstępnie przekonać do reprezentowania biało-zielonych barw, nie przestają się rozglądać na lewo i prawo, czy aby nie przygarnąłby ich inny klub. I nie mowa bynajmniej o rozchwytywanych gwiazdach stadionów w kwiecie wieku, lecz o piłkarzach na progu emerytury, jak Michalski (36) czy Janus (33).
Szyld Lechii nie jest kuszący dla zawodników pierwszo- i drugoligowych myślących o zmianie klubu. Dlatego jedynymi zakontraktowanymi futbolistami są jak na razie czwartoligowi ostatnio Ferra i Wilk, a także zdegradowani w minionym sezonie z odpowiednio pierwszej i trzeciej ligi Pęczak i Giermasiński. Bliski zatrudnienia jest Janus - w maju oddelegowany w Płocku do czwartej ligi, Mysiak - kolejny katowicki spadkowicz, oraz Król - piłkarz z problemami osobistymi. Wciąż testowani Dzienis i Krymowski zostali wystawieni przez Jagiellonię na listę transferową jako niezdolni sprostać celom i oczekiwaniom stawianym przez pierwszego ligowego rywala gdańszczan.
Lechia zmuszona jest zbierać okruszki z pańskich stołów, bo na niewiele więcej ją stać. W miarę podbijania kolejnych klas rozgrywkowych i oczyszczania wokół klubu atmosfery, szczodre firmy miały bić na Traugutta drzwiami i oknami. Dziś wiadomo, że i ten scenariusz można włożyć między bajki. Firmy, które ogłaszane są jako nowi sponsorzy, w skali niewygórowanych potrzeb klubu sypią drobniakami. Ale oczywiście chwała im i za to, bo gardzić jakąkolwiek monetą się nie powinno. Żeby jednak nie popadać w pesymizm, można pocieszać się myślą, że początki bywają trudne. Ostatnio z obozu w Poznaniu docierają bardziej uspokajające wieści, w siłę rośnie szczególnie defensywa. Najważniejsze, że mimo tych kłopotów, obyło się bez jakichkolwiek nerwowych ruchów.