Chociaż mierzył się kopciuszek z Gdańska z faworytem z Białegostoku, na boisku toczyła się wyrównana, pełna dramaturgii gra, zakończona remisem, uznanym przez większość obserwatorów za sprawiedliwe rozstrzygnięcie. Emocje były tak ogromne, że po decyzji o wykluczeniu Fechnera, jeden z kibiców rzucił w kierunku rozjemcy telefonem komórkowym. Tego jeszcze nie było. Ale nie tylko taką nowość przyniosła inauguracja rozgrywek ligowych.
I. Pierwsze strzelone i stracone gole.
Chyba nikt nie spodziewał się, że pierwsza drugoligowa bramka na Traugutta będzie aż tak kuriozalna. Znany ligowiec Chańko zrobił jednak użytek ze swojego cwaniactwa i już w 7 minucie kopnął z wolnego do bramki, ku zdumieniu ustawiającej właśnie mur Lechii. Jak na prawdziwego kapitana przystało, winę heroicznie wziął na siebie Kalkowski, ale warto przede wszystkim nie pierwszy raz zwrócić uwagę na to, jak często rywale lubią strzelać gole z tego stałego fragmentu. W zeszłym sezonie lechiści stracili w ten sposób pięć bramek, zupełnie nie potrafiąc rewanżować się tym samym, mimo stałej obecności w składzie nawet takiego asa rzutów wolnych, za jakiego po dziś dzień uchodzi jeszcze gdzieniegdzie Wojciechowski. Na szczęście nie szwankuje skuteczność wykonywania karnych. Sztukę tę niemal do perfekcji opanował już Brede i niewykluczone, że oprócz jego dobrej formy, stanowiło to jeden z argumentów, który skłonił trenera Kaczmarka do posadzenia na ławie nie jego, ale zatrudnionego ledwie pół roku wcześniej Sierpińskiego. "Heniek" z zimną krwią wykonał jedenastkę, którą wywalczył obchodzący w niedzielę 24. urodziny Rusinek.
II. Pierwsze czerwone kartki.
W trzeciej lidze Lechia nie otrzymała ani jednej czerwonej kartki. Ostatni raz wykluczony został ponad 13 miesięcy temu Wojciechowski, gdy w finale przegranego w rzutach karnych finału wojewódzkiego Pucharu Polski zbyt rozlegle operował rękami. Teraz przedwcześnie zejść z boiska musiał Fechner, ale tak oczywiste i słabe zarazem aktorstwo nie mogło zakończyć się inaczej. Na szczęście popularny Seba nie osłabi Lechii w kolejnych meczach, bo na jego konto zapisują się tylko dwie żółte kartki. Jeśli jednak postara się o dwie następne, będzie musiał zaliczyć przymusową pauzę. Jako pierwszy z boiska zszedł - i to już w 31 minucie meczu - gdańszczanin w barwach Jagiellonii, Jakubowski. Tu również górę wzięły emocje, bo nawet trener Nawałka nazwał jego zachowanie irracjonalnym. Piłkarze mieli pecha, bo sędzia Radziszewski okazał się wyjątkowo niewyrozumiały na wszelkie wykroczenia i wyciągał kolorowe kartoniki w sumie 12 razy (licząc po trzy dla Fechnera i Jakubowskiego).
III. Pierwsze występy w Lechii.
W sobotę nastąpiły cztery debiuty w barwach Lechii, przy czym postawę Wilka i Giermasińskiego, którzy weszli na ostatnie minuty i nie zdążyli prawie nic pokazać, trudno jeszcze oceniać. Podobnie z Mysiakiem, który wyszedł w pierwszym składzie głównie dlatego, że nie mógł wystąpić Dzienis. Z jak najlepszej strony pokazał się za to Pęczak, który posiada wszelkie atuty, żeby stać się ulubieńcem kibiców i mediów. Niesamowicie waleczny, dynamiczny, skuteczny w defensywie i przydatny w ofensywie, z fenomenalnym momentami przeglądem pola. A do tego ta robiąca wrażenie sylwetka twardziela, prawie gladiatora. Nic dziwnego, że rozkochał w sobie wszystkich od pierwszego wejrzenia i jeśli nie spuści z tonu, a nic nie wskazuje, żeby to miało nastąpić, to za moment będzie pierwszym na liście do przedłużenia rocznego kontraktu. Nie debiuty, ale powroty zaliczyli Janus i Gronowski. Pierwszy bez zbędnych fajerwerków wykonywał niezłą robotę na środku obrony, dla drugiego jedna z gazet popełniła nawet fotomontaż plakatu drużyny. W strzeleniu bramki dopiero niedawno przekwalifikowanemu na napastnika zawodnikowi to jednak nie pomogło.
IV. Pierwsi tak liczni kibice gości.
Ostatni raz tak wielu sympatyków rywali gościło na Traugutta w 2000 roku, gdy do Gdańska zajechały połączone siły Lecha i Arki. Później Lechia pałętała się w niższych ligach i atrakcją była nawet obecność kilkudziesięciu kibiców Bałtyku czy setki z Torunia. Fanów "Jagi" przybyło do Gdańska prawie pół tysiąca i już na wejściu, dwie godziny przed meczem, postanowili uprzejmie zwrócić Lechii uwagę na niedoskonałości swojego sektora, z którego najpierw wydostali się przodem, a następnie bokiem. Jeden z uczestników wyjazdu pokusił się później o listę uwag do organizatorów, którą zamieścił na forum Jagiellonii. "Punktu gastronomii nie ustawia się w takim miejscu, spróchniałe ławki, za duże sektory buforowe (...) Im częściej będzie awantura, tym szybciej będą postępować prace remontowe i znajdować się na to pieniądze. Tak to wygląda w naszym kraju". Mimo że zapędy przyjezdnych musiały być w pewnym momencie chłodzone armatką wodną, to bez tej efektownie prezentującej się żółto-czerwonej grupy, widowisko na pewno byłoby dużo uboższe. A prawdziwy egzamin dla stadionu i organizatorów nadejdzie 13 sierpnia, gdy na Traugutta przyjedzie wzbudzający więcej kibicowskich emocji Widzew Łódź.
V. Pierwszy raz tak zapełniony stadion.
Takich tłumów nie było na Traugutta nawet podczas trzech lat drugoligowego bytu Lechii-Polonii. Aby więc skojarzyć podobną frekwencję, trzeba sięgnąć pamięcią do pierwszoligowych czasów fuzji Lechii z Olimpią. W sobotę około ośmiu tysięcy widzów wypełniło niemal każdą wolną przestrzeń stadionu i w tym kontekście problemem może być realizacja marzeń Marcina Kaczmarka, który na meczu z Widzewem chciałby ujrzeć jeszcze więcej ludzi. Na pewno ci, którzy zawitali na drugoligowej inauguracji, nie powinni czuć się zawiedzeni. Było wszystko - walka, dramaturgia, gole, kartki, dobry wynik i piękna pogoda, mimo że rano jeszcze solidnie lało, a pioruny wyrywały gdańszczan ze snu. Do tego świetna zabawa i atmosfera na trybunach, fajerwerki, race, moc bieli i zieleni. Istnieje duża szansa, że na meczu z łodzianami będzie pod względem frekwencji nie gorzej. Ale być może warto już powoli myśleć, jak utrzymać kibiców na pozostałe spotkania, na pewno już nie tak atrakcyjne i nie zawsze rozgrywane w pięknym słońcu.
VI. Pierwsza czwórka sędziowska.
Czterech sędziów można było dotąd oglądać albo na ekranach telewizorów, albo podczas rządzących się niestandardowymi prawami wszelkich benefisów. Teraz funkcja arbitra technicznego, zajmującego się głównie odciążaniem z nieboiskowych obowiązków pozostałych sędziów, stanie się stałym elementem meczów ligowych. Najbardziej odczuli to obaj trenerzy, co rusz wycofywani do swoich ławek, gdy tylko w przypływie emocji zbliżali się do obrzeży dozwolonej dla siebie strefy. Bo według przepisów szkoleniowiec nie ma pełnej swobody w swoim obszarze - ma prawo oddalać się od ławki rezerwowych tylko sporadycznie, chcąc przekazać zawodnikom uwagi. Nowa sytuacja przysporzyła też kłopotu kierownikowi Żukowi, który nie do końca orientował się, komu powinien teraz przekazywać informacje o dokonywach przez trenera zmianach. Ale i tak w oczach warszawskiej czwórki, będącej pod sporym wrażeniem atmosfery na Traugutta, zyskał miano najsympatyczniejszego człowieka w Lechii. A kibice mogli wreszcie na własne oczy ujrzeć, na elektronicznej tablicy zamiast na niewidzialnej ręce sędziego, ile minut doliczonych zostaje do danej połowy.
VII. Pierwsze rozbudzone nadzieje.
Znajdzie się zapewne wiele różnych opinii, czy tak silny rywal, faworyt do awansu, to dobry przeciwnik dla Lechii na początek sezonu, czy nie. Ostatnim renomowanym oponentem w lidze był odradzający się w 2001 roku Lech Poznań, który ugościł spadającą w otchłań A-klasy Lechię przy pełnych trybunach. Jagiellonia ma duże pieniądze, ma dobry skład, ma znanego trenera, więc poniekąd jest skazana na sukces. Ale nic samo nie przyjdzie i po pierwszej kolejce w Białymstoku zapanowały rozczarowanie i niepokój, bo zamiast planowanych trzech punktów, skończyło się na wymęczeniu jednego. W dużo lepszym nastroju był po meczu beniaminek z Gdańska, ale póki co trzeba być ostrożnym z ferowaniem opinii, że druga liga nie taka straszna, jak ją rysują. Po ubiegłorocznym graniu jak równy z równym z faworyzowaną Szczakowianką Jaworzno też wydawało się, że trzecia liga będzie łatwizną, a tymczasem zakończona na siódmej pozycji jesień ostro zweryfikowała ten przedwczesny hurraoptymizm. Ligowa szarzyzna rządzi się swoimi prawami, ale - tymczasem - żyjmy chwilą.