lechia.gda.pl

Tygodnik lechia.gda.pl nr 19 (19/2005)
9 sierpnia 2005


LECHIA ZREMISOWAŁA Z PODBESKIDZIEM

Szczęśliwsi od bielszczan

Bielska twierdza utrzymała miano niezdobytej, ale sympatycy Podbeskidzia opuszczali domową inaugurację ze skwaszonymi minami. Nie dość, że komplet punktów uciekł ich drużynie już w doliczonym czasie gry, to z przebiegu gry bardziej zasłużyła na niego Lechia. Z pierwszego i od razu najdalszego w tym sezonie wyjazdu gdańszczanie wrócili w bardzo pozytywnych nastrojach.

MICHAŁ JERZYK
Bielsko-Biała
adres: http://lechia.gda.pl/artykul/11197/
kontakt: lechia@lechia.gda.pl

Minęło pół minuty od końca regulaminowego czasu gry, gdy grający ostatnio w greckim Larisas Jankowski powalił w polu karnym na glebę dryblującego Rusinka. Będący blisko całej akcji sędzia gwizdnął i wskazał na jedenasty metr. Gospodarze nie protestowali, stadion zamilkł, tylko w sektorze kibiców Lechii i zaprzyjaźnionej Wisły Kraków zapanowała niemal taka euforia, jakby właśnie udało się wyrównać. Do niektórych szybko dotarła jednak mącąca szczęście refleksja - przecież od 10 minut nie gra już wyrzucony z boiska Brede, nominalny egzekutor rzutów karnych. Ciężar uratowania punktu wziął więc na siebie doświadczony Wojciechowski. Uderzył w prawo, całkowicie myląc tą decyzją bramkarza - piłka znalazła się w siatce! Sektor znów oszalał, zapłonęły race. Wynik 1:1 utrzymał się przez kolejne trzy minuty, po których mecz dobiegł końca. Wtedy podziękować za wsparcie ponad trzystu fanom przybiegli piłkarze, rezerwowi i cały, uśmiechnięty od ucha do ucha sztab szkoleniowy.

Bielska twierdza

Przez trzy pierwsze sezony po reaktywacji Lechia nie opuszczała granic województwa. Sytuacja zmieniła się rok temu, w trzeciej lidze, której obszar obejmował północno-zachodnią ćwiartkę Polski. Teraz trzeba odbywać podróże w najodleglejsze zakątki kraju, a wyjazdowa inauguracja w Bielsku-Białej jest tego doskonałym przykładem. Miasto znajduje się mniej więcej w takiej odległości od przejść granicznych z Czechami, jaka dzieli Gdańsk od Tczewa. 180 tysięcy mieszkańców żyje u samych podnóży Beskidów, o czym nie da się zapomnieć nawet na stadionie. Na wystającym znad wschodniej części trybun nieboskłonie rozpościera się okazały widok dużego, kuliście łagodnego i zalesionego szczytu prawie tysiącmetrowej góry Czupel. To tylko jedna z wielu naturalnych atrakcji tego regionu.

Zawodnicy Lechii nie przyjechali co prawda do Bielska-Białej podziwiać górskich krajobrazów, chociaż na warunki geograficzne można się zapatrywać także pod kątem piłkarskim. Inna to jednak półka, niż stadion Atahualpa w ekwadorskim Quito, którego położenie - 2850 metrów nad poziomem morza - przeklinają nawet Brazylijczycy i Argentyńczycy, bo ugranie w takich warunkach zwycięstwa przybiera rangę wydarzenia nawet dla takich arcymistrzów futbolu. Stadion Podbeskidzia leży co prawda tylko 350 metrów n.p.m., ale również cieszy się sławą terenu wyjątkowo nieprzychylnego przyjezdnym. Od września 2004 nie wygrał w tym miejscu nikt, co dumnie podkreślali miejscowi kibice, układając ze styropianowych liter napis "Bielska twierdza".

Bez litości

W tej sytuacji faworyt był oczywisty i dlatego też ci sami kibice mieli po zakończeniu spotkania markotne nastroje. To Lechia grała lepiej i efektowniej, a mimo to - chyba jak na płacącego frycowe beniaminka przystało - paradoksalnie otarła się o porażkę. Zaważył błąd defensywy z 74 minuty, przede wszystkim Bąka, który źle obliczył odległość od futbolówki. Ruszył z bramki do prostopadłego zagrania, wydarł się bez wątpliwości do pędzącego w tym kierunku Bredego - "moja!", ale o dobry metr uprzedził go znany z gry w Arce Podstawek, który spokojnym uderzeniem wpakował piłkę do bramki. To podcięło skrzydła Lechii, zwłaszcza że po chwili spadł na nią kolejny cios. W odstępie trzech minut Brede postarał się o dwie żółte kartki, stając się już drugim w tym sezonie wykluczonym lechistą. Biało-zieloni nawet w osłabieniu charakternie walczyli, ale ich akcje nie były już tak składne i groźne, jak wcześniej.

Ostrość i bezpardonowość gry była zresztą największą zmorą tego spotkania. Piłkarze obu drużyn żwawo kopali się po nogach i nieprzepisowo przerywali sobie akcje. Skończyło się na 11 żółtych kartkach, a niewykluczone, że tak dobrze spisujący się w meczu z Jagiellonią sędzia Radziszewski pokazałby ich jeszcze więcej. Bartosik, krakowski rozjemca meczu w Bielsku-Białej, na tak wysoką notę nie ma szans, bo brakowało mu zdecydowania, potrafił się też poważnie pomylić w jedną i drugą stronę. Najlepszym przykładem sytuacja z 60 minuty, kiedy najpierw podyktował niebezpieczny rzut wolny za urojony faul Janusa, a po jego wykonaniu nie zauważył w polu karnym ewidentnego tym razem wykroczenia Mysiaka, który przytrzymywał przeciwnika prawie jak zapaśnik.

Strzelić z akcji

Lechiści zaimponowali bardzo rozsądną grą, w której wszelka przypadkowość była ograniczona do minimum. Akcje szły jak po sznurku, zaskakując pomysłowością ich wykonania. Raz lewą stroną, raz prawą; raz drybling, raz błyskawiczne odegranie; raz wejście w pole karne, raz szybkie dośrodkowanie. Nic dziwnego, że gospodarze mieli wielki problem, aby się połapać w mnogości stosowanych przez Lechię rozwiązań. Dodatkowo bardzo pewnie spisywała się linia obrony, przecinająca wszelkie zagrania w kierunku napastników Podbeskidzia. W pierwszej połowie miejscowym udało się stworzyć tylko dwie groźniejsze sytuacje, ale najpierw Bąk pewnie obronił strzał Kołodzieja, a tuż przed przerwą z dziesięciu metrów spudłował Gierczak. W drugiej połowie za klarowną okazję może uchodzić praktycznie tylko ta, po której bielszczanie objęli prowadzenie.

Gdyby natomiast szczegółowo opisać wszystkie próby zdobycia gola przez gdańszczan, miejsca należałoby poświęcić co nie miara. Najlepsze stworzyli Rusinek, Biskup, Pęczak, Szczepiński i Wojciechowski. Jednym słowem, przed szansą stanęło pół drużyny, a mimo to w drugim kolejnym meczu nie udało się zdobyć bramki z gry. Spora w tym zasługa świetnie broniącego Merdy, ale to tylko pół prawdy. W szeregach Lechii brakuje bramkostrzelnego napastnika, człowieka specjalizującego się w zdobywaniu goli. Trudno uważać za takiego Rusinka, mającego jednak wiele innych wartościowych cech, tym bardziej więc trudno Gronowskiego. Dziwi zresztą, z jaką łatwością otrzymał on tak wielki kredyt zaufania, gdy na przykład Bławat, który przepracował z Lechią cały okres przygotowawczy, nie trafia nawet na rezerwę, choć mógłby być teraz przydatny jak mało kto.

Nawałka miał nosa?

Jeśli przy Traugutta uda się rozwiązać ten problem przy równoczesnym utrzymaniu wysokiej jakości gry, strach może paść nawet na najlepszych w lidze. O ile pierwszy mecz z Jagiellonią mógł jeszcze budzić podejrzenia przypadkowości, inauguracyjnego zrywu, wzbicia się na wyżyny możliwości na okoliczność piłkarskiego święta, o tyle po meczu z Podbeskidziem takie tezy można zgnieść jak kartkę papieru. A jeśli lechiści nie sprawią zawodu także w sobotnim szlagierze z Widzewem Łódź - definitywnie wyrzucić do kosza. Być może dobrze wiedział, co mówi, trener Nawałka, typując przed sezonem Lechię do roli czarnego konia rozgrywek.




Copyrights lechia.gda.pl 2001-2019. Wszystkie prawa zastrzeżone.
POWRÓT