Gdańsk: czwartek, 15 stycznia 2026

Tygodnik lechia.gda.pl nr 20 (20/2005)

16 sierpnia 2005

Treść artykułu
 |   |   |   |   | 

HIT RUNDY: LECHIA - WIDZEW 2:1

Lechijny charakter

Czas na zmiany w futbolowej frazeologii. Widzewski charakter? Do lamusa. W trzecim kolejnym meczu Lechia znów zaczęła od straconej bramki i znów nie dała się pokonać. Co więcej, tym razem nie poprzestała na remisie i sięgnęła po trzy punkty. I to właśnie z Widzewem Łódź, słynącym niegdyś z tego, co aktualnie można śmiało nazywać firmowym znakiem Lechii.

MICHAŁ JERZYK
Gdańsk

To był mecz, który elektryzował cały Gdańsk. Do pierwszego gwizdka pozostawały ponad dwie godziny, z nieba jakby od niechcenia kapał sobie deszcz, tymczasem na przystankach autobusowych kłębiło się coraz więcej niezrażonych tą złośliwością natury ludzi w biało-zielonych szalikach, koszulkach i czapeczkach. Na stadion dotrzeć było jednak niełatwo. Główne trasy zostały sparaliżowane kilometrowymi korkami, niemniej jednak nie dlatego, że pół miasta spieszyło na Traugutta, lecz z powodu remontu Błędnika, jednego z głównych węzłów komunikacyjnych Gdańska.

W klubie tymczasem frasowano się głównie tym, czy na stadionie uda się utrzymać spokój. Próżno szukać w drugiej lidze klubu bardziej nielubianego na trybunach Lechii niż Widzew, ale po zakończeniu spotkania działacze mogli odetchnąć z ulgą. Nikomu nie puściły nerwy i ponad stu tysięcy złotych przychodu z blisko ośmiu tysięcy sprzedanych biletów nie będzie trzeba uszczuplać przelewami na konto Wydziału Dyscypliny PZPN.

Coście tak cicho?

Podniosła i efektowna atmosfera meczu przytłoczyła piłkarzy Lechii, którzy wyszli na boisko na miękkich nogach. Skutek - pierwszy kwadrans należał do Widzewa, w którego składzie nieoczekiwanie pojawił się będący na zgrupowaniu młodzieżowej kadry Polski Kuzera. Znajomość Majewskiego (trener Widzewa) i Żmudy (trener kadry), sięgająca choćby czasów wspólnej gry w reprezentacji Polski ponad 20 lat temu, zrobiła swoje. To jednak nie ekswiślak grał u gości pierwsze skrzypce, ale dwaj nowi łódzcy idole - Iwan i Grzelak.

Zresztą patrząc na listę nazwisk w składzie Widzewa, nie orientując się w szczegółach, można było zmarszczyć czoło. Tyle że Iwan, to nie Tomasz, były reprezentant kraju, ale 21-letni Bartosz; Grzelak, to nie Rafał, kapitan mistrzów Europy U-18, ale pozyskany z Płocka Bartłomiej; Michalski, to nie Radosław, uczestnik Ligi Mistrzów, ale jego młodszy brat Tomasz. Z drugiej strony biada temu, kto by ich zlekceważył. Na dzień dzisiejszy są to być może i lepsi zawodnicy od wymienionych, przebrzmiałych już gwiazd.

Iwan już na samym początku bliski był wykorzystania sytuacji po rzucie rożnym, z kolei w 13 minucie wymienił się podaniem z Grzelakiem, który przepięknie uderzył zza lewej części pola karnego i piłka znalazła się w siatce. Odkryła się jedna z wad Pęczaka, który cieszy oko odważnymi rajdami ofensywnymi, ale gdy rywale odbiorą mu piłkę - nieszczęście gotowe. Około 400-osobowa grupa sympatyków Widzewa zaśpiewała w kierunku strapionej reszty stadionu - "coście tak cicho"?

Los okazał się jednak wyjątkowo perfidny. Już po dwóch minutach aktywniejszy tym razem kapitan Kalkowski zacentrował z rzutu wolnego, a w środku pola karnego Janus cwanie wymanewrował opiekunów i strzelił głową na 1:1. Sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Cały stadion ogarnęła fala entuzjazmu, cały stadion momentalnie podjął przyśpiewkę intonowaną sekundy wcześniej przez widzewiaków. Fani z Łodzi zamilkli - i to do samego końca meczu.

Bohater i pechowiec

W szeregach Lechii brakowało grającego na lewej obronie kontuzjowanego Fechnera, którego zastąpił Żuk. W drugiej lidze zadebiutował tydzień wcześniej, w końcówce meczu w Bielsku-Białej. Co prawda z każdą minutą poczynał sobie coraz sprawniej, ale w pierwszej połowie właśnie jego stroną Widzew dochodził do najgroźniejszych sytuacji, których nie potrafił jednak sfinalizować. Napastnicy nierzadko grali zbyt egoistycznie i w drugiej połowie niewiele się pod tym względem zmieniło.

Defensywa Lechii nie była tym razem tak szczelna, jak w poprzednich spotkaniach, mnóstwo zamieszania robiły też liczne straty w drugiej linii, szczęśliwie pozostające bez konsekwencji dzięki dobrej asekuracji. W bramce udanie spisywał się Bąk. Pewnie wybronił kilka groźnych strzałów i dośrodkowań, chociaż gdy spikerowi wyrwało się przed przerwą, że "po raz kolejny Bąk pokazuje, że jest dobrym bramkarzem drugoligowym", nawet trener Kaczmarek skrył twarz w dłoniach.

Bohaterem drugiej połowy był Biskup, a pechowcem - Mysiak. Pierwszy, co zdradził trener Borkowski, jako początkowo słabszy od Kalkowskiego, mógł nawet zostać zmieniony. Na szczęście pozostał na boisku i zdołał nawet usunąć w cień kolegę z przeciwnego skrzydła. Już w 60 minucie zaprezentował dynamikę i zwinność, które o mały włos nie zakończyły się bramką. Pięć minut później zrobił, co trzeba, bez pomyłki. Śmignął tylko obok obrońców, huknął w długi róg i Lechia objęła prowadzenie 2:1! Tego dnia publika nie pragnęła niczego innego.

Mysiak z kolei, dotąd spisujący się bardzo przeciętnie, pokazał wreszcie, że stać go naprawdę na wiele. Nie dość, że dobrze radził sobie w roli defensywnego pomocnika, to trzykrotnie był niezmiernie bliski zdobycia bramki po efektownych uderzeniach z dystansu. Raz walił z całej siły, innym razem spokojnie lobował, ale bramkarz Kościukiewicz nie dał mu się pokonać. Wychowanek Energetyka Gryfino był niepocieszony.

Dziwny jest ten świat

Lechiści znów zagrali jednym napastnikiem, ale Rusinek tym razem został niemal całkowicie zneutralizowany przez dwa 188-centymetrowe wieżowce w defensywie gości, Michalskiego i Wawrzyniaka. Często brakowało mu partnera do gry i po otrzymaniu piłki zwykle szybko tracił ją na rzecz otaczających go momentalnie obrońców.

Mimo wszystko taktyka Lechii była ciekawa i przede wszystkim skuteczna. To Widzew dominował, prowadził grę, posiadał inicjatywę, podczas gdy biało-zieloni jakby usłużnie na taki stan rzeczy się godzili. Na własnej połowie wściekle odbierali jednak piłkę i niesieni dopingiem 10-tysięcznej publiczności ruszali z błyskawicznym atakiem, kilkoma podaniami przechodząc pod widzewską bramkę.

Po stracie drugiego gola łodzianie odkryli się i ruszli do ofensywy, ale bardzo nieporadnej, bo w większości przypadków kończącej się stratą piłki przed polem karnym Lechii. Umożliwiło to lechistom przeprowadzenie kilku groźnych kontrataków, które nie dały jednak efektu w postaci podwyższenia wyniku. O punkty trzeba było drżeć do samego końca.

Trener Kaczmarek słusznie zauważył po meczu, że Lechia nie grała z Widzewem tak dobrze, jak z Podbeskidziem. A jednak wygrała, mimo że łodzianie byli lepsi od bielszczan. Wygrała 2:1, choć mogła jeszcze wyżej, ale mogła też przegrać, bo widzewiacy mieli wystarczająco dużo sytuacji, żeby się o to pokusić. Piłka bywa dziwna, chociaż nie mielibyśmy nic przeciwko, aby tak dziwna pozostała jak najdłużej.

Ciekawostki

Czterech kapitanów
Taka sytuacja w historii Lechii prawdopodobnie nie miała precedensu. Aż czterech lechistów pełniło w meczu z Widzewem rolę kapitana. Przez pierwsze 70 minut kapitańską opaskę miał na ramieniu Kalkowski. Schodząc z boiska, przekazał ją Wojciechowskiemu. Ten został zmieniony w 89 minucie i oddał przywództwo Biskupowi. Strzelec bramki na 2:1 długo się tą funkcją nie nacieszył, gdyż minutę później trener zdjął z boiska i jego, a ostatnim kapitanem został Brede.

Mały Bobo i Widzew
Okazuje się, że trener Lechii, Marcin Kaczmarek, ma jakieś szczególne szczęście do Widzewa Łódź. W ekstraklasie wystąpił 97 razy, ale strzelił w nich tylko jedną bramkę. Zdobył ją 10 lat temu grając w barwach Pogoni Szczecin, a pokonał bramkarza... Widzewa. Jakby tego było mało, gol okazał się wyjątkowo cenny, gdyż szczecinianie zwyciężyli wtedy 1:0.

Nie tak szybko
Po raz pierwszy na stadion nie można było wejść przed otwarciem kas. Do tej pory, chcąc wejść na opustoszały jeszcze obiekt i chłonąć przedmeczową atmosferę, wystarczyło przyjechać w dowolnym momencie i udać się na trybuny. Teraz bramy otworzono 80 minut przed pierwszym gwizdkiem, gdy przed kasami niecierpliwie kręciło się już pół tysiąca ludzi. Działacze Lechii zapowiadają, że w kolejnych meczach będzie podobnie.

Kmiecik chętny?
Wróble ćwierkają, że Grzegorz Kmiecik jest zainteresowany grą w Lechii. 21-letni napastnik, autor 5 bramek w ekstraklasie, szuka klubu, bo w Wiśle Kraków jest skazany na trzecioligowe rezerwy. Lechia potrzebuje napastnika jak tlenu, ale na przeszkodzie mogą stanąć kwestie finansowe. Od ŁKS-u krakowianie żądali 100 tysięcy złotych za wypożyczenie, a sam zawodnik zarabia podobno około 20 tysięcy złotych miesięcznie.

Copyrights lechia.gda.pl 2001-2026. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.011