Gdańsk: niedziela, 19 lipca 2026

Tygodnik lechia.gda.pl nr 23 (23/2005)

6 września 2005

Treść artykułu
 |   |   |   |   | 

PO PORAŻCE ZE ŚLĄSKIEM WROCŁAW

Dzień kibiców

Im dalej w las, tym miało być łatwiej, a nie jest. Po przetrwaniu naporu faworytów ligi, miał przyjść czas na seryjne kompletowanie punktów w potyczkach z potencjalnie słabszymi zespołami. Tymczasem lechiści w drugim kolejnym meczu pełną pulę oddają gościom, nerwowo zerkając w stronę trybun, czy aby cierpliwość kibiców nie uległa już wyczerpaniu.

STANISŁAW ŻEMOJTEL
Gdańsk

Ta jednak, w przeciwieństwie do morale piłkarzy, w których po meczu z Ruchem Chorzów jakby coś pękło, wydaje się być studnią bez dna. Wszakże mimo porażki, znów publika po zawodach żegnała swych ulubieńców brawami na stojąco. Nie ma się jednak co łudzić: jeśli zawodnicy nie podreperują już w najbliższym meczu w Czermnie nadwątlonego zaufania kibiców, ci podobnie jak większość wyborców SLD zagłosuje nogami, zostając podczas kolejnego spotkania Lechii przy Traugutta z Drwęcą w domach, a frekwencja w Gdańsku zacznie równać do szarej średniej krajowej.

Cierpliwość tłumów

Na razie jednak wrzeszczański stadion od początku sezonu wygląda jak z innej bajki. Mecz w mecz pełne trybuny na drugoligowych spotkaniach to widok nie widziany tu od bez mała dwóch dekad. Wreszcie na koronie stadionu widywane są legendarne "całe rodziny z dziećmi" i to bynajmniej nie w charakterze jednorożca, a wręcz zaryzykować można twierdzenie, trochę tylko przesadne, że pospolicie niczym stonka na polach ziemniaczanych z poprzedniego systemu. Przy tym trybuny te żyją widowiskiem pełne 90 minut, pozwalając przynajmniej otrzeć się o atmosferę panującą na wyspiarskich boiskach. Wszystko to miała zobaczyć na szklanym ekranie cała Polska na żywo, dzięki transmisji Polsatu. Miejscowi fani wspierani "braćmi" z Wrocławia stanęli na wysokości zadania, a czego zabrakło, to widowiska czysto sportowego.

Lechia pierwszy raz w sezonie zwyczajnie zawiodła. Co najbardziej deprymujące - w meczu ze Śląskiem, który sam wielkiej piłki nie pokazał. Zresztą nawet w formie zaprezentowanej w niedzielne popołudnie, przy lepiej nastawionych celownikach, gdańszczanie mogli się pokusić nawet o zwycięstwo. Dodać jednak wyraźnie należy, że byłoby to zwycięstwo niezasłużone. Przyczyny porażki w dużym stopniu tłumaczą statystki o drugorzędnym zwykle znaczeniu. Biało-zieloni faulowali prawie dwukrotnie rzadziej niż wrocławianie, którzy otrzymali od wyjątkowo liberalnego arbitra trzy żółte kartki, przy czystym koncie gospodarzy. Przyjezdni imponowali tym, do czego w poprzednich spotkaniach kibiców przyzwyczaili nasi piłkarze: ambicją oraz grą na pograniczu faulu, niwelującą częste niedostatki w technice.

Na stojąco

W grze gospodarzy brakowało również efektownej dla oka gry z klepki, gdy to piłka potrafiła jak po sznurku w wymianie kilku kolejnych celnych podań zawędrować od Bąka pod same pole karne przeciwników. Tylu niecelnych podań oraz błędów w rozegraniu dawno nie oglądaliśmy przy Traugutta. Wynikało to w głównej mierze z wspomnianej agresywnej gry wrocławian, którzy wymuszali błędy atakując obrońców już na naszej połowie i to przy własnym prowadzeniu, grając na gorącym przecież terenie rywala. Dość podobny przebieg do spotkania ze Śląskiem miał mecz z Zagłębiem. Lechia podobnie jak w Sosnowcu oddała bez walki pierwszą połowę i to w fatalnym stylu.

W pierwszych minutach wprawdzie to gospodarze częściej operowali w okolicach pola karnego rywali, czego efektem był róg, groźnie rozpoczynająca się akcja zatrzymana ofsajdem oraz zakończona strzałem indywidualna akcja Kalkowskiego. Ale już po 10 minutach to trójkolorowi mogli cieszyć się z prowadzenia skutecznie egzekwując rzut wolny po faulu Sierpińskiego. Przyzwyczajona już do takiego obrotu sprawy publika oczekiwała w tym momencie uderzenia gospodarzy ze zdwojoną siłą, co jednak nie nastąpiło. Śląsk ani o centymetr nie oddał pola, nie dając się zepchnąć do defensywy. Wszakże lechiści wcale nie kwapili się do śmielszych ataków.

Ich zabrakło

W środku pola w całej pierwszej, oraz początkach drugiej połowy raziła w oczy wielka wyrwa. Przy ustawieniu 4-5-1, przy zagęszczonej pomocy zdarzenie takie nie powinno mieć w ogóle miejsca. Na przyzwoitym poziomie spośród rozgrywających zagrali tylko Wojciechowski z Biskupem, a i taka ocena jest w głównej mierze podyktowana lepszą drugą połówką. Poziomem do niewidocznych poza incydentalnymi akcjami Mysiaka oraz Szczepińskiego dostosował się niestety "Kalka", który rozegrał kolejny bezbarwny mecz. Poza akcją z pierwszych minut spotkania i poprawnie bitymi stałymi fragmentami, nie wnosił do gry prawie nic.

Tak naprawdę jednak przyczyn porażki doszukiwać należałoby się w tyłach. Pomijając już nawet słabą postawę bloku defensywnego w podstawowym jego zadaniu, jakim jest destrukcja (niepewna postawa Wilka oraz zawalona bramka na 0:2 przy nieudanej próbie złapania napastnika gości na spalonym), przy braku Fechnera oraz Pączaka na skrzydłach zachwianiu ulega cała koncepcja gry jednym napastnikiem przy czwórce w linii w obronie. To bowiem podania właśnie tej dwójki były niejednokrotnie tymi ostatnimi, które otwierały drogę do bramki. Stwarzając przewagę w ataku przy ofensywnych wyjściach, do środka schodzić mogli Biskub z Kalkowskim, partnerując wysuniętemu na szpicy Rusinkowi.

Jeździec bez głowy.

Tym zadaniom podołać nie zdołali Wilk oraz Brede, nie mający takiego ciągu na bramkę jak wyłączeni z gry zastępowani partnerzy z drużyny. Gra zaczęła "chodzić" dopiero przy przejściu na ustawienie 3-5-2. Ale znowu w obronie powstał niesamowity chaos i napastnicy gości raz za razem wychodzili w kontrach na czyste pozycje. Tylko brakowi ich zdecydowania czy pomysłu na rozegranie akcji możemy zawdzięczać, że skończyło się na zaledwie dwóch straconych bramkach.

Osobną kwestią pozostają napastnicy. Debiutujący w drugiej lidze, dochodzący dopiero do formy po kontuzji Kazubowski potrzebował trzech "setek", by umieścić piłkę w siatce. Mimo ognia krytyki, jaki spadł na niego po tym meczu, zwłaszcza po dwóch pierwszych akcjach, trzeba zauważyć, że potrafił się w nich znaleźć, co świadczy o tym, że pokłady instynktu rasowego napastnika jednak w nim drzemią. Natomiast pierwszy z założenia kanonier Lechii, Rusinek, do czystych pozycji strzeleckich nie dochodził. Nikt większych pretensji do niego nie kieruje, wszakże tyra na całej długości boiska przez cały mecz, będąc przy tym najszybszym graczem na placu, ale to wszystko z jego strony. Do klasowego napastnika brakuje mu "tylko" kolejnych trafień na koncie. Bo cóż z tego, że na miejscu Kazubowskiego ustrzeliłby być może hat-trick, skoro w takich sytuacjach znaleźć się nie umiał?

Copyrights lechia.gda.pl 2001-2026. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.062