Wprowadzony w życie przed ponad trzema laty pomysł honorowania najwybitniejszych lechistów pamiątkowymi tablicami oceniać trzeba jako zwyczajnie genialny. Nie tylko przywraca bowiem pamięć o dawnych boiskowych bohaterach, ale też potrafi wspaniale docenić tych, których w minionej epoce życie często nie rozpieszczało, zwłaszcza gdy czas splendoru mijał. Na dodatek czyni stadion Lechii miejscem jeszcze bardziej niepowtarzalnym i magicznym, wartym odwiedzenia nawet wtedy, gdy świeci pustkami.
Konsekwentnie posuwająca się do przodu inicjatywa tym razem spotkała się jednak z mizernym zainteresowaniem. Pierwsza rzecz, że jej nagłośnienie medialne było bardzo skromne. Druga, że obecni godzinę przed meczem na stadionie woleli raczej rezerwować już miejsca na szybko zapełniających się trybunach, niż oglądać, jak mieszkający na co dzień w Szwecji Jerzy Kruszczyński roni łzy wzruszenia i w podziękowaniu prawie nie jest w stanie wyjąkać słowa.
Inna sprawa, czy trzy gwiazdy naraz, to nie za dużo, już nie zbyt masowo. I czy honorowanie Henryka Kokota nie było na wyrost. Dziennikarze mieli spory kłopot, żeby sklecić na jego temat choćby kilka zdań, a z błękitnego nieba wydobywały się nieco obrażone spojrzenia grających w podobnym okresie, a bardziej zasłużonych - Czesława Lenca, Piotra Nierychło czy Czesława Nowickiego. Decyzję podjęli starsi piłkarze, tylko czy wystarczająco obiektywnie.
Niska frekwencja panowała też podczas rozgrywanego późnym popołudniem meczu towarzyskiego z udziałem oldboy'ów Lechii. Po porażce ze Śląskiem ponad dziesięć tysięcy ludzi czmychnęło ze stadionu i na trybunach pozostał mniej niż jeden procent, około stu osób. Na taki efekt świadomie skazali się jednak sami organizatorzy, którzy nie walczyli o przedmecz, nie chcąc nadwyrężać murawy przed najważniejszym spotkaniem tej niedzieli.
Na szczęście piłkarze niespecjalnie przejęli się brakiem tłumów i zagrali swoje, nieźle się przy tym bawiąc. Na boisku brylował Kruszczyński, niedościgniony były król strzelców drugiej ligi. Kibice patrzyli i wzdychali za takim właśnie napastnikiem, który strzeliłby teraz w granicach połowy, ba, jednej trzeciej z 31 goli zdobytych dwie dekady temu przez "Kruchego". Z kolei docenionego gwiazdą Ryszarda Polaka reprezentował na murawie syn Paweł. I młodzian również nie omieszkał trafić do bramki.
Później natomiast rozpoczęły się trwające prawie do zmroku rozmowy przy piwie i grillu. Jeden z największych talentów grających w Lechii, specjalnie przybyły z Austrii Mirosław Pękala, imponował ogładą i szczupłą sylwetką. Natomiast będący w życiowej formie 79-letni Roman Rogocz bez wysiłku znajdował z każdym wspólny język, nawet z gośćmi z Niemiec, którzy wprost pękali ze śmiechu przy jego pełnych ekspresji opowiadaniach.
Grupka Niemców przyjechała z Ryszardem Polakiem, trenującym piłkarzy w wielosekcyjnym TSV Quellenhaupt Bornhöved. Główny pomysłodawca Alei Gwiazd, Marek Hładki, w pewnym momencie poczuł się jednak zażenowany, gdy jeden z obcokrajowców okazał się nie mieć pojęcia, na stadionie jakiego klubu się znajduje, mimo że parę godzin wcześniej tę nazwę skandowało trzykrotnie więcej ludzi, niż zamieszkuje cały Bornhöved.
Niemiec wyjechał w prawdopodobnie większej świadomości, po imprezie pozostały tymczasem trzy nowe gwiazdy i wielce oryginalna tablica pamiątkowa, bo dedykowana kibicom przez piłkarzy. Kontynuatorzy przedsięwzięcia mają teraz kilka miesięcy czasu na zastanowienie się, jak sprawić, aby w przyszłości całość nie miała tak wybitnie wąskiego i kameralnego charakteru. To oczywistość, że zasługuje na więcej.