Gdańsk: środa, 21 sierpnia 2019
TYGODNIK
Podstrony:

Tygodnik lechia.gda.pl nr 53 (16/2006)

18 kwietnia 2006

CZTERY PUNKTY LECHII PRZED ŚWIĘTAMI

Ultimatum wykonane?

- Jak to, czy jesteśmy zadowoleni? Powinniśmy tu wygrać! - obruszył się po meczu we Wrocławiu kierownik Piotr Żuk. Gdyby Lechia wykazała odrobinę więcej ryzyka, prawdopodobnie tak właśnie by się stało. Ale i tak przełamała najgorszy kryzys i wykonała już 80 procent punktowego planu potrzebnego do uratowania trenera. A może i więcej.

MICHAŁ JERZYK
Wrocław, Gdańsk

Już przed świętami Lechia uspokoiła nastroje, zgarniając największą ilość punktów, jaką można zgarnąć strzelając tylko jednego gola. Krzysztof Brede nie po raz pierwszy wyręczył napastników i zdobył złotą bramkę w spotkaniu z Podbeskidziem Bielsko-Biała, manifestując przy okazji poparcie dla trenera Marcina Kaczmarka. Gdy tylko piłka zatrzepotała w siatce, popędził w kierunku stojącego przed ławką rezerwowych szkoleniowca i padł mu w ramiona. Przesłanie było oczywiste: nie chcemy twojej dymisji, trenerze, jesteśmy z tobą. Rzecz jasna tym mocniej, im pewniejsze miejsce w składzie, na co "Heniek" - zresztą zasłużenie - narzekać akurat nie musi. Tak czy owak, po słabym meczu i słabej grze Lechia uzyskała dobrą pozycję wyjściową przed dwoma trudnymi wyjazdami: do Wrocławia i Białegostoku. Ale po klęskach w Łodzi i Chorzowie trudno było już spotkać optymistów.

W Wielką Sobotę Wrocław przywitał wszystkich odmienną od wybrzeżowej, piękną i słoneczną pogodą, a Tereny sportowe dookoła Stadionu Olimpijskiego znów boleśnie przypominały, że w kwestii piłkarskiej infrastruktury Gdańskowi przypada pozycja trzeciego świata. Kilka boisk bocznych, duże połacie pięknej trawy, możliwej do wykorzystania na różnoraki sposób. Także główna murawa stadionu wydawała się być pięknie przygotowana, imponując soczystą, dojrzałą zielenią, w kontraście do marnego, wypłowiałego wyglądu i stanu trawnika z Traugutta. Sam obiekt, za projekt którego architekt Richard Konwiarz otrzymał przed wojną... medal olimpijski, to jednak już ruina. Plastikowe krzesełka pokrywają tylko niewielką część trybun, a reszta to stare, spróchniałe ławki lub betonowe, zagracone różnym żelastwem sektory. Widać od razu, że wszystko od dziesięcioleci czeka na jakikolwiek remont.

Te zaniedbania pewnie nie rzucałyby się tak w oczy, gdyby nie fakt, że trybuny były niemalże puste. To efekt burd podczas niedawnego meczu z Widzewem, po którym PZPN zamknął stadion dla kibiców na trzy mecze. Zamiast wielkiego kibicowskiego święta Śląska i Lechii, które bez wątpienia zgromadziłoby wielotysięczną publiczność, udzieliła się więc atmosfera sparingu. Słychać było wszystkie okrzyki piłkarzy, komentarze kilkudziesięciu widzów, głównie działaczy i dziennikarzy, a także wesoły świergot ptaszków, które znalazły sobie miejsce zamieszkania w zakamarkach dachu trybuny krytej.

Teoretycznie restrykcje ze strony Polskiego Związku Piłki Nożnej można było częściowo ominąć, gdyby mecz odbył się na stadionie przy ul. Oporowskiej. Kibice mogliby tam oglądać piłkarzy z pobliskiego wzniesienia, położonego za obiektem. Sęk w tym, że trwa tam remont. - Proszę pana, tak naprawdę ten remont jeszcze się nawet nie zaczął - machnął ręką zagadnięty na ten temat jeden z organizatorów. - Ale formalnie już trwa. A to znaczy, że Oporowska jest teraz nie stadionem piłkarskim, ale normalnym terenem budowy. Przeniesienie tam meczu nie było więc w żaden sposób możliwe.

Przed meczem remis we Wrocławiu wszyscy sympatycy Lechii wzięliby w ciemno. Dlatego też po zakończeniu spotkania w różnych miejsach zapanowały nieco odmienne nastroje. W Gdańsku - euforii i szczęścia; wśród bezpośrednich obserwatorów meczu - zadowolenia, ale podszytego niedosytem. Śląsk nie okazał się tak mocny, jak mogłoby wynikać z jego rezultatów i wysokiej pozycji w tabeli. - Mogliśmy sprawić tutaj dużą niespodziankę - żałował zadowolony mimo wszystko z remisu Marcin Kaczmarek. Wtórował mu trener gospodarzy. - Liczyliśmy na zwycięstwo, ale przy mniejszym szczęściu mogliśmy ten mecz przegrać. Był to nasz najsłabszy do tej pory występ - podkreślał Ryszard Tarasiewicz, który przed spotkaniem uciął sobie długą i - jak wynikało z gestykulacji - bardzo serdeczną pogawędkę z Kaczmarkem. Obaj szkoleniowcy kontrastowali nie tylko ubiorem (elegancki garnitur kontra schludny dres), ale i decyzyjną aktywnością. W 65 minucie Śląsk miał już wyczerpany limit zmian, gdy tymczasem wszyscy rezerwowi Lechii w komplecie czekali na swoją szansę.

Lechia najbardziej nie mogła odżałować sytuacji Piotra Wiśniewskiego. Wychowanek Wierzycy Starogard po raz pierwszy tej wiosny wyszedł na boisko w podstawowym składzie i choć wypadł dużo lepiej od budzącego już swoją formą autentyczną grozę Grzegorza Króla, to jednak w najważniejszych momentach zawiódł. W 16 minucie nie sięgnął czysto dośrodkowania Macieja Kalkowskiego i piłka ominęła bramkę. Natomiast w 68 minucie - znów po podaniu "Kalki" - znalazł się kilka metrów przed bramkarzem Radosławem Janukiewiczem, który rozpaczliwie obronił jego strzał nogami. Nic dziwnego, że "Wiśnia" był po meczu lekko przygnębiony. - No niestety. Zamiast w piłkę, kopnąłem w ziemię. To była naprawdę stuprocentowa sytuacja i bardzo żałuję, że jej nie wykorzystałem - stwierdził z markotną miną.

Biało-zieloni osiągnęli we Wrocławiu korzystny wynik przede wszystkim wyśmienitą, bardzo dobrze zorganizowaną i konsekwentną grą w obronie. W ostatnich tygodniach wiele zimowych założeń uległo poważnym modyfikacjom. Zamiast Pawła Pęczaka oglądamy na prawej stronie, po miesiącach tułaczki po innych pozycjach, Sebastiana Fechnera. Zamiast Marcina Janusa rolę partnera dla Krzysztofa Brede pełni Jacek Manuszewski. Okazało się, że zamiast na Rolanda Siklić'a można z powodzeniem postawić na Rafała Kosznika, któremu owszem, zdarzają się błędy, ale nie takie jak Chorwatowi w Chorzowie. Mało kto przed wiosną dawał tak duże szanse gry defensywnym pomocnikom: Michałowi Szczepińskiemu i Maciejowi Mysiakowi. A jednak te zaskakujące roszady w minionym tygodniu sprawdziły się. Lechia przez 180 minut dwóch ubiegłotygodniowych meczów nie straciła żadnej bramki i w sposób aż miły momentami dla oka rozbijała wszystkie ataki rywali. Zaangażowanie w destrukcji, świetne zagęszczanie pola gry i asekuracja przyniosły sukces.

Ale gra w tyłach to jedno, a z przodu - drugie. I ten drugi element nie wyglądał już niestety dobrze. Przede wszystkim drużynie brakuje ofensywnego napędu, ciągnącej ją do przodu lokomotywy. Taką rolę próbuje jeszcze spełniać Kalkowski, bez którego ten mało atrakcyjny mecz byłby jeszcze mniej emocjonujący, gdyż Wiśniewskiego nie miałby nawet kto obsłużyć dobrym podaniem. Wiek robi już jednak swoje i coraz częściej widać, jak kapitanowi Lechii brakuje sił i szybkości. Mysiak ze Szczepińskim udanie sprawdzali się w destrukcji, ale nie potrafili dokładnie wyprowadzić piłki, mądrze jej przytrzymać czy stworzyć okazji napastnikom. Boczni obrońcy w ogóle nie istnieli w ofensywie, podobnie jak Karol Piątek. Efekt był przeważnie taki, że gdy tylko Lechia udaremniała atak Śląska i przejmowała piłkę, za moment traciła ją po niedokładnym zagraniu lub nierozsądnie przeprowadzonej akcji i musiała bronić się od nowa.

Czy może być jednak inaczej, skoro w zestawieniu drugiej linii z różnych powodów notorycznie brakuje Sławomira Wojciechowskiego, Marcina Szulika, Jakuba Biskupa, Jacka Manuszewskiego i Łukasza Kubika, którzy mieli odgrywać w tej formacji czołowe role?

Zwycięstwa Lechii zabrakło również z tej przyczyny, że im bliżej końca meczu, tym gdańszczanie coraz mocniej pilnowali jednego punktu, niż szukali szansy na zgarnięcie pełnej puli. A szkoda, bo Śląsk ewidentnie nie miał najlepszego dnia i odrobina ryzyka mogłaby się opłacić. Trener Kaczmarek długo tymczasem czekał z jakimikolwiek zmianami. Ta trzecia, będąca drugoligowym i seniorskim debiutem dla Roberta Hirsza, była już czysto taktyczna. Zawodnik długo rozgrzewał się przy ławce rezerwowych, później długo był wstrzymywany, czekając z kierownikiem drużyny na sygnał obok linii bocznej. Wszedł 15 sekund po zakończneniu regulaminowego czasu gry, grając niespełna dwie minuty. Szkoda, że nie otrzymał choćby 10 minut szansy, jak Mariusz Dzienis, który standardowo wniósł do gry niewiele.

Za wcześnie jeszcze na zachwyty, ale korzystny wynik we Wrocławiu daje pewną nadzieję, że najgorszy kryzys został już zażegnany. Wszak po zdobyciu czterech punktów z Podbeskidziem i Śląskiem lechiści awansowali na 9. miejsce w tabeli, czyli do górnej, w pełni bezpiecznej połowy. Matematyka to jednak jedno, ale równie ważna, jeśli nawet nie ważniejsza, była mała rewolucja w grze. Biało-zieloni dokonali we Wrocławiu przełomu i wreszcie zagrali z głową - w stylu, w którym widać było wreszcie jakąś myśl i koncepcję. Mankamentów nadal było wiele, ale ten krok do przodu przypadł wszystkim do gustu.

Trener Ryszard Tarasiewicz wiedział, przed jakim ultimatum postawiony został Marcin Kaczmarek. - Od początku sezonu trener Lechii robi bardzo dobrą robotę i powinien pracować z tym zespołem jak najdłużej - ujął się po meczu za kolegą po fachu. Niewykluczone, że Śląsk tym remisem pomógł Marcinowi Kaczmarkowi jak mało kto. Ale przede wszystkim Lechia pomogła sobie sama - zdecydowanie lepszą postawą. Jak udało nam się dowiedzieć, jeżeli lechiści nie zdobędą w Białymstoku piątego punktu potrzebnego do uratowania trenera, ale podobnie jak we Wrocławiu zademonstrują dobrą grę, dymisja szkoleniowca ma spore szanse zostać wstrzymana. Przynajmniej do kolejnego meczu.

KOMENTARZE
Brak opinii - bądź pierwszy!
bez logowania: LIST do redakcji
MECZE LECHII:
Weź udział w nowej, ekscytującej rywalizacji i powalcz o miano najlepszego Betona. Typuj na okrągło i wygrywaj nagrody!

Liga BetONów
Główny punkt programu nowej lechia.gda.pl: inernetowy tygodnik. Co wtorek artykuły na temat Lechii, publicystyka, informacje, galerie zdjęć i inne. Zapraszamy.

Ostatni numer
Wyraź swoją opinię na dany temat, podziel się uwagami z innymi kibicami Lechii. Nawet bez logowania możesz czytać forum bez ograniczeń.

Forum dyskusyjne
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2019. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.063