Gdańsk: piątek, 18 września 2020
TYGODNIK
Podstrony:

Tygodnik lechia.gda.pl nr 70 (33/2006)

15 sierpnia 2006

MARCIN SZAŁĘGA - NAJDROŻSZY LECHISTA

Nie przyszedłem z Afryki

"To że jestem najdroższym jeśli chodzi o kwotę transferu piłkarzem Lechii od lat jest jakimś obciążeniem i do czegoś mnie zobowiązuje. Myślę jednak, że będę spisywał się bardzo dobrze i spłacę ten transfer moją grą. Wtedy wszyscy będą zadowoleni" - mówi w wywiadzie dla lechia.gda.pl piłkarz sprowadzony przez trenera Borkowskiego z krakowskiej Wisły, 24-letni Marcin Szałęga.

KAROL SZELOŻYŃSKI, MARIUSZ KORDEK
Gdańsk

Pomocnik Lechii jest ostatnim z nowych piłkarzy, który podpisał kontrakt z Lechią. Według doniesień prasowych, chcąc sfinalizować jego transfer gdański klub będzie musiał wyłożyć 100 tysięcy złotych. Popularny "Szalony" wkrótce ma podpisać trzy- lub czteroletnią umowę. Z Lechią chce awansować do ekstraklasy. Kilka lat temu mówiono o nim: najzdolniejszy polski junior. Później doznał kontuzji, która na dwa lata wykluczyła go z gry w piłkę. Od tego czasu nie osiągnął swojej najwyższej dyspozycji.

Marcin przyszedł do Lechii by się odbudować, regularnie grać w piłkę, a przy okazji osiągnąć kolejny sukces w swojej karierze. Jednocześnie jest zawodnikiem z jednym z najkrótszych stażów w pierwszej i drugiej lidze, a trener Borkowski wystawia go na bardzo odpowiedzialnej pozycji środkowego pomocnika. Z "Szalonym" spotkaliśmy się po poniedziałkowym treningu, w którym zawodnik nie brał udziału ze względu na kolejny uraz. Wkrótce okazało się, że ma pękniętą kość śródstopia i sześć tygodni będzie musiał spędzić w gipsie.

Umowa na 10 lat

Zacznijmy od sobotniego meczu. Jak grało się panu po raz pierwszy w Gdańsku?

Marcin Szałęga: Muszę powiedzieć, że bardzo dobrze. Wiadomo, że nie zagrałem na miarę swoich możliwości. Myślę, że z czasem będzie coraz lepiej. Publiczność wspaniała. Tylko wygrywać.

Jak oceni pan swój występ?

- Nie jestem zbytnio zadowolony. Stać mnie na wiele więcej. Jeżeli kontuzja mi nie przeszkodzi, to będzie coraz lepiej.

Jest to na tyle groźny uraz, że może pana wykluczyć z treningów na kilka tygodni?

- Na pewno. Mam jednak nadzieję, że tak nie będzie. Byłem w poniedziałek ze zdjęciem rentgenowskim u masażysty i nie za ciekawie to wygląda. Więcej dowiem się po wizycie u lekarza, gdzie udam się po naszej rozmowie.

Jest to uraz, którego nabawił się pan w czasie meczu czy wcześniej na niego narzekał?

- Pobolewało mnie wcześniej, a w czasie meczu tego bólu nie czułem. Ponownie poczułem go wtedy, jak zszedłem z boiska. A najgorzej było rano na drugi dzień, kiedy odczuwałem dotkliwy ból nawet podczas chodzenia.

W sobotnim meczu wystąpił pan w środku pomocy. Czy to jest to miejsce, gdzie chciałby pan występować, czy raczej na skrzydle, skąd zaliczył pan asystę?

- Na pewno będę występował tam, gdzie trener mnie widzi. Jestem uniwersalnym zawodnikiem i mogę grać na środku, na boku oraz w ataku. Nie sprawia mi to żadnej różnicy. Tam, gdzie trener mnie ustawi, będę chciał pokazać jak najwięcej.

Występował pan wcześniej w środku pola?

- Tak, grałem tam. W Wiśle grałem w ataku, potem przesunęli mnie do środka pomocy, grałem też na boku. Także bez problemu mogę grać wszędzie.

O zmianę poprosił pan sam czy była to decyzja trenera?

- Zdecydował o tym trener. Po prostu przesunął Mariusza Pawlaka do środka, aby tam było więcej odbiorów.

Czyli gdyby na przykład nie było już możliwości zmian to mógłby pan dograć mecz z Podbeskidziem do końca?

- Tak, mógłbym.

Skąd w ogóle wziął się pomysł pana transferu do Lechii? Jaki był w tym udział menedżera?

- W Wiśle grałem na początku za Franciszka Smudy. Następnie miałem kontuzję (zerwane ścięgna achillesa - przyp. red.), nie grałem prawie dwa lata. Później tułałem się już w rezerwach. Na początku w czwartej lidze, potem awansowaliśmy do trzeciej. Byłem w Krakowie już pięć lat, kontrakt miałem na kolejne pięć. Wszyscy młodzi, którzy tam przychodzili, podpisywali umowę na 10 lat. Na przykład Brożkowie, Nawotczyński, Kuzera i inni. Po prostu nie łapałem się do pierwszej drużyny i chciałem gdzieś grać. Chciałem iść wyżej i poczuć znowu smak ligowej piłki. Akurat rozmawiałem z panem Andrzejem Iwanem, doszliśmy do porozumienia, jako mój menedżer postanowił poszukać mi klubu, no i padło na Lechię.

Czy miał pan obawy, że Lechia może się nie dogadać z Wisłą w kwestiach finansowych?

- Na pewno. Po obozie byłem zadowolony, bo trener chciał mnie mieć w swoim zespole. Czułem, że mogą być jakieś komplikacje z Wisłą, bo ten klub zawsze robił problemy. Wiedziałem, że mogą być jakieś kłopoty finansowe, ale nie wiedziałem, że aż takie. Wiadomo, że takich pieniędzy się nie daje za zawodnika z trzecioligowych rezerw.

Wisła rozliczyła się z panem bez problemów?

- Tak, wszystko jest już dogadane. Rozmawiamy jeszcze tylko w sprawie mojego dłuższego kontraktu z Lechią. W klubie się nim zajmują, a potem wystarczy go tylko podpisać.

Lechię kosztował pan 100 tys. zł - taką kwotę podały lokalne media. Jest pan najdroższym piłkarzem od kilku lat, który tutaj trafił. Czy to ma na pana jakiś wpływ, na psychikę, grę?

- Wiadomo, że jest to jakieś obciążenie i do czegoś mnie zobowiązuje. Myślę, że będę grał bardzo dobrze i spłacę ten transfer moją grą. Wtedy wszyscy będą zadowoleni.

Zna pan jakieś szczegóły, które ustaliły pomiędzy sobą Lechia i Wisła?

- Nie mogę się wypowiedzieć na ten temat, bo nawet jeszcze tego kontraktu nie widziałem. Mój menedżer działa w tej kwestii. Mam nadzieję, że na dniach go zobaczę i wtedy podpiszę.

W Wiśle pana kolegami byli między innymi Maciej Mysiak, który grał tu w zeszłym sezonie, a także Sebastian Fechner. Czy tym też kierował się pan decydując się na grę w Lechii? Czy może oni zachęcali pana do gry tutaj?

- Propozycja, abym spróbował w Lechii, padła od mojego menedżera. Na pewno dzwoniłem do Sebastiana i do Mysiaka. Pytałem, jaka jest atmosfera w drużynie. Oni zachęcali mnie, abym przyszedł. Ogólnie cieszę się, że się udało, bo naprawdę drużyna jest bardzo dobra, z aspiracjami. Myślę, że pokażemy to już w tej rundzie.

Na szczeblu II i I ligi rozegrał pan dotychczas jedynie 12 spotkań. Czy to, że trener wystawia pana jako zawodnika mającego kreować grę, nie jest dla pana zbytnim obciążeniem?

- To, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach jest dla mnie dużym obciążeniem. I transfer, i mecze, w których gram na środku pomocy. Wiadomo, że grając na tej pozycji trzeba kierować zespołem. Trener mnie tu wystawia, bo widocznie mam predyspozycje do gry na środku, a poza tym - tam mnie widzi.

W sparingach też był pan próbowany na tej pozycji?

- Tak. Od początku na środku pomocy.

Lepsi niż Jagiellonia

Lechia, według filozofii trenera Borkowskiego, ma być zespołem walczącym. Dlaczego więc po wspaniałym początku sobotniego meczu z Podbeskidziem daliście się bardzo mocno zepchnąć do defensywy?

- Byłem na odprawie, rozmawialiśmy o tym i jest to w sumie zagadka. Prowadziliśmy 2:0 i powinniśmy dalej prowadzić grę. Coś stało się z naszą taktyką, z przesuwaniem. We wtorek będziemy to dokładnie analizować na wideo i wtedy wszystko się wyjaśni. Były po prostu jakieś błędy w ustawieniu.

Wiadomo, że każdy mecz jest inny, ale gdyby mógł pan porównać dzisiejsze spotkanie z tym w Białymstoku? Tam rozegraliście dobrą partię pod względem piłkarskim, a w sobotę - wyniku i ilości strzelonych goli.

- Na pewno w Białymstoku to nasza gra była lepsza. Graliśmy lepiej niż Jagiellonia, ale nie było z tego efektu. W sobotę zagraliśmy o wiele słabiej piłkarsko, ale przyniosło nam to trzy punkty.

Dużo słyszeliśmy o stałych fragmentach gry. Podobno macie kilka sposobów rozegrania każdego z nich. To miała być bardzo poważna broń Lechii, a nie jest. Dlaczego?

- Ćwiczymy je, mamy parę rozwiązań rzutów rożnych, rzutów wolnych. Powiem tak: na razie nie ma efektów, bo nie ma dużo rzutów wolnych i rożnych. Także nie ma gdzie tego pokazać, nie ma gdzie zrobić z tego zagrożenia. Jeśli będzie ich więcej, to będą też padały bramki.

Jak układa się pana współpraca z kolegami z zespołu?

- Super, ja jestem zadowolony. Paru chłopaków znałem wcześniej. Na przykład Pęczaka, Sobańskiego czy Manuszewskiego, z którym grałem w Polkowicach. Przyjęli mnie bardzo dobrze, atmosfera w drużynie jest dobra.

W zeszłym roku problemem Lechii były mecze wyjazdowe. Sytuacja miała zmienić się w tym sezonie. Póki co zremisowaliście z absolutnym beniaminkiem - Unią, oraz przegraliście z bardzo silną, jak się okazuje, Jagiellonią. Czy zatem doczekamy się pierwszego wyjazdowego zwycięstwa w najbliższej kolejce?

- Myślę, że z meczu na mecz rozkręcamy się coraz bardziej. Sądzę, że najbliższy mecz z Górnikiem Polkowice wygramy i dopiszemy sobie kolejne trzy punkty.

Podejdzie pan jakoś szczególnie zmotywowany do meczu z dawnym pracodawcą? Jeśli oczywiście zdrowie i trener pozwoli zagrać.

- Tak, na pewno. Bardzo chcę tam jechać, zagrać i udowodnić paru osobom, że powinienem zostać w Górniku, a nie zostałem. Nie wiem, zobaczymy, wszystko zależy od tego, co powie lekarz.

Czyli jest szansa, że w sobotę w barwach Lechii wybiegnie duet byłych środkowych pomocników polkowiczan - pan i Jacek Manuszewski.

- Jest to możliwe.

Jak oceni pan szanse Lechii na zajęcie jednej z pierwszych sześciu lokat? W momencie naszej rozmowy biało-zieloni są na szóstej pozycji.

- Myślę, że ten cel jest realny. W ogóle cała druga liga jest, w mojej opinii, bardzo wyrównana. Pod względem piłkarskim nie wygląda to zbyt dobrze, jest tutaj bardzo dużo walki. Jeżeli wyjdzie się bardzo zmotywowanym na mecz, podejmie się walkę, to można dużo w II lidze zdziałać. Myślę, że dodatkowo mamy bardzo dobry zespół umiejętnościami. Podam przykład. Pojechaliśmy do lidera, do Białegostoku, grać z zespołem, który pcha się do ekstraklasy, a graliśmy o wiele lepiej od nich. Myślę, że możemy zająć wysokie miejsce.

Kogo jeszcze uzna pan za faworyta ligi?

- O jednego faworyta jest ciężko. Jest generalnie ścisła grupa drużyn, które będą się liczyć w walce o awans. Nie mam pojęcia, kto może zająć pierwsze i drugie miejsce. Sądzę, że będzie się o nie bić pięć lub sześć zespołów.

Czy Lechia jest w tej piątce?

- Ja wierzę, że tak i myślę, że tak będzie.

Przychodząc do Lechii, zespołu zaplecza ekstraklasy, spodziewał się pan, że będzie tu mniej walki, a więcej umiejętności piłkarskich?

- Nie. Ja nie przychodzę gdzieś z Afryki, obserwuję to wszystko, nawet grałem już w II lidze. Gra się tu na pewno trochę ciężej niż w ekstraklasie. Tam jest więcej miejsca, gra się bardziej technicznie. W II lidze umiejętności też są, ale więcej jest walki. Wiadomo - wszędzie jest walka.

Razem z panem testowany był pana kolega z Wisły - Kamil Kuzera. Jednak jemu trener Borkowski zarzucił brak zaangażowania. Czy rzeczywiście nie zależało mu na grze w Lechii?

- Nie wiem. Nie będę się wypowiadał za niego, bo nie mam pojęcia, co trener mu powiedział. Kamil przyjechał ze mną, powiedział mi, że jest już tutaj dogadany. A jednak po sparingu trener mu podziękował. Nie wiem, co miało na to wpływ.

Kuzera jest zawodnikiem, który ma zdecydowanie bogatsze doświadczenie od pana.

- Na pewno. Ale to jest sprawa między trenerem a nim.

Wróćmy do początku pana kariery. Wychował się pan w Promieniu Żary, potem poszedł pan do Lubuskiej Szkoły Piłkarstwa Młodzieżowego. Czy to było takie naturalne przejście w momencie, kiedy szkoła się formowała?

- Tak, to był pierwszy rok, od kiedy otworzono tę szkołę. Byłem w sumie pierwszym, które w tym przedsięwzięciu uczestniczył.

Aby się do niej dostać trzeba było zaliczyć jakieś testy?

- Ja akurat byłem w kadrze makroregionu i przychodziłem bez testów. Ale generalnie zgłosiło się wielu zawodników, wybrano z nich 20 czy 30 i powstała szkółka.

Tam zdobył pan dwa medale mistrzostw Polski?

- Zgadza się. Zdobyłem wicemistrzostwo i mistrzostwo.

W tym sezonie, w którym zdobył pan mistrzostwo Polski Juniorów Starszych, grał pan także w trzecioligowym Zrywie Zielona Góra. To było jakoś powiązane ze szkołą?

- Tak. Ci, którzy się wybijali, po prostu szli wyżej. W Zielonej Górze była akurat trzecia liga i była to większa promocja dla młodych piłkarzy.

W pana wypadku było to tak, że grał pan w juniorach i jednocześnie w Zrywie?

- Nie. Ja przechodziłem do juniorów tylko na większe imprezy typu mistrzostwa Polski. Tylko wtedy wracałem z III ligi.

Kolega Baszczyńskiego

Po zdobyciu mistrzostwa Polski testował pana Górnik Zabrze. Jednak ostatecznie trafił pan do Wisły.

- Tak. Na początku byłem w Wiśle Kraków, potem pojechałem do Górnika Zabrze, później byłem jeszcze we Amice Wronki i w końcu zdecydowałem, że pójdę do Krakowa.

Co zadecydowało, że chciał się pan przenieść do Wisły?

- Wiadomo - ja niedoświadczony, bez żadnych - powiedzmy - związków. A Wisła to mistrz Polski. Czytało się w gazetach, że jest tam dobre szkolenie. Myślę, że to zadecydowało.

Znaleźliśmy wypowiedź prezesa Wisły z 2001 roku, który chwali się, że do Krakowa ściąga się najlepszych młodych piłkarzy z całego kraju, a Marcin Szałęga jest najlepszym polskim juniorem. Co spowodowało, że przez pięć lat nie zaistniał pan w szerszym wymiarze?

- Myślę, że tylko i wyłącznie kontuzja, która miałem. Zerwałem achillesa i przez dwa lata praktycznie nie grałem. Ciężko po takiej kontuzji dojść do formy, którą się miało. Myślę, że tylko to zadecydowało. Gdyby nie było tej kontuzji, to kto wie, gdzie bym teraz był...

Wisła, w okresie kiedy w klub zainwestowała Tele-Fonika, sprowadzała juniorów z całej Polski mając nadzieję, że oni potem przejmą pałeczkę i zaistnieją. Jednak na dzień dzisiejszy poza Brożkami trudno szukać kogoś innego w kadrze. Jak się panu wydaje - czy ten eksperyment się nie powiódł? Co zadecydowało, że prawie nikt z tego grona nie zaistniał w ligowej piłce?

- Nie wiem. Moja sytuacja była taka, że karierę uniemożliwiła mi kontuzja. Inni zawodnicy - nie wiem. Widocznie nie przekonali do siebie trenerów. Ja przed kontuzją grałem u trenera Franciszka Smudy często, nawet więcej niż Brożkowie. Kontuzja wszystko wykluczyła. Był Nawotczyński, Strąk... Nie wiem. Widocznie w oczach trenera nie byli na tyle zdolni, aby zostać.

Kiedy pan grał w rezerwach Wisły, to uczestniczył też w treningach pierwszego zespołu?

- Tak, trenowałem. Za czasów Liczki byłem już w Górniku Zabrze, ale za czasów Kasperczaka trenowałem z pierwszym zespołem, a grałem w rezerwach.

Były to regularne zajęcia czy okazjonalne, podobnie jak na Lechii są treningi dla juniorów?

- Ja trenowałem praktycznie regularnie.

Kiedy trafił pan do Wisły, był w kręgu zainteresowań kadry olimpijskiej. Zagrał pan nawet w jednym sparingu w Łodzi przeciwko m.in. Karolowi Piątkowi. Występ uwieńczył pan strzeleniem bramki. Czy to był jedyny występ w tej kadrze?

- Tak, to był jedyny występ, bo później miałem kontuzję, o której mówiłem.

Wcześniej grał pan w innych reprezentacjach Polski?

- Nie, nie grałem. To było moje pierwsze i ostatnie powołanie.

W Wiśle miał pan okazję grać z piłkarzami z najwyższej półki. W Lechii, poza Wojciechowskim, chyba nikt inny nie miał okazji grać z tak utytułowanymi zawodnikami. Który z wiślaków zrobił na panu największe wrażenie? Od którego chciał pan się najwięcej nauczyć?

- Na pewno od napastników - Tomka Frankowskiego i Maćka Żurawskiego. Są to naprawdę polscy geniusze, bardzo dobrzy zawodnicy. Na treningach próbowałem ich podpatrywać i samemu to stosować. Myślę, że efekty tego były na początku ogromne, bo wiadomo, że człowiek dużo uczy się podczas treningów z takimi zawodnikami.

Z tego okresu ma pan jakieś przyjaźnie?

- Tak. Mam numery telefonów, nieraz dzwonię. Dobrze się kolegowałem z Maćkiem Żurawskim i Marcinem Baszczyńskim.

Z Wisły, razem z Brożkiem i Kuzerą, trafił pan na pewien okres do Górnika Zabrze. Jednak panu powiodło się tam najgorzej, zaliczył pan jeden występ, grał w IV-ligowych rezerwach. Z czego to wynikało?

- Na pewno nie doszedłem do siebie jeszcze tak, jak to powinno wyglądać. Po prostu u trenera Liczki (wtedy szkoleniowca Górnika - przyp. red.) nie miałem miejsca w składzie.

Gdy trener Liczka przyszedł do Wisły, to nie starał się pan jemu przypomnieć?

- Ciężko mi tak powiedzieć. Widocznie byłem według trenera zbyt słaby, aby na mnie postawił.

Po Górniku Zabrze był pan testowany w Gliwicach, tam pan nie został.

- Tak. Tam się nie dogadałem.

I potem trafił pan do Polkowic. Co zadecydowało, że akurat Polkowice? Czy wpływ miało to, że była to miejscowość niedaleko rodzinnych stron?

- Nie. Myślę, że zawodnik, który znajdzie się w takiej sytuacji jak ja, szuka każdej możliwości, aby grać. Menedżer znalazł mi drużynę, pojechałem, dobrze się zaprezentowałem, zostałem tam. To było za trenera Wojno. W sumie tam też dużo nie pograłem. Trener Wojno odszedł, przyszedł Koniarek i on też mnie nie widział w pierwszym składzie.

Wtedy wrócił pan do III-ligowych rezerw Wisły?

- Tak, wtedy odszedłem z Górnika i wróciłem do Wisły.

Na polu lepiej niż na boisku

Kiedy przychodził pan do Lechii, niektórzy kibice wspomnieli o pewnej rysie na pańskiej karierze. Mianowicie chodzi o incydent z Kuzerą z 2003 roku. Kojarzy pan?

- Chodzi o te niby wyścigi, tak? Nie ma co się wypowiadać, bo prasa to wszystko wyolbrzymiła. W ogóle nie było tak, jak było napisane w gazetach. Nie było żadnych wyścigów, ja nie uczestniczyłem w niczym takim. Byłem zaszokowany tym, co prasa napisała i w ogóle tym, co z tego wyszło. Także zostawmy ten temat.

Kiedy w internetowej wyszukiwarce wpisze się pana nazwisko to do teraz wśród wyników pojawia się relacja z tego incydentu. Tam było napisane, że jeździł pan czarnym peugeotem. Czy jest to ten Peugeot 206, którym jeździ pan obecnie?

- Tak gazety pisały, ale chyba moje auto nie wygląda na formułkę? (śmiech)

Próbował pan jakoś prostować rewelacje gazet?

- Tak. Zawsze, jak ktoś się mnie o to pyta, to mówię, że nic takiego nie miało miejsca. Nie wiem, skąd ludzie biorą takie informacje.

A to, że Kuzera potrącił kolegę?

- To już odrębna sytuacja. Mnie tam akurat nie było i nie mogę nic na ten temat powiedzieć.

Ukarana została cała zamieszana piątka, ale pan chyba najmniej? Mieliście być przesunięci do rezerw, tyle że pan już tam grał.

- Tak. Ja w sumie nie brałem w niczym udziału.

No to wróćmy nad morze. Jak podoba się panu Gdańsk? Był pan tutaj kiedyś wcześniej?

- Nie byłem. To znaczy, jako mały chłopiec byłem tutaj na wycieczce. Bardzo ładne miasto, przyjechałem z Krakowa, gdzie też miasto jest super. Byłem nawet na ulicy Długiej na Starym Mieście. Jest bardzo ładnie, wszystko mi się podoba.

Które miejsce zrobiło na panu największe wrażenie?

- Jeszcze wszystkiego nie zwiedziłem, więc nie wiem. Byłem tylko na Starym Mieście i tu, gdzie mieszkam. Chodziłem plażą, byłem w Sopocie - tam też jest fajnie.

Gdzie pan mieszka?

- Na Przymorzu, klub wynajmuje mi mieszkanie.

Czy w ogóle miało dla pana znaczenie, że kibice Wisły i Lechii jakoś ze sobą sympatyzują?

- Na pewno jest to miły incydent i miało to dla mnie znaczenie.

Jak ocenia pan murawę po renowacji?

- Nie wiem jak ona wyglądała wcześniej, więc nie mogę oceniać.

Ale miał pan okazję trenować na Wiśle i w innych klubach.

- Na Wiśle też nie ma dobrego obiektu do szkolenia. Jest tylko jedna płyta boczna dla pierwszego zespołu. Tam jest super murawa, jak na głównym placu gry. A z pozostałymi jest tak, że jest jedno boisko piaszczyste - takie, jak na Lechii - tam trenują też juniorzy. A dwa są takie, że po prostu na polu jest lepiej.

Widziałem, że zawodnicy rezerwowi nie rozgrzewali się na niedawno położonej murawie za bramkami tylko na bieżni. Czy macie jakiś tymczasowy zakaz korzystania ze świeżej murawy?

- Wiadomo, że trzeba na nią uważać, bo trawa jest dopiero co położona, ale o innych ustaleniach nic nie słyszałem.

Co porabia pan w wolnym czasie? Jakieś pozapiłkarskie zainteresowania?

- Wcześniej, przed piłką, grałem w tenisa stołowego. Byłem nawet w kadrze Polski. Lubię grać w tenisa ziemnego. I myślę, że jak każdy - lubię siedzieć przed komputerem. Również lubię wyjść z narzeczoną na spacer.

Czyta pan opinie o sobie w internecie?

- Lubię zajrzeć i przejrzeć, ale czasami. Niezbyt często, bo wiadomo, że kibice to kibice.

Z którymś piłkarzem Lechii zaprzyjaźnił się pan jakoś szczególnie? Na przykład wspólnie dojeżdżacie na treningi?

- Mieszkam koło Sebastiana Fechnera i jeździmy na treningi, raz jego, a raz moim autem. Ze wszystkimi żyje mi się bardzo dobrze.

Który sukces w pana niedługiej karierze jest uważany przez pana za większe osiągnięcie? Mistrzostwo Polski Juniorów Starszych czy transfer do Wisły?

- Na pewno mistrzostwo Polski juniorów, bo gdyby nie ono, to nie znalazłbym się w Wiśle. Na tamtym turnieju zostałem też królem strzelców.

Obiecuję zwycięstwo

Czy ktoś z pańskich kolegów, drużyny Mistrza Polski Juniorów, wybił się w ligowej piłce?

- Tak. Grałem wtedy w szkółce z Łukaszem Juszkiewiczem, który obecnie jest środkowym pomocnikiem w Górniku Zabrze. Oprócz niego był Wojciechowski, który też grał w Zabrzu, ale teraz przeszedł do Cracovii.

Śledzi pan jeszcze wyniki kolegów z rezerw Wisły?

- Tak, tak. Dzwonię cały czas. Dzwoniłem do kolegi i wiem, że w pierwszym meczu wygrali. Dokładnie nie pamiętam z kim, ale wygrali 2:1. A teraz przegrali ze Stalą Rzeszów 0:4.

Jak to się stało, że rezerwy takiego klubu jak Wisła spadły z III ligi?

- Tam jest tak, że jest ta trzecia liga, a grają w niej zawodnicy rocznika '89 i '90. Ciężko takimi zawodnikami powalczyć o utrzymanie w III lidze.

Nie było wzmocnień z pierwszego zespołu?

- Wiadomo, że schodzą zawodnicy z pierwszej drużyny, ale nie zawsze. Ciężko jest o coś powalczyć z rezerwami.

Czy założył sobie pan jakąś liczbę bramek, którą chce zdobyć?

- Bramki są bramkami i na to nie patrzę. Chciałbym lepiej grać, grać w pierwszym składzie i wygrywać.

Zdaje sobie pan sprawę, że rywalizacja jest tak duża, że może się zdarzyć, że będzie pan musiał grać w rezerwach?

- Oczywiście, że tak. Ale myślę, że będę walczył i nie dopuszczę do tego.

Zostanie pan w Lechii na kilka sezonów. Czy postawił pan przed sobą jakieś cele, które chce spełnić czy coś osiągnąć?

- Wiadomo, że głównym celem jest awans do ekstraklasy. Mam nadzieję, że to osiągniemy i wtedy byłoby super. To byłoby moje marzenie.

Co może pan obiecać przed sobotnim meczem z Górnikiem Polkowice? W imieniu swoim lub drużyny.

- Na pewno mogę obiecać zwycięstwo, bo to jest najważniejsze. No i poprawienie gry, bo wiadomo, że teraz nie graliśmy zbyt dobrze, ale cieszą zdobyte trzy punkty.

Czy sobotnie zwycięstwo to był pana najlepszy prezent urodzinowy? Wiemy, że w dzień meczu skończył pan 24 lata.

- Na pewno cieszę się, że w końcu zdobyliśmy trzy punkty. Miałem też asystę, z czego również jestem zadowolony. Na pewno nie był to najbardziej udany mój występ, ale cieszę się, że wygraliśmy.

Czego panu życzyć z okazji urodzin?

- Na pewno zdrowia, bo ono jest najważniejsze.

W takim razie tego panu życzymy i dziękujemy za rozmowę.

- Dziękuję również.

KOMENTARZE
Brak opinii - bądź pierwszy!
bez logowania: LIST do redakcji
MECZE LECHII:
LUDZIE LECHII:
Weź udział w nowej, ekscytującej rywalizacji i powalcz o miano najlepszego Betona. Typuj na okrągło i wygrywaj nagrody!

Liga BetONów
Główny punkt programu nowej lechia.gda.pl: inernetowy tygodnik. Co wtorek artykuły na temat Lechii, publicystyka, informacje, galerie zdjęć i inne. Zapraszamy.

Ostatni numer
Wyraź swoją opinię na dany temat, podziel się uwagami z innymi kibicami Lechii. Nawet bez logowania możesz czytać forum bez ograniczeń.

Forum dyskusyjne
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2020. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.027