Gdańsk: poniedziałek, 7 września 2026

Tygodnik lechia.gda.pl nr 76 (39/2006)

26 września 2006

Treść artykułu
 |   |   |   |   | 

PAWEŁ PĘCZAK DLA LECHIA.GDA.PL

Co najgorsze, to od Ledwonia

- Jak dostawałem od sędziego w Polkowicach drugą żółtą kartkę to mu powiedziałem: "I tak wylądujesz w prokuraturze we Wrocławiu", a on mi się śmiał w oczy. Kartka, którą dostałem była dla mnie abstrakcją. Walczyliśmy bark w bark, a sędzia nagle zatrzymuje akcję. Wszyscy byli w szoku, patrzą, a on mi pokazuje "żółtko". Myślałem, że sobie robi jaja - opowiada Paweł Pęczak dla lechia.gda.pl.

KAROL SZELOŻYŃSKI, MARIUSZ KORDEK
Gdańsk

Paweł Pęczak jest największym walczakiem z piłkarzy Lechii, a prawdopodobnie nie ma sobie równych i w całej II lidze. Oprócz tego jest solidnym prawym obrońcą, który stara się grać nowocześnie i pomagać zawodnikom z przednich formacji. Kibice uwielbiają podstawowego piłkarza Lechii za jego waleczność i za to, jakie ma zdanie o swoich fanach. Z "Pękim" spotkaliśmy się w niedzielę, w jego mieszkaniu ulokowanym niedaleko Starego Miasta.

29-letni obrońca opowiedział nam o swoim hobby, o tym, dlaczego zaczęto nazywać go brutalem, o ewentualnym powrocie do GKS-u Katowice i swoich planach na przyszłość, o swoim najczarniejszym dniu, o korzystaniu z autobusów jako codziennego środka transportu, o propozycji z Wisły Kraków oraz o tym, że kiedyś był napastnikiem, a także dlaczego nie gra z numerem 21 na plecach.

Wariat po prawej

Jak ocenisz wynik piątkowego meczu?

Paweł Pęczak: Myślę, że z punktu trzeba się cieszyć. Był to mecz na wyjeździe, a w takich spotkaniach każdy punkty jest ważny. Nie byłem w Ostrowcu, ale koledzy dzwonili do mnie i mówili, że mieli tyle sytuacji, że nie wiadomo, czy w kolejnych meczach tyle ich się nazbiera. Pięć "setek" było. Szkoda, bo we wcześniejszych meczach mieliśmy jedną, może dwie tego typu okazje. Byłem w szoku, że nagle zrobiliśmy pięć, a nic nie wpadło. Mecze u siebie trzeba wygrywać, ale na wyjazdach należy się cieszyć z punktu. Wiemy, że zawaliliśmy kilka meczów u siebie i trzeba odrobić punkty na wyjazdach. Boli remis z Polonią Bytom, bo on się nam odbija najbardziej obecnie. Ciężko nam się gra z zespołami, które przyjeżdżają się bronić. Nasze boisko jest małe, a rywale dodatkowo zamykają się na swojej połowie. Otwartej gry prawie nikt z nami nie prowadzi. Niemniej gdańska twierdza jest niezdobyta w meczach ligowych i oby tak było do końca sezonu.

Ma dla was znaczenie, że niemal od roku nikt w Gdańsku nie wygrał?

- Ma to dla nas duże znaczenie. Jest fajną sprawą, że jeszcze u siebie nie przegraliśmy i na pewno kibicom też podoba się, że gdańska twierdza jest niezdobyta i są z tego dumni.

Nie przegraliście od 6 spotkań w lidze. To pierwsza taka passa od dawna. Ale z drugiej strony - macie już teraz najwięcej remisów w II lidze, a także nie wygraliście od 4 spotkań. Czy są to jakieś powody do niepokoju?

- Można się tym niepokoić, bo mecze u siebie trzeba wygrywać, bo chcemy się liczyć w lidze i spełnić wymagania w stosunku do nas, czyli zająć miejsce 1-6. Nie jest to jakiś duży niepokój, bo gramy nieźle. Gdybyśmy grali źle to byśmy przegrywali, a nie remisowali. W drużynie jest dobra atmosfera i dobrze się gra, mimo, że punkty zdobywamy powoli. Ważne, aby wygrywać u siebie, ale będziemy się starać w najbliższych meczach przywieźć komplet z wyjazdu. Wtedy będzie super.

Czy Zawisza, Jagiellonia i Ruch, czyli zespoły otwierające tabelę są dla ciebie faworytem ligi?

- Moim zdaniem II liga jest tak wyrównana, że każdy z każdym może wygrać. Utwierdzam się w tym przekonaniu odkąd gram w Gdańsku. Zaskoczeniem jest dla mnie dobra gra Zawiszy, który co mecz wygrywa. Widzę, że jest to zespół poukładany, doszło kilku chłopaków ogranych w lidze, także oni się najbardziej ponad II-ligową rzeczywistość wybijają. Nasz mecz z Jagiellonią pokazał, że nie są tacy straszni. Nam lepiej gra się z zespołami, które grają w piłkę. Jeżeli ktoś zaczyna wybijać i robić "wykopki", to my się dostosowujemy do poziomu grania. Wyniki meczów z silniejszymi rywalami pokazują, że lepiej nam się z nimi gra. Nieraz rozmawiamy w szatni, że jeśli drużyna gra w piłkę to góry wiemy, że nam też będzie się dobrze grało.

Pogoń grała w piłkę?

- Na pewno. Nie ma co się usprawiedliwiać, że graliśmy w rezerwowych składzie, bo na dzień dzisiejszy było to nasze najsilniejsze zestawienie. Nie ma co do tego meczu wracać. Przegraliśmy, ale wynik tego spotkania mógł wyglądać inaczej, gdyby Grzesiu Król zdobył gola na 1-2. Z przebiegu gry Pogoń była dużo lepsza, kontrolowała sytuację i zasłużenie wygrała.

Czy po spotkaniu z Pogonią nie miałeś jakichś myśli, że chcesz jak najszybciej wrócić do ekstraklasy, w której grałeś większą część swojej kariery?

- Mówiłem przed meczem chłopakom, aby nie patrzyli na to, z kim grają. Naszym rywalem byli tacy sami ludzie jak my. Wychodzi się na boisko i nie patrzy się z którą ligą się gra. W takich spotkaniach wychodzi charakter drużyny. Nieraz sobie myślę, że w ekstraklasie gra się po prostu łatwiej. Jest tam inna kultura gry. W II lidze jest przeważnie walka przez 90 minut i nie ma gry w piłkę. Wiadomo, że każdy myśli, aby wrócić na najwyższy poziom w polskiej piłce. Zobaczymy, nie ma co gdybać. Chciałbym z Lechią awansować do pierwszej ligi. Byłaby to wspaniała sprawa dla kibiców, dla całego miasta i myślę, że nasi fani na to w szczególności liczą. Najważniejsze, aby po rundzie jesiennej nie mieć zbyt dużej straty do czołówki. W zimie wszystko może się zdarzyć. Cały czas chodzi spółka akcyjna, która może wejść w życie. Dużo rzeczy może się pozytywnie pozmieniać, także trzeba zdobywać punkty i być cały czas w czołówce.

Czy dla ciebie ma jakieś znaczenie, który golkiper stoi za twoimi plecami? Zimą Mateusz Bąk powiedział nam, że mając ciebie po prawej stronie czuje się pewniej i nie musi aż tak koncentrować się na tej części boiska.

- Śmiejemy się, że tak rzeczywiście jest. Jak gramy to większość ataków idzie lewą stroną, a ja na prawej mam spokój. Nie wiem, czy zawodnicy innych zespołów się boją, czy są uczuleni, że po prawej stronie gra wariat i lepiej atakować lewą flanką. Obaj nasi bramkarze są dobrymi, młodymi golkiperami i cały czas nabierają umiejętności. Z Mateuszem grałem więcej, bo w poprzedniej rundzie miał niepodważalną pozycję, a teraz jest już inaczej, bo obaj startują z tego samego pułapu i żaden nie ma pewności który zagra. Mi się wydaje, że na tej pozycji zawodnik musi być pewny, czy jest pierwszym golkiperem, czy nie. Ale o wszystkim decyduje trener.

A ty ze swoim charakterem mógłbyś być bramkarzem?

- Wydaje mi się, że za bardzo bym wykorzystywał władzę w polu karnym. Niech zostanie tak, że jestem obrońcą.

Czy ustawienie całego zespołu ma dla ciebie jakieś znaczenie?

- W systemie, w którym teraz uczymy się grać, czyli 4-3-3 większa jest nasza rola, czyli bocznych obrońców, bo mamy praktycznie najwięcej luzu. Od nas bardzo dużo zależy i mi się to podoba, bo lubię grać ofensywnie. Nie lubię ciągle bronić. Może to są pozostałości po grze jako napastnik w juniorach.

Byłeś w Lechii próbowany na prawej pomocy. Wolisz tę pozycję niż prawego obrońcę?

- Nie. Wolę grać obrońcę, bo na niego wiadomo, że się aż tak nie patrzy. Jak włączam się z obrony to mam więcej luzu z przodu, bo obrońcy rywala nie zwracają aż tak na mnie uwagi. A jeśli jest się pomocnikiem to już tylko hasa się do przodu i z tyłu nic już nie powinno pomocnika interesować. Niezależnie od tego, gdzie mnie wystawi trener to staram się grać jak najlepiej, ale najlepiej czuję się jako obrońca.

Wzorem Panucci

W zimę podobno czeka cię operacja pachwiny.

- Byłem niedawno u doktora, kiedy zakładał mi gips, i śmialiśmy się, że mnie nic nie bolało. Na początku dostałem zastrzyk i wszystko jest w porządku. Cały czas ćwiczę, wzmacniam to na siłowni i nie wiem, czy poddam się operacji. Obecnie nic mnie nie boli, super się czuję. Gdyby nie kostka ("Pęki" ma założony gips na kostce - przyp. red.) to grałbym dalej i nic by mi nie dolegało.

To od ciebie będzie zależało, czy dojdzie do operacji?

- Tak mi się wydaje. Siądziemy jeszcze z doktorem i przeanalizujemy sytuację. Na dzień dzisiejszy nic mnie nie boli. Jeśli będzie tak dalej to wydaje mi się, że nie ma sensu otwierać tego, potem przechodzić rehabilitacji, która trwałaby około miesiąca, półtorej. Wiadomo, że niedługo zmieni się pogoda, boisko stanie się cięższe, a wtedy nogi się rozjeżdżają. Zobaczymy, nie ma co gdybać.

Ile czasu będzie zmuszony pauzować przy kontuzji kostki?

- Myślę, że jak najkrócej. Mówiłem doktorowi, że w poniedziałek ściągam gips i w sobotę do boju, ale on twierdzi, że nie ma takiej opcji. Najważniejsze będzie USG, które wykonam w poniedziałek i wtedy lekarz stwierdzi co tam jest. Kości są w całości, bo od razu po doznaniu kontuzji zrobiłem sobie rentgen, więc jedyne, co może być z kostką to naciągnięte więzadła. Czuję się coraz lepiej i według zaleceń doktora staram się cały czas utrzymywać ją w ruchu. Jestem dobrej myśli. Zawsze wszystko goiło się u mnie jak na psie.

Czy czujesz, że twoja pozycja w zespole jest na tyle silna, że po powrocie do zdrowia od razu wskoczysz do podstawowego składu?

- U nas w zespole nikt nie ma na tyle mocnej pozycji. Jest to normalna kolej rzeczy, bo nie ma ludzi niezastąpionych.

Ale zawsze jest tak, że jak po jakiejkolwiek nieobecności wraca Pęczak to od razu ma pierwszy skład.

- Cieszę się z tego. Widocznie mam u trenera zaufanie. Ale jak mówiłem - nikt u nas w zespole nie ma patentu na grę. Jeżeli ktoś wypadnie na tydzień, czy dwa to wiadomo, że ma mniejsze zaległości treningowe niż ten, który wypadnie na miesiąc. Nieraz trzeba grać w drugiej drużynie. Wiadomo, że nie jest to żadna ujma, bo człowiek musi dojść do pełnej sprawności poprzez granie spotkań. Liczę, że moja absencja będzie jak najkrótsza i szybko wrócę na boisko.

Kto najbardziej naciska na twoją pozycję?

- Jest Sebastian Fechner, jest Rafał Loda. Każdy ma konkurencję w zespole i cały czas trzeba udowadniać, że zasługuje się na miejsce w składzie.

Sebastian Fechner powiedział kiedyś w rozmowie z nami, że Paweł Pęczak to jest jego wzór.

- To bardzo miło z jego strony.

A kto był twoim wzorem?

- Zawsze lubiłem bardzo ofensywną grę Roberto Carlosa i Ashleya Cole'a.

Ale to są obaj lewi obrońcy.

- Dokładnie. Z prawych obrońców szanuję najbardziej, mającego już swoje lata, Panucciego. On jest z Romy, a ja jako włoskiemu klubowi im kibicuję. Miałem kiedyś przyjemność ich oglądać na żywo. Było to, kiedy grałem w Amice i razem wybraliśmy się na mecz tego zespołu. Mam jakiś sentyment do tego klubu, a najbardziej mi się podoba kultura gry Panucciego. Tak powinien grać nowoczesny obrońca.

Zarówno ty, jak i Rafał Kosznik, wciąż nie zdobyliście żadnej bramki dla Lechii, pomimo, że gracie na pozycji, która pozwala na częste podłączanie się do akcji ofensywnych. Czy raczej starasz się wykładać piłkę kolegom czy po prostu wynika to z obawy, że trzeba wrócić i zabezpieczyć "tyły"?

- To prawda. Miałem dwie okazje z Sosnowcem, aby zdobyć gola głową. Szkoda, bo chciałbym strzelić bramkę. W pierwszej lidze zdobyłem tylko dwa gole, bo trenerzy przeważnie nie wystawiali mnie do stałych fragmentów gry. Powiem, że nieźle mi się gra głową, ale to trenerzy decydują, kto ma iść do przodu przy stałych elementach gry. Obaj z Rafałem chcemy zdobyć pierwszą bramkę dla Lechii. Ale nawet jeśli nie strzelamy, a asystujemy to też będzie dobrze. W nowoczesnym systemie boczny obrońca musi być skrzydłowym i mieć jak najwięcej asyst. My staramy się w każdym meczu zaliczyć taką asystę. Zawsze się śmiejemy z "Królikiem" (Grzegorz Król - przyp. red.), że po moich podaniach mógł mieć już cztery bramki, a niestety piłka nie chce wpaść do siatki. Miałbym wtedy już przynajmniej cztery asysty, ale nie będę płakał, jeśli zamiast gola będę miał przynajmniej tyle asyst.

Jeśli masz wybór: odegrać piłkę lub strzelić, to wybierasz odegranie?

- Dokładnie. Już nie raz się na tym złapałem, że nie jeden by strzelał będąc w mojej sytuacji, a ja jeszcze szukam partnera w polu karnym. Często jest to niedobre rozwiązanie, bo gdybym uderzył to może bramkarz by "wypluł" i ktoś by dobił. Dla mnie jednak jest większa satysfakcja, kiedy po moim dobrym dograniu ktoś strzeli gola.

W minionym sezonie w 29 spotkaniach ligowych zarobiłeś 6 żółtych kartek. W trwającym w 7 meczach zebrałeś już 4 kartki.

- Dokładnie. Ale ci, co byli na meczach wiedzą, za co dostawałem kartki. Nie wiem, czy po prostu sędziowie już kojarzą nazwisko Pęczak i myślą: "Najlepiej dać temu bandycie od razu kartkę i nie będzie szalał i podskakiwał, a ja będę miał spokój". Nawet nie wiedziałem o tym, że sędzia w meczu z poprzedniego sezonu z Ruchem to był ten sam, co w ostatnim spotkaniu z Polkowicami (W obu spotkaniach Pęczak ukarany został czerwoną kartką - przyp. red.). Dowiedziałem się o tym po spotkaniu. Jak dostawałem od niego drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartkę to mu powiedziałem: "I tak wylądujesz w prokuraturze we Wrocławiu", a on mi się śmiał w oczy. No, ale nie ważne. Druga żółta kartka, którą dostałem to była dla mnie abstrakcja, co on wymodził. Walczyliśmy bark w bark, była praca rąk, ale bez żadnych łokci, a sędzia nagle zatrzymuje akcję. Wszyscy byli w szoku, patrzą, a on mi pokazuje "żółtko". Myślałem, że sobie robi jaja. Później się tłumaczył, że nie wiedział, że ja już miałem żółtą kartkę na koncie. Śmiech na sali. Rusinek i Król rozgrzewali się obok bocznego arbitra i sobie rozmawiali między sobą, czy ja już miałem kartkę, czy nie. A sędzia boczny powiedział do nich: "Miał, miał". Śmieszna sytuacja, ale nam nie było do śmiechu. Myślę, że gdybym grał do końca to nie przegralibyśmy w Polkowicach, bo nie było takiej opcji. Arbiter sobie wziął i poukładał. Także to już jedna niesprawiedliwa kartka. Ja generalnie nie rozmawiam z sędziami i kary dostaję przeważnie za walkę.

Przez całą swoją karierę w I lidze dostałeś tylko jedną czerwoną kartkę i to za dwie żółte. W Lechii jesteś ponad rok i już masz na koncie dwie.

- W I lidze nie jest tak łatwo dostać czerwoną kartkę. Trzeba robić poważne błędy czy coś. A w II lidze jest cały czas walka i nieraz sędziowie zbyt pochopnie wyciągają kartki. Myślę, że robią to po to, aby jak najszybciej poukładać sobie mecz, bo spotkania przeważnie obfitują w dużą ilość sytuacji stykowych i nikt nie odpuszcza. Może wynika to z tego. Jak oceniam sam siebie to jedyna kartka, która wyniknęła z mojej głupoty to ta z Ruchem z poprzedniego sezonu.

Wielu mnie zniechęcało

Znalazłem określenia "Stalowy Paweł" czy "Żelazny Paweł" odnoszące się do ciebie. Ile jest jeszcze w tobie z powyższych określeń? Spokorniałeś trochę z wiekiem?

- Mam taki charakter, że nie odpuszczam. Wydaje mi się, że będę taki do końca moich dni. Nieraz "Królik" mówi: "Kurczę, jak byście znali +Pękiego+ jeszcze z Amiki. Teraz to już jest całkiem inny człowiek". Myślę, że z wiekiem człowiek pokornieje, ale to dobrze. Wtedy wychodzi mądrość w grze. Mi gra się obecnie lepiej, jestem teraz dojrzalszym zawodnikiem. Nie robi się już takich głupot, że bezsensownie wpiernicza się w zawodnika. Teraz wszystko się waży i zanim się wykona jakiś ruch to już wszystko jest w głowie poukładane. Ale charakter mam, jaki mam i on się nie zmieni.

Czy twoim boiskowym idolem-twardzielem był Adam Ledwoń?

- Przy Adamie to ja się wychowywałem. Wtedy zaczynałem grać w "Gieksie" (GKS-ie Katowice - przyp. red.) w lidze. Śmieją się wszyscy, że najgorsze rzeczy brałem od "Ledka", ale wiadomo, że jeśli gra się w takim zespole to się podpatruje. W tamtych czasach można było sobie pozwalać na wiele, bo nie było kamer. Dopiero po jakimś czasie pojawił się Canal+. Wtedy sędziowie nie wychwytywali wszystkich fauli. Ale Ledwoń robił to w taki sposób, że nawet kamerom byłoby ciężko. Miał taki ruch, że nawet nie było widać faulu. Adam biegł, biegł, a goście mieli porozwalane nosy. Gadałem z "Szulem" (Marcin Szulik - przyp. red.), że grał w meczu, w którym Ledwoń rozwalił dwa nosy. W tym jeden kadrowiczowi z Litwy, Łotwy czy Estonii. Polował na niego cały mecz, a odbywał się on na Gieksie, więc cały oglądałem na żywo.

Ty też podobno kiedyś rozbiłeś komuś nos.

- Tak, ale to już była głupota totalna. To było w sparingu. Od tego meczu przestano rozgrywać tego typu między zespołami ze Śląska. Tak, jak nie ma derbów w Trójmieście. Ale te derby ze Śląska to są naprawdę takie, że... I nawet w tym sparingu. Agafon (Mieczysław Agafon - przyp.red.) to był taki nieprzyjemny typ, a ja byłem młody i buńczuczny. No i stało się. Miałem wtedy strasznie przesrane. Od razu potem jechałem na kadrę i mama miała telefony, że synka do lasu itp. Takie generalnie nieprzyjemne sytuacje. Ale było, minęło. Człowiek był wtedy strasznie młody i głupi. Od tego incydentu zaczęło się mówić, że Pęczak to brutal itp.

Który z piłkarzy obecnej Lechii najbardziej przypomina ciebie pod względem waleczności, charakteru?

- (Dłuższa cisza - przyp. red.) Kurczę, nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. Ale "Pęki" jest jeden, więc już drugi się nie urodzi. Myślę, że w każdym z zawodników siedzi coś takiego.

A Fechner?

- Seba jest takim zadziorą. Ale generalnie taki powinien być obrońca. "Lodzik" też jest. Z obu będą ludzie. Loda jest w kadrze Polski w juniorach. Ja cały czas mówię chłopakom w szatni: "Czego ty się boisz? Wpiernicz się. To, że ty mi się wpierniczysz, to nie ma problemu. Zrób to przy piłce, uczysz się". Tylko, że oni cały czas marudzą i mają obawy. Ale teraz na treningach widać, że ci młodzi się nie boją i nieraz jest przyostrzenie.

Mówiłeś o Rafale Lodzie. Jak ocenisz jego debiutancki występ?

- Myślę, że zagrał pozytywnie. Miał kilka błędów, ale one wynikały z tremy. To był w końcu dla chłopaka pierwszy poważny występ w dorosłej piłce. Mógł nawet strzelić ładną bramkę z 30 metrów, kiedy bramkarz miał kłopoty. Ja oceniam go pozytywnie i chyba tak samo ocenia trener. Wydaje mi się, że gdyby nie był zdrowy Sebastian Fechner to Loda grałby w meczu z KSZO. Jeśli będzie dalej tak pracował i nabierze pewności siebie to będą z niego ludzie.

Czy z młodych piłkarzy Lechii to Loda jest twoim faworytem to tego, aby stać się dobrym piłkarzem?

- Myślę, że Marcin Pietrowski też ma duży potencjał. Widać, że trener odważnie wstawia go w skład, zaczyna mecze od pierwszej minuty, także jego gra nie jest przypadkiem. Chłopak ma potencjał, nabiera pewności siebie i będzie z niego dużo pożytku. To widać już po pierwszych jego występach.

Ale ukończyłeś kurs trenerski na trenera drugiej klasy, który uprawnia cię do prowadzenia zespołu do III ligi włącznie. Czy to oznacza, że teraz pod innym kątem obserwujesz mecze?

- Nie. Na razie staram się grać w piłkę. Teraz mam na to najlepsze lata. Staram się to wykonywać jak najlepiej. A czas na trenerkę jeszcze przyjdzie i wtedy wezmę się za to na poważnie i spojrzę inaczej. Wiadomo, że każdego trenera się podgląda i coś zostaje w głowie, bo trochę szkoleniowców już przeżyłem.

Któremu trenerowi najwięcej zawdzięczasz?

- Piotrkowi Piekarczykowi z Katowic, bo dzięki niemu zaistniałem w piłce, on mi dał szansę grania i u niego, można powiedzieć, zacząłem poważną przygodę z piłką. Oprócz niego jeszcze trenerowi z juniorów, Heńkowi Grzegorzewskiemu. To jest człowiek, który mnie wychował i jemu też naprawdę dużo zawdzięczam.

Był też na twojej drodze trener, który wręcz zniechęcił cię do grania?

- Było ich wielu. Jednak czas goi rany i nie ma co się wypowiadać na ich temat.

W Lechii masz do czynienia z trenerami młodej generacji.

- Dokładnie. To jest fajne i mi się podoba. Wydaje mi się, że droga obrana przez włodarzy Lechii jest świetną drogą. Dobrze, że daje się szanse młodym trenerom, bo to są młode wilki, głodne sukcesu. Mają nowe, ciekawe pomysły i to jest dobre. Wydaje mi się, że w tym kierunku powinno się iść. Choć nie mówię, że starzy trenerzy wypadli z obiegu. Pokazuje to choćby nasza ekstraklasa i Orest Lenczyk. Z nim miałem przyjemność pracować w Katowicach. To jest taki człowiek, że on się w tańcu nie pierniczył. Pamiętam, że nie patrzył na nazwiska i jeśli ktoś był słabszy to odsyłał go do rezerw. W drugim zespole grali piłkarze, którzy w tamtych czasach występowali w europejskich pucharach. Jak choćby Wojciechowski, Widuch czy Kucz.

Ty jako zawodnik wolisz, aby różnica pomiędzy wiekiem trenera, a zawodnika była mniejsza, a przez to, aby relacje były bardziej "partnerskie"?

- Ja myślę, że różnica wieku nie ma znaczenia. Trener jest od tego, aby rządzić i trząść całym zespołem. On nie może patrzeć czy dany zawodnik był jego kolegą z boiska, czy nie. To już jest inna pozycja i on sobie zdaje z tego sprawę. Teraz nie ma patrzenia, czy ktoś z "Borkiem" grał w piłkę, czy jest jego kolegą. Jak trzeba to trener na takiego piłkarza nakrzyczy, pokrzyczy i to jest normalna kolej rzeczy w pracy szkoleniowca.

W Gdańsku na pewno jest duża presja wyniku. Odczuwacie to?

- Na pewno. Ale z drugiej strony jest tak, że czym większy nóż mamy na gardle, tym lepiej gramy.

Czy wolisz taką sytuację, czy taką sytuację jak np. we Wronkach?

- Wydaje mi się, że po to wychodzi się na boisko - dla kibiców. Jest presja wyniku, trzeba wygrać. I mi się lepiej gra w takiej sytuacji. Nóg nie mam w żadnym wypadku związanych, a jestem dodatkowo zmobilizowany. Ale młodszym zawodnikom, którzy jeszcze nie mają tak silnej psychiki presja wiąże nogi i widać, że później boją się grać. Widz jest od tego, aby wyrażać swoje opinie i spostrzeżenia o meczu. On płaci za bilet i oczekuje, aby zespół wygrywał i zdobywał punkty. Ten, kto gra w piłkę musi zdawać sobie sprawę, że to jest normalne zachowanie. Nieraz będzie głaskany i jego nazwisko będą skandować, a przyjdą i takie dni, kiedy kibice będą wyzywać.

Sentyment do GKS-u Katowice

Czy o twoim przejściu do Lechii zadecydowała znajomość z trenerem Marcinem Kaczmarkiem, czy jeszcze jakiś czynnik?

- Razem z Marcinem kończyłem szkołę trenerów i powiem szczerze, że czas uciekał, nie było sensownych propozycji od klubów, jedynie od jakichś pseudo menedżerów, więc pomyślałem, że przecież Marcin teraz Lechię prowadzi. Dużo rozmawialiśmy, że to ciekawy klub, że działacze się uczą, że to wszystko jest dopiero na wstępnej fazie budowy. Tak mnie nakręcił, że w końcu mówię: "Kurczę, nie ma propozycji, zadzwonię do Marcina i może znajdzie się dla mnie miejsce". Zadzwoniłem do niego z pytaniem, czy mogę przyjść do Lechii grać, a on się śmiał i myślał, że ja żartuję. Mówił, że mogę pójść do każdego pierwszoligowego zespołu i tam grać za dobre pieniądze. Powiedziałem, że pieniądze nie są ważne, a chcę po prostu grać jak najlepiej. Wiadomo, że jeśli człowiek będzie dobrze grał to pieniądze jeszcze zarobi. Doszliśmy do porozumienia, na obóz pojechałem, zagrałem w sparingach. Po obozie podpisałem kontrakt i jestem w Lechii.

W tamtym okresie była też opcja z Podbeskidzia Bielsko-Biała.

- Tak, ale z perspektywy czasu cieszę się, że gram w Lechii. Wiadomo, że miałbym bliżej do domu, ale ja już jestem przyzwyczajony. W młodym wieku wyjechałem z domu, także mi było łatwiej. Gorzej było dla mojej dziewczyny - Izy, która pierwszy raz była tak daleko od domu. Ale potem się przyzwyczaiła i już jest wszystko dobrze.

Podobno podoba się jej Gdańsk.

- Bardzo jej się podoba i chce tutaj jak najdłużej zostać. Zobaczymy jak to będzie, czy będą mnie cały czas chcieli w Lechii. Na razie jest wszystko dobrze i cieszę się bardzo, że tutaj jestem. Miasto jest wspaniałe i często jak gadam z chłopakami ze Śląska to mi zazdroszczą, że mi tutaj tak dobrze i mam plażę i morze pod nosem. Mówię im, że cały czas nie, bo pogody nie ma, ale to jest i tak piękne miasto.

Myślisz o pozostaniu na stałe?

- Rozmawiamy z Izą na ten temat, ale wszystko wyjdzie w praniu. Zobaczymy, co dalej tu będzie, jak będzie, czy będą chcieli Pęczaka na następny sezon. Nie ma co gdybać. Jest nam tutaj dobrze. Izka też ma pracę, cieszy się z tego, że tu jest. Naprawdę jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi, że tu jesteśmy.

Wracając do morza. Chyba jednak wybrałeś mieszkanie blisko starówki, a nie morza.

- Tak. Zawsze chłopaki przychodzą i mówią, że mi się udało, bo mam najlepsze mieszkanie w Lechii. No udało mi się, ale przez przypadek, bo w ogóle to miałem mieszkać na Zaspie. Po Kubie Biskupie miałem mieć mieszkanie. Na początku, jak przyjechaliśmy z Marcinem Janusem do Gdańska, Marcin powiedział, abym poszedł z nim do mieszkania, w którym teraz mieszkam, bo on planował w nim zamieszkać. Ja je zobaczyłem i pomyślałem: "Kurczę, jakie fajne mieszkanie". Marcin chciał w dodatku mieszkać gdzieś na uboczu, więc zacząłem go namawiać, aby wziął jakieś inne, a ja zajmę to. W końcu się zgodził, dał mi telefon do gościa od tego lokum. Okazało się, że był to Jarek Pajor, który jest trenerem w Lechii. Dogadaliśmy się i teraz mieszkam tutaj, z czego jestem zadowolony, bo mam wszędzie blisko.

Dalej jeździsz autobusem?

- Tak, cały czas. Ja chyba w życiu nie zrobię prawa jazdy. We Wronkach zdarzało mi się jeździć bez (śmiech). Ale wiadomo, że nie ma co porównywać Wronek do Gdańska. Nie będę oszukiwał i powiem, że nigdy mi samochody nie sprawiały jakiejś frajdy. Niektórzy piłkarze lubią uprawiać tzw. "lanserkę", ale ja nie.

Korzystasz z komunikacji czy pomocy kolegów?

- Generalnie tak mi się udało, że po drodze mam kilku kolegów, ale praktycznie cały czas jeżdżę z "Heńkiem" (Krzysztofem Brede - przyp. red.). On ma po drodze ze Stogów, także muszę tylko wyjść na skrzyżowanie i mnie zabiera. Nawet się przyzwyczaiłem, że nie mam auta. Może dla niektórych to jest śmieszne, że piłkarz, a jeździ autobusami. Nie zwracam na to uwagi i śmieję się z takich ludzi, którzy śmieją się ze mnie z tego powodu. Z ojcem żartujemy, że ja jestem nastawiony do samochodu tak, jak moja mama. Moja młodsza siostra ma prawo jazdy, ale ja chyba nie zrobię. Musiałyby mnie zmusić jakieś wyjątkowe okoliczności.

Podobno podczas urlopów przed obecnym sezonem pojechałeś na luźne rozmowy do GKS-u Katowice. Czy to prawda?

- To napisały gazety. Ja byłem na meczu barażowym GKS-u, jak grali o awans do III ligi i po prostu luźno sobie gadaliśmy, czy byłby w ogóle temat mojego przyjścia do tego zespołu. Ja powiedziałem, że na dzień dzisiejszy chcę jeszcze pograć na poziomie centralnym.

Ale opcja Katowic jest możliwa? Ciągle powtarzasz, że temu klubowi zawdzięczasz najwięcej.

- Dzięki temu klubowi wypłynąłem na szerokie wody. Zawsze będę miał do GKS-u sentyment, bo tam się wychowałem i uczyłem całego rzemiosła. Zobaczymy. Cały czas jestem z chłopakami z "Gieksy" na bieżąco, dzwonimy do siebie po meczach. Przeglądam też ich forum internetowe. Gdzieś tam pisali: "Kurczę, przydałby się nam +Pęki+". To mnie cieszy. Zobaczymy jak to wszystko się potoczy. Staram się grać jak najlepiej w Lechii, bardzo mi się tu podoba i chciałbym zostać tu jak najdłużej. Cały czas mamy wyzwanie, bo jest szansa, aby Lechia w końcu powalczyła o ligę i żeby się tam znalazła, bo takie miasto naprawdę na to zasługuje. Gdyby Gdańsk był w ekstraklasie to pełno ludzi przychodziłoby na mecze. Nie zdawałem sobie sprawy, że w tak dużym mieście będę sobie szedł starówką, a ludzie będą mnie poznawać i witać się ze mną, czy życzyć powodzenia. W Katowicach mi się to nie zdarzało, a między Katowicami a Gdańskiem nie ma w ogóle porównania.

Spadek z "Gieksą" z ligi to twój najczarniejszy dzień?

- Tak, na pewno. To było straszne. Ale wtedy były te czasy, które teraz wychodzą na światło dzienne. Dziurowicz wszystko to otworzył i cała koniunktura zaczęła funkcjonować, sędziowie zaczęli popełniać coraz więcej wpadek. Nie chcę do tego wracać i zwalać winy na sędziów, czy zarzucać, że odgórnie, po rundzie jesiennej, postawiono na nas krzyżyk, że to my mamy spaść. Szkoda, bo jest to klub z takimi tradycjami, że jego miejsce powinno być, podobnie jak Lechii, w ekstraklasie.

Jak wspominasz "Magnata", czyli Mariana Dziurowicza?

- Byłem wtedy młodym chłopakiem i dużej styczności z nim nie miałem, ale pamiętam, że starsi koledzy mieli cholerny respekt do niego, każdy się go bał. Miał w sobie taką aurę, że gdy się pojawiał, przechodził obok człowieka, to wszyscy stawali na baczność. Nie było człowieka, który mógłby się mu postawić, czy coś. Starsi piłkarze GKS-u opowiadali mi, że jak po przegranym meczu wszedł do szatni i walnął ręką to wszyscy niemal wisieli na wieszakach na ubrania. Był to taki autorytet, że teraz nie ma już drugiego takiego człowieka.

Kibice Lechii mają jednak żal do Dziurowicza. Nie wiem, czy pamiętasz tę sytuację, kiedy zespół GKS-u nie zdecydował się przyjechać na mecz z Lechią-Olimpią.

- Pamiętam. Gadam o tym nieraz z chłopakami, kiedy jedziemy w autokarze. Na początku, jak tu przyszedłem to też rozwialiśmy: "Kurczę, +Pęki+, a przez ten twój GKS to Lechia...". Ja tej sprawy dokładnie nie pamiętam, bo byłem wtedy młodym chłopakiem. Dopiero rok później zadebiutowałem w pierwszej lidze, dlatego nie będę się wypowiadał na ten temat.

Remisy przez moją składankę

Urodziłeś się w Tychach, a twoim pierwszym klubem był GKS Katowice.

- Moim pierwszym klubem były Tychy. To było w piątej lub szóstej klasie podstawówki, wtedy trenowałem w Tychach. Bodajże na przełomie siódmej - ósmej klasy kolega mnie namówił na "Gieksę". Mimo, że mój ojciec chciał, abym poszedł do Górnika Zabrze, bo on jest strasznym kibicem tej drużyny. I w późniejszym czasie też wylądowałem w Górniku.

A ty w młodości, komu kibicowałeś?

- Ja też Górnikowi. Ale kumpel namówił mnie, abym przyszedł, zobaczył. Mama postawiła warunek, że mogę jeździć na treningi, ale muszę się nadal dobrze uczyć w szkole. Wsiadłem w autobus i pojechałem. Wzięli mnie na obóz i zostałem. Tylko, że wtedy byłem napastnikiem, więc to już w ogóle inna bajka. Razem z tym kolegą graliśmy w napadzie i żeśmy strzelali do 23 gole na sezon. Wtedy wypatrzył mnie Piotrek Piekarczyk, wziął mnie do zespołu i zaczął wystawiać jako pomocnika, ale defensywnego. Dziwiłem się i myślałem sobie: "Kurczę, bramki strzelałem, a co on robi?". A on widział, że nawet w napadzie pracowałem mocno w defensywie. Od tego czasu coraz więcej przebywałem z pierwszą drużyną, wziął mnie na obóz i tak zadebiutowałem w pierwszej lidze.

Po rozstaniu z Amiką przeszedłeś do Górnika zamiast do "Gieksy". Kibice tych ostatnich nie mieli ci tego za złe?

- Nie, nie. Nie wybaczyliby mi na pewno, gdybym przeszedł do Ruchu Chorzów. Tego by mi w życiu nie wybaczyli. Takich wielkich animozji między Górnikiem a "Gieksą" na pewno nie ma. Generalnie na Śląsku jest tak, że z Ruchem nikt nie trzyma. I jeśli są jakieś derby to właśnie na Ruch wszyscy mobilizują się najbardziej. Wiadomo, że "Gieksa" z Górnikiem nigdy się nie będzie kochać, ale nie ma też jakiejś wielkiej nienawiści.

Czy ta zawiść do chorzowian wynika np. z ilości zdobytych przez nich tytułów mistrzowskich?

- Na pewno z kibicami tak jest, ale to już było wdrażane od juniorów. Kiedy się grało z Chorzowem to trzeba było wygrać.

Czy to jest taka nienawiść jak między Lechią a Arką?

- Taka sama. Tam też wszyscy się nienawidzą od małego. Nawet jak młody chłopak gra z Arką to jego rodzice też szaleją przy linii. Dokładnie tak samo jest na Śląsku. Powiem, że nawet miały dwa razy propozycję grania w Ruchu. Dzwonił prezes Rogala, ale mu grzecznie powiedziałem: "Prezesie, jak? Jak gieksiarz może grać w Ruchu?", a on na to: "Ale co ty gadasz, przecież tu cię przyjmą". Przeprosiłem i powiedziałem mu, że nie ma takiej opcji, a on odparł, że szanuje moją decyzję. Za drugim razem też zadzwoniono i chciano mnie skusić pieniędzmi, ale znowu również odrzuciłem propozycję. Może przez to mam teraz taki szacunek wśród kibiców "Gieksy".

Twoje ciało zdobione jest tatuażami. Czy od pobytu w Gdańsku przybył jakiś nowy?

- Nie, ale w grudniu przybędzie. Już jestem umówiony z moim przyjacielem. Wiem, że Trójmiasto słynie z dobrych studiów tatuażu, ale ja mam swojego człowieka od tego i on rzeźbi moje ciało. Jemu zaufałem i on wie, czego ja oczekuję.

Masz jakiś tatuaż związany z piłką?

- Nie. Jest jeden na ręce związany z moim charakterem: "Niech nienawidzą, byleby się bali" po łacinie. Na drugiej ręce też sobie zrobię hasło "Wielu musi się bać ten, kogo wielu się boi". Tak sobie nieraz siądę, patrzę w Internecie i nieraz coś ciekawego mi do głowy przyjdzie. Jeśli coś mi się spodoba, pasuje do mojej osoby to sobie to spisuje i o tym pamiętam.

A jakiś herb "Gieksy" czy Lechii, jak ma choćby Majdan?

- Nie, nie. Nie mówię, że to jest głupie, ale to jest jego sprawa. Może on się z tym dobrze czuje. Ja wolę sobie tatuować to, co ja uważam za słuszne i podobne do mnie. Żaden tatuaż nie jest przypadkowy i jeśli coś robię to musi to być z przekonaniem, że jest to coś poważnego.

Kiedy przychodziłeś do Lechii mówiłeś, że chciałbyś grać z numerem 21. Stroje zmieniły się już dwa razy i wciąż nie ma tego numeru.

- Dokładnie. Nadal numeracja jest tylko do 18. W GKS-ie i później gdzie tylko szedłem to chciałem grać z "21". Taka moja szczęśliwa liczba. Poza tym kiedyś z tym numerem grał mój idol z lat, kiedy byłem napastnikiem - Luis Enrique. Ale już teraz się przyzwyczaiłem do tej "czwórki" i nie jest źle.

Ale w kontrakcie nie podejmowałeś tego tematu?

- Nie, nie. Gadam nieraz z kierownikiem i mówię: "Kiero, no jak? Co z tym moim numerem?". Nieraz gadamy z chłopakami i uważamy, że szkoda, że każdy nie ma swojego numeru. Jak tylko kogoś brakuje to ktoś inny bierze czyjś numer. A powinien być konkretny przydział. Kibice mogą się wtedy bardziej identyfikować z danym numerem. Trzeba będzie poruszyć tę kwestię. Siądę na "kiera" i może uda się coś z tym zrobić.

Jakbyś nie został piłkarze to zostałbyś DJ-em? Słyszałem, że jesteś w trakcie robienia kursu.

- Nie, to jest wymysł dziennikarzy. Chciałbym zrobić takowy kurs w przyszłości. Nakręciła mnie do tego dziewczyna mojego kolegi z Katowic. Ja się muzyką bardzo interesuję i na pewno, gdybym nie grał w piłkę, to poszedłbym w tym kierunku. Mam poszerzone horyzonty i znam się na muzyce, łatwo mi wpada w ucho, szybko przyswajam nazwy zespołów. Cały czas nad tym myślę. Chciałem sobie kupić nawet taki mini sprzęt do stawiania pierwszych kroków, ale nie mogę nigdzie znaleźć. Będąc na rehabilitacji w Szczecinie, byłem u znajomego Marcina Klatta. Poszliśmy do klubu jego kolegi, DJ-a. Klatt miał właśnie zakończenie rehabilitacji. Znajomy Marcina wziął mnie za pulpit, dał mi mikrofon i przez chwilę się pobawiłem. Wydaje mi się, że łatwo bym się w to wkręcił. Jestem na bieżąco, jeśli chodzi o muzykę, ale to jest na razie tylko moje hobby, a moim zawodem jest gra w piłkę.

A w Gdańsku odwiedzasz jakieś kluby?

- Nie. Generalnie nie ma na to czasu. Mecze przeważnie są w soboty, a wtedy grają w klubach. W tygodniu, w trakcie sezonu, nie warto się pokazywać w takich miejscach.

Jakiej najchętniej słuchasz muzyki?

- Zależnie od nastroju. Nieraz posłucham newmetalu, nieraz posłucham house'u, rapu. Raczej w poważną muzykę się nie wpierniczam.

Podobno z Krzyśkiem Brede ustalaliście muzykę, która leci podczas rozgrzewki?

- Dokładnie, ale moją płytę już wycofali. Mówię o tej troszeczkę cięższej muzyce, która była na ostatnich meczach. To ja ją zrobiłem, ale podobno chłopakom się nie bardzo podobała. Mi się wydaje, że przed meczami muzyka powinna być troszeczkę cięższa, aby wyjść z jajem na mecz. Mnie to bardziej mobilizuje, ale każdy człowiek jest inny. Teraz jest z powrotem ta od "Heńka", która jest już strasznie przestarzała. Mówiłem mu, aby zrobił coś nowego.

Może wycofano ją dlatego, że zremisowaliście ostatnie mecze?

- (śmiech) Pewnie tak. Wszyscy pomyśleli, że jak "Pęki" zrobił składankę to teraz remisujemy. Drugi trener próbował mi delikatnie zasugerować, że warto by zmienić tę płytę. Chłopacy widocznie bali się mi to powiedzieć to trener musiał to zrobić. Większość w naszym zespole woli muzykę dyskotekową.

Forum czytam codziennie

Nie żałujesz, że gdyby nie kontuzje to twoja kariera mogłaby się potoczyć inaczej?

- Może trochę. W reprezentacji młodzieżowej startowałem z tego samego pułapu, co Marcin Baszczyński. U Janasa to ja praktycznie cały czas grałem. Miałem nawet niegdyś propozycję z Wisły Kraków, ale wybrałem Amikę. Generalnie, kiedy siedzę kontuzjowany w domu to dostaję jobla. Nawet teraz, od czterech dni mam gips i już nie mogę usiedzieć w miejscu bez gry w piłkę.

Za przejściem do Amiki stał właśnie Janas?

- Tak. To on mnie namówił do tego transferu, jeszcze zanim został tam działaczem. Już wtedy wiedział, że nim będzie i chciał mieć swoich chłopaków pod ręką. Była szansa awansu na olimpiadę i całkiem inne realia. Ale i tak jestem szczęśliwy z tego, co osiągnąłem. Mam dwa Puchary Polski, jeden Superpuchar. Brakuje tylko Mistrza Polski i praktycznie mógłbym kończyć - tak się mówi. Wydaje mi się, że jeszcze wszystko przede mną, bo teraz jestem w najlepszym wieku.

Jakiś czas temu pojawiła się dla ciebie propozycja z Chin. Czemu do tego nie doszło?

- Zawsze się przewijają pseudomenedżerowie, którzy oferują złote góry. Ja jestem takim człowiekiem, że gdybym miał konkretną propozycję to nawet bym się nad tym nie zastanawiał, bo wiadomo, że jest to nowy kraj, nowa kultura, którą można poznać. Wielu Polaków już przetarło szlak i zrobiło dobrą renomę. Rozmawiałem z Jackiem Paszulewiczem i mówił, że w rok zarobił tyle, co w Polsce przez 6-7 lat. Ale mówił, że dłużej niż rok nie da się tam wytrzymać.

Podobno twoim największym kibicem jest twoja babcia.

- Tak, zgadza się. Kiedyś jeździła na każdy mój mecz, kiedy jeszcze grałem w juniorach. Teraz już nie, ale rozmawiamy ze sobą, zbiera wycinki z prasy o mnie.

Jak wyglądają twoje kontakty z córką?

- Raz w tygodniu dzwonimy do siebie. Ona mieszka w Tychach, teraz zaczęła chodzić do szkoły. Kiedy grałem w "Gieksie" to nasze kontakty były częstsze. Oboje już czekamy na grudzień, bo wtedy na pewno będziemy mieli dla siebie więcej czasu.

Czytasz naszą stronę WWW lub może przeglądasz wypowiedzi na forum?

- Czytam i forum, i stronę codziennie, ale się nie wpisuję. Wielu chłopaków z drużyny boi się czasami zaglądać, bo boją się przeczytać negatywne opinie o swojej grze. Ja się tym nie przejmuję, bo mam mocną psychikę.

W sobotę prawdopodobnie zagracie z Piastem przy pustych trybunach. Czy to jest dla was duże utrudnienie?

- Na pewno, bo gdańska publiczność jest naszym dwunastym zawodnikiem. I to, że gdańska twierdza jest cały czas niezdobyta to jest również zasługa kibiców. Oni robią wspaniałą atmosferę na stadionie i w tych ciężkich chwilach, kiedy człowiek nie ma sił to jednak fani pociągną i człowiek jeszcze z wątroby jedzie. Wiadomo, że kibice robią wszystko dla piłkarzy i tak samo jest w drugą stronę. I oby tak było zawsze. Oby ich jak najwięcej przychodziło na mecze.

Ale przez część tych kibiców stadion może zostać zamknięty.

- No właśnie. Ja nie rozumiem takiego zachowania, ale nie będę się na ten temat wypowiadał, bo nie jest mi to po prostu dane. To się po prostu w głowie nie mieści. Szkoda, bo sami wiemy jak kibice są potrzebni, zwłaszcza u siebie. Jak kibol ryknie to nogi rywalowi się ugną i na to nie ma bata. Oby kara była jak najniższa, bo grałem w wielu meczach bez kibiców i nie jest to nic przyjemnego.

Ludzie Lechii
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2026. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.013