Gdańsk: wtorek, 27 lutego 2024

Tygodnik lechia.gda.pl nr 76 (39/2006)

26 września 2006

Treść artykułu
 |   |   |   |   | 

LECHIA I AFERA KORUPCYJNA

Kryminalne wizjonerstwo

"Czy człowiek, który jest właścicielem czołowego zespołu drugoligowego może marzyć o występach w Lidze Mistrzów?" - pytał w październiku ubiegłego roku na łamach tygodnika Piłka Nożna red. Adam Godlewski.

MICHAŁ JERZYK

"Odpowiedź jest prosta - jeśli jest przy zdrowych zmysłach, to raczej nie powinien. A jednak znalazł się ktoś, kto nawet głośno o tym mówi!" - kontynuował felieton Godlewski. "Nazywa się Mirosław Stasiak i aktualnie prezesuje ostrowieckiemu KSZO. Ten pasjonat, albo po prostu człowiek bardzo chory na punkcie futbolu (mimo 37 lat na karku wciąż sam ugania się za piłką) ma już nawet gotowy biznesplan szturmu na LM. Obliczył, że na zbudowanie zespołu na miarę mistrza Polski potrzeba 25 milionów złotych. I wie, jak taką kupkę uzbierać".

"Otóż ma już - jak twierdzi - zapewnienie hiszpanów z huty Celsa, że po spodziewanym awansie do ekstraklasy będą wykładać 10 milionów złotych rocznie. 5 milionów jest w stanie sam zainwestować, bo węglowe interesy, które prowadzi, idą dobrze. Kolejnych 5 baniek ma pochodzić ze sprzedaży praw telewizyjnych, reklamowych i od sponsora tytularnego Orange Ekstraklasy. Resztę przyniosą do klubowych kas złaknieni wielkiego futbolu kibice i napędzą transfery" - roztoczył wizję Stasiaka dziennikarz, nieświadomy jeszcze faktu, że nie minie rok, a cały kraj przekona się, iż plany prezesa opierały się na założeniu, że pierwszy milion trzeba ukraść. A więc na pospolitym przestępstwie.

Dwa dni przed piątkowym meczem KSZO i Lechii do drzwi bełchatowskiego domu Mirosława S. zastukała policja, a kilka godzin później prokuratura postawiła mu zarzut ustawienia co najmniej dwudziestu meczów. Po złożeniu obszernych wyjaśnień i wpłaceniu 40 tysięcy złotych kaucji, prezes KSZO nazajutrz opuścił areszt. Nieoficjalnie wiadomo, że podobnie jak większość aresztowanych przed nim, przyznał się do winy.

Wody w usta nabrał ostrowiecki klub, który na swojej stronie internetowej nie wystosował nawet oficjalnego komunikatu w tej sprawie, mimo że dramatycznie godzi ona w jego reputację, a nawet stawia pod dużym znakiem zapytania jego przyszłość. Kibice KSZO martwią się już nie tym, kiedy ich drużynie uda się wreszcie wrócić na salony, ale czy skończy się tylko na ujemnych punktach, czy może przyjdzie zmierzyć się z karną degradacją, a także kto i na jakich zasadach przejmie teraz klub po spalonym w świecie sportu i poważnego biznesu właścicielu. Upust swojemu rozgoryczeniu oszukani fani dali podczas meczu z Lechią, atakując Stasiaka i werbalnie, i za pomocą przygotowanych transparentów.

Karabin walczącej z korupcją w polskiej piłce prokuratury ewidentnie nie jest maszynowy - strzela pojedynczo, czasem podwójnie, ale w regularnych odstępach czasu. Jest więcej niż pewne, że wkrótce na jego celowniku znajdą się kolejne osoby. Wydaje się, że jest w tym pewna racjonalna metoda. Zatrzymanie naraz czterdziestu ludzi niewątpliwie byłoby akcją niezwykle spektakularną, ale echa której najpóźniej po kilku tygodniach zaczęłyby zanikać. Regularne łapanki pozwalają natomiast nieustannie nabijać punkty popularności prokuraturze, co z kolei gwarantuje polityczne zyski obozowi rządzącemu. Takie wyrachowanie absolutnie nie umniejsza jednak osiągnięć, zwłaszcza że nikt nie potrafił się dotąd pokusić choćby o ich ułamek.

Druga liga - organizm jak widać przesiąknięty korupcją do cna - trzęsie się dziś w posadach. Z dostępnych dla publicznej wiadomości informacji można wysnuć wniosek, że w ostatnich latach osiągnięcie w niej jakiegokolwiek sukcesu bez upaprania rąk działalnością niezgodną z prawem było praktycznie niemożliwe.

Uchodzący za specjalistę od awansów do ekstraklasy, Mirosław D., który wprowadził na najwyższy szczebel Górnika Polkowice i Arkę Gdynia, ze strachu przed wyciąganiem go z mieszkania przy sąsiadach sam pobiegł do prokuratury zdać rachunek sumienia. Wygrany w sierpniu mecz z Lechią prawdopodobnie był jego ostatnim w karierze. Z wystrojem i atmosferą wrocławskiego aresztu zapoznał się już także inny wielki wizjoner, architekt przenosin drugiej ligi z Włocławka do Bydgoszczy, Wojciech K. Do sieci wpadają ryby tak grube, że na płotki nikt już nie zwraca uwagi.

Do tego dochodzą sędziowie, wśród nich tacy, którzy niczym niezrażeni, jakby w przeświadczeniu, że niecne czyny w polskiej piłce muszą uchodzić na sucho, nadal bezwstydnie uprawiają swój zawód. Jak na ironię, praca Macieja H. na przestrzeni ostatniego roku okazała się dla Lechii doświadczeniem wyjątkowo kontrowersyjnym. Arbiter miedzy innymi dwa razy wyrzucił z boiska Pęczaka, podyktował przeciwko Lechii dwie jedenastki, a w decydującym momencie przegranego meczu z Ruchem nie zauważył ewidentnego przewinienia w polu karnym na Biskupie. Mimo że przypuszczalnie nie stało za tym nic kryminalnego, ba, w większości tych decyzji miał nawet absolutną rację, to właśnie przez ludzi o takiej moralności zaufanie do pracy sędziów sięgnęło dna, a każda niejednoznaczna reakcja rodzi na trybunach podejrzenia, czy aby rozjemcą nie kierują pozaboiskowe ustalenia.

Lechia okazała się mieć ogromne szczęście, że zniknęła z ligowego krwiobiegu właśnie na okres, którym w głównej mierze zainteresowani są policyjni śledczy. Gdyby chodziło o lata wcześniejsze, prawdopodobnie tak miło mogłoby już nie być, bo kilka spotkań rodziło więcej niż tylko przypuszczenia. Nomen omen interesujący był zwłaszcza dwumecz z KSZO w sezonie 2000/01, zakończonym spadkiem biało-zielonych i awansem ostrowczan do ekstraklasy. Nie da się jednak połączyć tych wydarzeń ze Stasiakiem. Był on wtedy napastnikiem Ludowego Klubu Sportowego Gomunice, w Ostrowcu wylądował dopiero cztery lata później.

Gdański klub nie tylko zniknął z piłkarskiej mapy Polski, ale również zburzył i stworzył od podstaw struktury organizacyjne. Z władz w całości zniknęli ludzie, mający wcześniej wpływ na jego działalność. Rządy żółtodziobów - bo takim określeniem trzeba potraktować i cały zarząd, i dyrektora, i sztab szkoleniowy - stają się w dzisiejszych czasach bardzo wartościowym atutem. Gdy wszyscy stanowczo zaprzeczają jakimkolwiek machlojkom, nawet ci, na ręce których kilka dni później zakładane są kajdanki, nikt w Lechii nawet nie musi się tłumaczyć, bo technicznie niemożliwym było cokolwiek nabroić. Czysto teoretycznie spekulując, jedynymi, którzy ewentualnie mogliby być w coś uwikłani, są piłkarze. I to tylko niektórzy.

Ale Lechia nie może spać spokojnie, bo ma na głowie inne problemy. Jest klubem, podczas którego meczów PZPN odnotował w tym roku najwięcej wykroczeń. Ostatnia "afera bananowa" - mimo że rozdmuchana do granic absurdu, z informacjami znajdywalnymi nawet w mediach hiszpańskich, meksykańskich czy singapurskich - na pewno tej statystyki nie poprawi i dla ewentualnego zainteresowania sponsorów może być ciosem równie dotkliwym, jak postawienie w stan korupcyjnego oskarżenia któregoś z przedstawicieli władz. Na dodatek stawia w bardzo niezręcznej sytuacji aktualnie przychylnych Lechii prominentów, nagabywanych o publiczne komentowanie ekscesu.

Wszystko to nabiera szczególnego znaczenia w kontekście planów zawiązania sportowej spółki akcyjnej i poszukiwania poważnego inwestora. Oby jednak nie z wizjonerami typu pana Stasiaka, który jest jak Baca z dowcipu, przepowiadający turystom pogodę dopóty, dopóki radio mu się nie zepsuje. W przypadku właściciela KSZO też już się wszystko wydało. Tylko jak zawczasu rozpoznać takiego gagatka?

Copyrights lechia.gda.pl 2001-2024. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.034