Gdańsk: czwartek, 25 lipca 2024

Tygodnik lechia.gda.pl nr 97 (9/2007)

27 marca 2007

Treść artykułu
 |   |   |   |   | 

MARIUSZ PAWLAK DLA LECHIA.GDA.PL

Wariat z flagą

"Kiedy grałem w Lechii w latach 1989-95, zawsze walczyliśmy o utrzymanie. Bieżący sezon jest zupełnie inny. Mamy szansę na awans i trzeba ją wykorzystać" - mówi dla lechia.gda.pl doświadczony wychowanek gdańskiego klubu, 35-letni Mariusz Pawlak.

KAROL SZELOŻYŃSKI, MARIUSZ KORDEK
Gdańsk

11 lat gry w polskiej ekstraklasie, 224 występy i 14 zdobytych w tych rozgrywkach goli, wywalczone mistrzostwo Polski, dwa wicemistrzostwa, dwa puchary Polski, puchar ligi, superpuchar Polski, 8 występów w pucharze UEFA, gdzie mierzył się z m.in. Girondins de Bordeaux, Manchesterem City czy Herthą Berlin, przeszło 18 lat gry na poziomie seniorskim, które spędził w tylko 4 klubach, wyłącznie krajowych, a gra w jednym z nich była tylko krótkim epizodem. O kim mowa? Oczywiście o 35-letnim Mariuszu Pawlaku, defensywnym pomocniku Lechii Gdańsk.

Z wychowankiem gdańskiego klubu spotkaliśmy się w sobotę, na kilka godzin przed konfrontacją biało-zielonych z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Popularny "Cygan" nie pojechał z kolegami z drużyny na drugi koniec Polski, gdyż musiał pauzować za otrzymaną w meczu z Jagiellonią czwartą żółtą kartkę w sezonie. Korzystając z okazji, porozmawialiśmy z Mariuszem Pawlakiem o jego bogatej w sukcesy karierze, o jej początkach, które miały miejsce w zespole gdańskiej Lechii, zapytaliśmy, dlaczego nigdy nie wyjechał do zagranicznego klubu, a także, dlaczego tak długo czekał z powrotem do Lechii. "Diabeł" opowiedział też o swojej krótkiej przygodzie z reprezentacją kraju oraz o tym, czy Liga Mistrzów ma szanse zagościć w Gdańsku.

Zabrakło tylko awansu i Ligi Mistrzów

Widząc pełne trybuny na meczu z Jagiellonią miałeś swego rodzaju deja vu? Przypomniało ci się to, co było kiedyś na spotkaniach w Gdańsku?

Mariusz Pawlak: Oczywiście. Wiadomo, że publiczność w Gdańsku gromadzi się na niektórych meczach w dużej liczbie. Jeszcze nie jest tak, że na każdym naszym spotkaniu jest tyle ludzi. Wiemy, że to my musimy wszystko nakręcać, przede wszystkim wynikami. II liga jakiś poziom prezentuje, natomiast nie jest to to samo, co ekstraklasa. Tam same nazwy drużyn przyciągną więcej kibiców. Oby na naszym meczu z Górnikiem Polkowice było również tyle widzów, co na Jagiellonii, ale wszystko zależy od wyniku konfrontacji z Podbeskidziem.

Skojarzyło mi się to z czasami Lechii/Olimpii. Wtedy na pierwszych meczach w Gdańsku trybuny również były wypełnione.

- Zgadza się, ludzie byli spragnieni piłki. Przyjeżdżały zespoły I-ligowe, a więc warto było przyjść, zobaczyć na najwyższym poziomie rozgrywkowym, nie tylko Lechię, ale i drużynę rywala. Oby od lipca to wróciło.

19 marca minęło 18 lat od twojego debiutu w Lechii i w ogóle w piłce seniorskiej. Masz na koncie różne sukcesy, ale brakuje wśród nich awansu.

- Rzeczywiście. Był jeden spadek z Lechią do III ligi (sezon 1994/95 - przyp. red.). Można powiedzieć, że w ciągu roku były dwa spadki. Oczywiście do tej degradacji by nie doszło, gdyby nie dwa walkowery. Ale tak się złożyło.

Chcesz zmazać tą białą plamę na swoim piłkarskim życiorysie?

- Oczywiście. Droga jest daleka, ale z drugiej strony... Marzy mi się feta, jaka na pewno odbyłaby się pod Neptunem.

Czy Lechia jest już gotowa, aby walczyć o awans do ekstraklasy?

- Jest gotowa. Jest paru doświadczonych, ogranych chłopaków i patrząc na składy, to jesteśmy w stanie tego dokonać. Musimy kroczyć od zwycięstwa do zwycięstwa, bo tylko w ten sposób możemy awansować. Nasz skład nie liczy 11 czy 18 osób, ale więcej. Jeśli ktoś wypadnie, to kto inny wchodzi i go zastępuje. Spokojnie dążymy do celu, a ten jest tylko jeden.

Zakładaliście 6 punktów w dwóch pierwszych meczach u siebie?

- Tak, nie ma co ukrywać. Wiemy, że z każdym meczem będzie coraz trudniej, bo każdy rywal będzie się na Lechię spinał, aby zabierać nam punkty. Dopiero od spotkania z Podbeskidziem zacznie się prawdziwa drabinka. Musimy jednak wygrywać takie mecze, jeśli myślimy o końcowym sukcesie.

Dotychczas nie występowaliście w roli faworyta.

- Zgadza się. Lechia już dawno nie grała w takiej roli. Musimy udźwignąć ten ciężar, bo sami sobie podnieśliśmy wysoko poprzeczkę, a myślę że kibice widzą ją jeszcze wyżej. Wiadomo, że wszystkich meczów nie wygramy. Będą porażki, ale musimy się po nich szybko podnosić. Nie myśleć długo o przegranych spotkaniach, ale o kolejnych, bo w nich też są do zdobycia 3 punkty.

W zespole odczuwacie presję związaną z walką o najwyższe cele czy raczej staracie się od tego odcinać, aby niepotrzebnie dodatkowo nie "pompować balonu"?

- Balon był już od lata napompowany. Było powiedziane, że mamy walczyć o czołowe lokaty. W tej chwili zostało 4-5 drużyn, także poniżej 5. miejsca raczej nie spadniemy, czyli już podnosimy poprzeczkę względem rundy jesiennej. Każda drużyna przystępuje do rozgrywek z myślą o zajęciu jak najwyższego miejsca. Nam pozostało walczyć o najwyższe cele. Stać nas na to i bardzo dobrze się stało, że wygraliśmy pierwsze dwa wiosenne spotkania.

Policzyłem, że w Lechii jest dokładnie 12 zawodników, którzy zaliczyli jakikolwiek epizod w ekstraklasie. Czyli liczba piłkarzy, który zetknęli się już z I ligą ma jakiekolwiek znaczenie w walce o awans?

- Doświadczeni piłkarze zawsze są potrzebni. Młodzież, która jeszcze nie grała w I lidze, również napiera i to jest bardzo dobre. Nie ma może szczególnej rotacji w składzie, bo zawsze jest 11 czy 13 graczy, którzy są uważani przez trenera za podstawowych. Natomiast następni wchodzą, kiedy ktoś wypadnie na skutek kontuzji, bądź kartki. Dobrze, że mamy w kadrze młodszych graczy, którzy będą korzystać z takich okazji i grać. Z pewnością doświadczeniem będą ustępować starszym graczom, ale będą to musieli nadrabiać ambicją.

Jak wyglądają w szatni relacje starszych piłkarzy z młodszymi graczami?

- Nie ma żadnego podziału. Jeszcze nie przeżyłem czegoś takiego, aby w zespole zdarzyły się tego typu sytuacje. Ani w Warszawie, ani w Grodzisku.

Czyli nie ma czegoś takiego, że np. starsi trzymają się ze starszymi?

- Jest tak, ale przy jakichś tam rozmowach, tematach. Kiedy jednak wychodzimy na boisko, czy na trening, czy na mecz, to wiadomo, że nie ma mowy o takich podziałach.

Sebastian Mila podkreślił kiedyś, że wielkim jego przyjacielem czy mentorem był Tomasz Wieszczycki.

- Oczywiście.

Czy w Lechii też coś takiego występuje?

- Bardziej trzeba by o to spytać młodszych zawodników. Mogę powiedzieć o sobie. Nie jestem konfliktowym człowiekiem, rozmawiam z nimi na różne tematy, żartujemy sobie. Atmosfera jest naprawdę dobra. Wiadomo, że w jej utrzymaniu pomagają wygrane mecze, ale nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek były jakieś problemy w relacjach młodszy-starszy i myślę, że czegoś takiego nie będzie.

Jak porównasz obecną atmosferę z tą, jaka była w 1989 roku, kiedy wchodziłeś do drużyny?

- Ostatnio chodzę na kurs trenerski i spotkałem na nim Janusza Stawarza (były golkiper Lechii, obecnie trener bramkarzy w reprezentacji Polski U-17,U-20 - przyp. red.). Wspólnie powspominaliśmy sobie dawne czasy. Porównując dawną atmosferę do obecnej, to teraz jest zupełnie inaczej. Na pewno kiedyś był większy dystans. Młodzi mogli podpatrywać i się uczyć, bo było od kogo. Był choćby Jurek Kruszczyński, Pękala.

Mam skład z twojego pierwszego meczu z Górnikiem Knurów z 19 marca 1989: Stawarz - Marchel, Ługowski, Cybulski, Pawlak - Kamiński, Banit, Unton - Nowicki, Prabucki, Łukasiewicz. Jak wspominasz swój debiut?

- Na pewno go pamiętam. Czy wiedziałem wcześniej, że zagram? Były takie przypuszczenia, ale trener Stachura mi tego nie powiedział. O ile się nie mylę, to wtedy Jacek Chociej wypadł za kartki po pierwszym meczu. Być może była to kontuzja. Pamiętam, że już jak jechaliśmy do Knurowa, to koledzy sugerowali, że być może zagram na lewej obronie. Dla każdego młodego człowieka debiut i, to w takiej wielkiej drużynie, to duża sprawa. Lechia nawet po spadku należała do grupy zespołów, które miały bić się o awans.

- Debiut był dla mnie duże wydarzeniem. Przeskok między juniorami, a seniorami jest duży. Wydaje się, że jest inaczej, ale to błędne myślenie. Cieszyłem się, że dostałem szansę i mogę powiedzieć, że ją wykorzystałem.

W rundzie rozegrałeś bodajże 10 meczów. A potem, w meczu barażowym, strzeliłeś bramkę.

- Tak. Ja i Rafał Kaczmarczyk je strzeliliśmy. Pamiętam to, bo pojechaliśmy na obóz, wszyscy młodzi przechodzili tam chrzest, a ja i Rafał zostaliśmy potraktowani troszeczkę ulgowo. Właśnie przez to, że zdobyliśmy bramki. Nasz dwumecz barażowy był - można powiedzieć - konfrontacją o mistrzostwo świata, był to dla nas poważny sprawdzian. Pomimo, że graliśmy tylko o utrzymanie. Uważam, że zdaliśmy go dobrze, dlatego się dalej rozwinęliśmy.

Na początku swojej kariery w seniorach grałeś na różnych pozycjach: lewy obrońca, prawy, czasami środkowy, defensywny pomocnik, boczny. Jaka jest twoja optymalna pozycja?

- Zmieniają się systemy gry. Jedyny raz, kiedy straciłem miejsce w podstawowym składzie, był w Lechii za kadencji trenera Musiała. U wszystkich pozostałych zawsze byłem podstawowym zawodnikiem. Widocznie szkoleniowcy widzieli moje umiejętności, dostrzegli, że mogę być uniwersalnym graczem.

- Zaczynałem od bocznej obrony, potem grałem na stoperze. Z tego co pamiętam, to debiut w Polonii Warszawa zaliczyłem na pozycji defensywnego pomocnika. Grałem w parze w Tomkiem Untonem. Myślę że moją optymalną pozycją jest ta, na której gram obecnie, czyli właśnie defensywny pomocnik. Wiadomo, że trzeba się więcej nabiegać niż występując w obronie, ale z drugiej strony - można się też włączyć do akcji ofensywnej.

Wracając do Lechii też byłeś przymierzany jako ostatni obrońca.

- Tak. Przyszedłem tu jako stoper, ale mecze w moim wykonaniu nie były aż tak udane, jak sobie to zakładaliśmy. Nie tylko ja grałem słabiej, ale cała drużyna. Oczywiście też popełniałem błędy, bo kto ich nie robi. Jednak trenerzy zdecydowali, aby spróbować mnie w pomocy. I tak już zostało.

Generalnie początki po powrocie do Lechii, do II ligi nie były chyba dla ciebie najłatwiejsze?

- Nie ma co szukać jakiś tam wytłumaczeń, typu, że się nagle przeprowadziłem. Był to słabszy okres, ale nie chciałbym, aby on kiedykolwiek wrócił. Nie pamiętam, abym wcześniej tak słabo zaczął sezon. Zdarzyło mi się to chyba po raz pierwszy.

Czy tamta słabsza dyspozycja wynikała z braku formy czy właśnie z tego, że musiałeś się od nowa "nauczyć" drugoligowej piłki?

- Nie szukałem żadnych przyczyn. Okres przygotowawczy przechodziłem jeszcze w Grodzisku, nie grałem wszystkich meczów. Na początku sezonu, nie graliśmy nic finezyjnego jako drużyna. Nie wiem, ale może zbyt mocno na mnie liczono. Że wszyscy mogą zagrać słabiej, a Pawlak nie. Robiłem błędy, przyznawałem się do nich, ale nie znalazłem żadnej konkretnej ich przyczyny.

Od kiedy myślałeś, że wrócisz do Gdańska?

- Już dwa sezony temu przyjeżdżałem do Gdańska kiedy tylko mogłem, chodziłem na mecze Lechii. Były pewne ciche rozmowy z Marcinem Kaczmarkiem, potem z Tomaszem Borkowskim. Kończył mi się kontrakt, przymierzałem się, ale zawsze zostawałem w Grodzisku na kolejny rok.

- Przed sezonem też miałem już podpisany nowy kontrakt, ale w końcu ze mnie zrezygnowano, nie podając nawet powodu. Mimo niezbyt udanego początku w Lechii, myślę że ta zmiana wyszła mi na dobre. Między I, a II ligą jest spora różnica. W ekstraklasie jest więcej poukładanych drużyn. Chciałbym, aby Lechia też do nich dołączyła.

Pierwsze dwa wiosenne mecze były bardzo dobre w twoim wykonaniu. Rzadko się zdarza, aby kibice docenili grę defensywnego pomocnika. Czy to przepracowana zima pozwoliła ci na wypracowanie takiej formy?

- O to chodzi, że każdy z nas różnie przepracował zimę. Nakładały się drobne kontuzje, spowodowane w większości twardą, sztuczną nawierzchnią. Powstawały wysięki w kolanach czy dawały o sobie znać achillesy. Okres przygotowawczy trwał bardzo długo, bo dwa miesiące, co jeszcze dodatkowo zwiększało obciążenia. Całego nie przepracowałem, natomiast przed samym sezonem wszystko było w porządku, dzięki czemu mogłem zagrać na wysokim poziomie. Oczywiście chciałbym, aby wszystkie takie były, ale okaże się jak to będzie.

- Cieszy mnie, że kibice zauważyli moją grę. Pokazałem, że nawet w tym wieku, chociaż dziadkiem nie nazywają mnie, a Mańka (Jacek Manuszewski - przyp. red.), można zagrać na wysokim poziomie. Myślę że to może pokazać młodszym kolegom, że niekoniecznie finezja, ale wola walki, ambicja może się przerodzić w dobre występy.

Kiedy przychodziłeś do Lechii z Dyskobolii to jedni przypominali twoje świetne występy choćby w meczach Pucharu UEFA z Manchesterem City, a z kolei inni twierdzili, że tamte lata to już przeszłość. Jak jest naprawdę?

- Myślę że to widać. Każdy mówi, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. Na dziś jestem w optymalnej formie. Przypominam sobie 2000 rok, kiedy z Polonią zdobywaliśmy mistrzostwo Polski. Wtedy prawie wszystkie mecze grałem na takim poziomie, jak z Jagiellonią. Może więc ten okres wrócił. Chciałbym. Jeśli tylko zdrowie dopisuje, to takie spotkania można grać. Chciałbym też, aby nie tylko Pawlak, ale każdy z nas grał takie mecze. Każdy tego chce, ale nie zawsze to wychodzi. Jeśli raz formą błyśnie jeden, innym razem drugi, to będziemy ciągnąć ten wózek do przodu.

Jako piłkarze jesteście bardziej zadowoleni z meczu z Unią czy Jagiellonią?

- Zdecydowanie z Jagiellonią, bo jesteśmy bezpośrednimi rywalami do awansu. Od razu po meczu z Unią mówiło się, że przyjdzie komplet kibiców. Na temat rywala zbyt dużo nie mówiliśmy, bo każdy musiał sprzedać w tym spotkaniu to, co ma najlepsze. Nikt nogi nie odstawiał i to było najważniejsze.

Czy świadomość, że na trybunach zasiądzie komplet widzów jest lepszą mobilizacją niż najlepsze słowa trenera czy psychoterapeuty?

- Myślę że tak. Każdy koncentrował się w sobie. W tygodniu przegraliśmy sparing z reprezentacją juniorską. Wydaje mi się, że to spotkanie dużo nam dało, bo wybiegaliśmy po 45 minut. Konkretnie dla mnie przetarcie w środku tygodnia przed meczem jest bardzo dobre. Przegraliśmy z młodymi reprezentantami, gra nam nie szła i chwilę się zastanawialiśmy, co będzie w niedzielę. Ale wszystko skończyło się dobrze.

Jak się czujesz wiedząc, że jesteś w pełni formy, a nie możesz pomóc kolegom w spotkaniu z Podbeskidziem?

- Wychodząc na spotkanie z "Jagą" wiedziałem, że mam na koncie trzy kartki. To jest normalne, że czasem trzeba pauzować. Uważam że trochę zbyt szybko zostałem ukarany w spotkaniu z Jagiellonią, ale energia chyba zbytnio mnie rozpierała. W dzień meczu będę dzwonił do kierownika i w ten sposób dowiadywał się wyniku. Już mniej więcej od 14 będę siedział pełen napięcia.

Czy to jest tak, że mając na koncie 3 żółte kartki, grasz ostrożniej albo może trener mówi: "Słuchaj, za tydzień jest mecz z Podbeskidziem, w nim możesz nie zagrać, bo później czekają nas ważniejsze spotkania"?

- Mogą być takie założenia trenera, ale ostatnio, co do mojej osoby, na pewno ich nie było. Wiem, że w ostatniej kolejce mecz odwołał Górnik Polkowice, który miał zagrać z Unią Janikowo. U nich ma pauzować kapitan, Górski, więc zapewne nie zagra w meczu z nami. Różne sytuacje mogą być. W przypadku meczu z Jagiellonią nie było żadnych spekulacji. Wychodzi się, walczy, a co się zdarzy, to się zdarzy. Zarobiłem czwartą kartkę, ale jeszcze w sezonie równie dobrze mogę pauzować za siódmą. Nikt nie może o czymś takim myśleć. Trzeba wychodzić i walczyć bez odstawiania nóg, bo wtedy dopiero byłaby rozmowa z trenerem. (śmiech)

Kiedyś mówiło się o Polonii Warszawa, że gra się tam ostro i bez odstawiania nóg. Na przykład wtedy, kiedy zdobywaliście mistrzostwo.

- Polonię prowadził wtedy trener Wdowczyk, który przyjechał ze Szkocji, a wiadomo, jaki futbol tam się prezentuje. Na pewno nie trenowaliśmy w tygodniu wślizgów i tego typu rzeczy, bo było to niepotrzebne. Wystarczyło nas tylko zmotywować. Zebrała się w zespole Polonii grupa piłkarzy, którzy mieli odpowiedni charakter do ostrej gry z poświęceniem. Rzeczywiście powstał mit, że gramy szczególnie agresywnie, ale brało się to stąd, że gdy drużyny z nami przegrywały, to ich trenerzy troszeczkę przesadzali tłumacząc porażki. Oprócz gry z pełnym zaangażowaniem, mieliśmy także trochę szczęścia. I tak się wszystko kręciło.

Czy okres spędzony w Polonii Warszawa to twoje najlepsze lata w karierze? Zdobyłeś tam mistrzostwo, puchar Polski, puchar ligi, superpuchar.

- Oczywiście. 2000 rok wspominam najmilej. Nie chciałbym przesądzać, ale chyba lepszego roku w swojej karierze już nie przeżyję. Może coś uda się zrobić latem, jeśli byśmy awansowali z Lechią do I ligi.

- W Grodzisku mieszka 12 tys. ludzi, a po naszych sukcesach odbywały się fety, na które przychodziło nawet 20 tys. kibiców. Podejrzewam, że przyjeżdżali też ludzie z Poznania. Rynek w Grodzisku jest niewielki, więc był wypełniony w całości. Pełno fanów było też na ulicach. Dwukrotnie jechaliśmy także przez miasto autokarem. Zdobyliśmy dwa razy tylko wicemistrzostwo oraz puchar Polski, ale wspominam to naprawdę miło. Chętnie przeżyłbym to jeszcze raz.

Jaki był główny powód twojego przejścia z Polonii do Grodziska? Kiedyś się wypowiadałeś, że masz sentyment do warszawskiego klubu i nie chciałeś z niego odchodzić. Czy też wpływ miały rozliczenia z prezesem Romanowskim?

- W klubie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, jeśli chodzi o kwestie finansowe. Nie mówię wyłącznie o płatnościach dla zawodników, ale też dla pracowników itd. Nastały niepewne czasy. Nie chciałem odchodzić z Warszawy. Poznaliśmy z żoną wielu znajomych, także dobrze się nam mieszkało. Jednak takie jest życie piłkarza.

- Przyszła dla mnie oferta, a z klubu wręcz na siłę mnie "wypychano". Miałem jeszcze rok kontraktu i była to ostatnia okazja, aby na mnie zarobić. Chodziło o to, aby z pieniędzy ze mój transfer, poprawić byt innym piłkarzom. Zdecydowałem się.

Czy wpływ na to miała też osoba trenera Bogusława Kaczmarka?

- W pewnym sensie tak. Najbardziej jednak namawiali mnie Mariusz Liberda i Tomasz Wieszczycki, którzy wcześniej grali ze mną w Polonii. Mówili, że będzie fajna drużyna, bo już był tam m.in. Grzegorz Rasiak i Tomasz Moskała. Widziałem, że w Grodzisku można coś ciekawego zrobić. Skorzystałem z oferty i nie żałuję, ale jakiś żal pozostał, bo musiałem opuścić Warszawę.

Który zespół był silniejszy? Polonia, gdy zdobywała mistrzostwo, czy Dyskobolia, gdyby wywalczyła wicemistrzostwo?

- Zawsze trzymaliśmy się z Mariuszem Liberdą i ostatnio się zastanawialiśmy, że byłby to ciekawy mecz, gdyby obie te drużyny mogły zagrać przeciwko sobie. Wtedy byłoby jasne, bo inaczej ciężko mi powiedzieć. W jednym i drugim zespole grał Tomasz Wieszczycki. Lepszego od niego zawodnika, jeśli chodzi o umiejętności, nie spotkałem i nie wiem, którą ekipę poprowadziłby do zwycięstwa. (śmiech) Obie drużyny były ciekawe kadrowo. W Polonii byli choćby napastnicy Olisadebe i Bykowski, a w Dyskobolii Rasiak i Niedzielan. Sam byłbym ciekawy wyniku takiej konfrontacji. Oczywiście dziś już do niej nie dojdzie.

Patrząc pod kątem nazwisk w Polonii i Dyskobolii, to dziś ta drużyna grałaby pewnie z powodzeniem o mistrzostwo?

- Nasza liga pokazuje w tym sezonie pokazuje, że faworyci już odpadli. Wisła ma jeszcze jakieś szanse, ale Legia jest już poza walką. Każdy wychodzi na boisko, aby pokazać swoje najlepsze umiejętności. Dodatkowo trochę musi pomóc szczęście. Na początku sezonu każda drużyna gra o mistrzostwo, a dopiero po kilku kolejkach cel się weryfikuje. W Grodzisku na pewno czegoś zabrakło. Po kilku dobrych spotkaniach pół drużyny chciało odejść. Była szansa, aby jeszcze utrzymać ich pół roku, może rok i wtedy pewnie powalczylibyśmy o mistrzostwo.

Po meczu Pucharu UEFA z Manchesterem City, kiedy wyeliminowaliście Anglików, biegałeś po murawie z flagą Gdańska. Widziała to cała Polska. Była to spontaniczna radość czy miałeś wszystko zaplanowane?

- Akurat na ten mecz przyjechała grupa około 20 moich znajomych z Gdańska. Mieli przy sobie właśnie flagę Gdańska. Mieli także ze sobą flagę Lechii, ale nie chcieli już jej wywieszać, bo nie wiadomo, co mogłoby się stać. Byli tam przecież też kibice z Poznania. Po skończonym meczu podbiegłem do nich, cieszyłem się razem z nimi. W Grodzisku byli spokojni kibice i takie zachowanie było normalne. Dali mi tą flagę Gdańska i zacząłem z nią biegać po murawie jak wariat.

Grając poza Gdańskiem cały czas czułeś się lechistą?

- Na pewno łatwiej było, kiedy powstała strona internetowa. Wtedy można było być na bieżąco. Wcześniej mama wysyłała mi gazety. To był mój jedyny dostęp do informacji o gdańskim sporcie. Oczywiście, że czuję się lechistą. Kibicuję biało-zielonym od meczu z Juventusem.

Kiedy zacząłeś trenować w Lechii?

- Po meczu z Juventusem, na którym byłem sam. Mama załatwiła mi po znajomości bilet, bo wiadomo, że było o nie ciężko. Wcześniej odbył się przedmecz grupy piłkarzy trenera Globisza, do której później wskoczyłem. Zaczynałem u trenera Górskiego, ale w jakiś sposób się wyróżniłem i trener Globisz wziął mnie do siebie. Oglądałem ten przedmecz i już wtedy widziałem siebie na boisku, chociaż jeszcze mnie w Lechii nie było. Jednak występ w takim spotkaniu był marzeniem każdego chłopaka.

Kiedy rozmawialiśmy w grudniu z trenerem Globiszem, powiedział: "Najbardziej zdolny rocznik jaki prowadziłem to był rocznik 1972 z Pawlakiem, braćmi Motykami, Giruciem, Rojkiem, Garbaczem, Ziółkowskim, Twardowskiem oraz dokooptowanym do tego zespołu Wojciechowskim. To była ekstra ekipa, wysyp talentów".

- Mogło tak być, ale u każdego przychodzi moment, kiedy trzeba zmienić szkołę, zawód i albo się pójdzie za ciosem, albo się rezygnuje. Wiem, że w tej grupie wielu piłkarzy przegrywało rywalizację jeszcze w trampkarzach. Były dwie drużyny, z których drugą prowadził trener Długozima. I ja grałem właśnie w drugiej drużynie i z nią jeździłem na mecze. Zdecydowanie przegrywałem rywalizację o miejsce w pierwszej grupie. Po jakimś czasie zrobiło się w niej miejsce, bo młodzi piłkarze zaczęli się "wykruszać".

- Najważniejsze, że było tyle graczy, że wciąż można było grać i robić postępy. Jeśli ktoś powiedziałby mi, że jestem słabszy i muszę kończyć, to nie grałbym dziś w piłkę. Przychodziły też takie momenty, że chłopcy samemu rezygnowali. Niektórzy byli nawet lepsi piłkarsko od tych, którzy zostawali. Takie jest życie.

Który z trenerów cię bardziej ukształtował jako piłkarza: Globisz czy Kaczmarek?

- Trener Kaczmarek przejął naszą grupę po trenerze Globiszu. W najważniejszym momencie kariery najwięcej pomógł mi trener Kaczmarek. Był takim naszym drugim ojcem. "Jeździł" po nas, motywował, mobilizował. Były momenty, że nie chciało się iść na trening, bo takie sytuacje też się zdarzają. Przyjeżdżał do domu, dzwonił, rozmawiał z rodzicami. Zajmował się nami non stop.

- Ale trenerowi Globiszowi także dużo zawdzięczam, to właśnie u niego zacząłem treningi. On dał mi szansę, że mogłem trenować w Lechii. Pamiętam że w debiucie wystawił mnie w ataku i od razu strzeliłem bramkę. Ten pierwszy mecz graliśmy na boisku za trybuną. To było dziwne, że wystąpiłem w napadzie, bo na podwórku nigdy nie ciągnęło mnie do gry w przodzie, w przeciwieństwie do wielu kolegów. To był chyba pierwszy i ostatni mecz, w którym wystąpiłem w ataku.

Czego zabrakło wam do osiągnięcia pełnego sukcesu?

- Przegraliśmy mecz finałowy o Mistrzostwo Polski juniorów z Cracovią. Jest to jedna z moich większych porażek. Nie tylko moja, ale wszystkich chłopaków. Niektórzy z nas byli już ograni w meczach II-ligowych. Nigdy tak nie jest, że po sukcesie w juniorach, cała drużyna przejdzie do seniorów i tam także osiągnie sukces. Za duży jest to przeskok. To nie jest takie proste.

- Rozgrywaliśmy wtedy sporo meczów: II liga, juniorzy, reprezentacja Polski i w pewnym momencie organizmy zaczęły się buntować. Drużyna zaczęła się w pewnym momencie sypać. Ale dzięki temu, że graliśmy sporo, nabieraliśmy także potrzebnego doświadczenia.

A finanse w klubie nie były przeszkodą, że nie graliście o te wyższe cele?

- W Gdańsku zawsze czegoś brakowało, także w tym temacie. Ambicje i plany zawsze były, i dobrze, tak musi być. Ale czegoś zawsze tu brakowało. Organizacyjnie i finansowo nigdy nie było w Gdańsku najlepiej. Wiadomo, że na samych wychowankach ciężko zbudować dobrą drużynę. No i infrastruktura na Lechii też pozostawiała wiele do życzenia.

Nie boli cię to, że praktycznie od momentu twojego debiutu w seniorach, niewiele się tu zmieniło?

- Teraz to się ma zmienić. Na razie zmieniły się trochę szatnie. Często odwiedzałem obiekty Lechii, więc nie było to dla mnie szokiem. Oczywiście chciałbym, aby infrastruktura była na podobnym poziomie jak np. W Grodzisku. Ale wiadomo, że wszystko zależy od finansów w klubie, a także od miasta. Miejmy nadzieję, że jak powstanie spółka wszystko pójdzie w dobrym kierunku. Już teraz idzie to w dobrą stronę.

Miałeś do czynienie z kilkoma charyzmatycznymi prezesami: Krzyżostaniak, Romanowski i Drzymała. Jak wspominasz tych panów? Rzeczywiście są to ludzie oddani piłce, czy raczej typowi biznesmeni?

- Jeśli chodzi o Drzymałę, to myślę że to nie był tylko biznes. On jest fanatykiem futbolu. Ma firmę, która dobrze prosperuje, klub ma dzięki temu wysoki budżet.

- Romanowski natomiast też miał wiele firm i w pewnym okresie, pieniądze regularnie napływały do klubu. Też mogę powiedzieć o nim, że był fanatykiem piłki. To nie są ludzie, którzy znają się tak do końca na piłce, bo w piłkę nigdy nie grali. Ale wszystko by oddali dla klubu. Były momenty, kiedy prezes Drzymała schodził w przerwie meczu do szatni, aby nas zmobilizować bądź pochwalić. To byli ludzie, którzy żyli meczem. Jak szło, to było dobrze, a przeciwnym razie czasem można było dostać po kieszeni.

Twoje jedyne zetknięcie z zagraniczną piłką, to mecze pucharowe i jeden występ w reprezentacji. Kiedyś mówiłeś, że marzysz o wyjeździe na Zachód. Czemu tak solidny ligowiec w końcu nie wyjechał?

- W najlepszym moim okresie, kiedy grałem w Polonii, pojawiły się oferty, ale niestety prezes Romanowski nie zgodził się na mój transfer. Były to dwa kluby ze środka tabeli ligi francuskiej. Rozmawiali ze mną menedżerowie, ale niestety szybko to uciekło. Potem też się napływały propozycje, ale grałem już w Grodzisku, gdzie nie trzeba było się obawiać o to, że będą pojawiać się jakieś zaległości finansowe. Wiadomo, że na Zachodzie można zarobić więcej, ale wiele osób się też sparzyło na wyjeździe zagranicznym.

- Tak się mówi, że w wieku 30 lat trzeba jechać, aby zarobić na emeryturkę. Czasami jednak można trafić na jakąś minę, wszak te kluby, to nie była jakaś pierwsza czy druga półka.

- Ostatnio też się pojawiły propozycje wyjazdu, ale wolałem wrócić do Gdańska. Wiadomo że na decyzję o wyjeździe wpływ ma także sytuacja rodzinna. Trzeba by było zadecydować czy jedziemy razem, czy rozstajemy się jakiś czas. A więc nie jest to łatwa decyzja. Jestem teraz w Gdańsku, chciałbym tu zostać jak najdłużej. W czerwcu kończy mi się kontrakt. Zobaczymy jak to będzie, wiele będzie zależeć od mojej formy i dyspozycji.

Zagrałeś jeden mecz w reprezentacji za trenera Engela. Oglądając później udane eliminacje do MŚ w Korei i Japonii, nie miałeś nutki żalu, że na dłużej nie zadomowiłeś się w tym towarzystwie?

- Jeden jedyny, niestety. Na pewno była szansa, aby przebić się do szerokiej kadry, pojechać na mistrzostwa. Zakładając, że byłbym w formie. Ale niestety przytrafił się mi, jak i drużynie, słabszy okres. Odpadliśmy w eliminacjach Ligi Mistrzów. To było takie moje 5 minut, którego niestety nie wykorzystałem. Ale nie czuję się przegrany, zagrałem kilka minut z silną reprezentacją Holandii i jest co wspominać.

Zdobyliście w tamtym czasie z Polonią wszystkie krajowe trofea, ale do LM nie udało się wam dostać. Jakie były tego przyczyny?

- Wtedy dostać się do Ligi Mistrzów było jeszcze łatwiej, gdyż decydował jedynie dwumecz. Przy losowaniu mieliśmy dużo szczęścia, los wskazał nam Panathinaikos, oni byli wtedy jeszcze przed sezonem, w tym upatrywaliśmy swoją szansę. Ale te mecze pokazały, że na naszym podwórku jesteśmy silni, ale na arenie międzynarodowej już nie.

- Zabrakło nam jednej bramki, ale piłkarsko naprawdę sporo od nich odstawaliśmy. To się potem odbiło także na naszej grze w lidze, nikt z nas nie był potem w optymalnej formie. Obecne jest jeszcze trudniej, bardziej promuje się kluby z silniejszych lig. Dodatkowo zabrano nam jedno miejsce w Pucharze UEFA.

Wyobrażasz sobie Ligę Mistrzów w Gdańsku?

- Może być, bo ostatnio Sławek Wojciechowski ubiera się w koszulkę z napisem Lechia Gdańsk i piłką z Ligi Mistrzów. (śmiech) Podobno już ją zakłada na tę okoliczność. Na pewno chciałbym coś takiego przeżyć, mam nadzieję, że będę długo żył.

- W Gdańsku przydałby się dla kibiców nowy stadion. Wiem, że są opinie starszych lechistów, że Lechia zawsze była na Traugutta i tutaj powinna grać. Ale myślę, że ten nowy stadion, zapełniłby się w komplecie, że na meczach pojawiałoby się 30 tys. kibiców, nie tylko z Gdańska, ale także z okolicznych miast naszego województwa. Sam obiekt by przyciągał ludzi. Na razie liczna publiczność przychodzi głównie licznie wtedy, kiedy gramy z atrakcyjnym przeciwnikiem jak np. z Jagiellonią czy Ruchem. Chciałbym żeby na każdym meczu było po 10 tys. widzów. Ale to także zależy od nas, piłkarzy.

Mówi się, że w Gdańsku jest specyficzna atmosfera do gry, którą wytwarzają kibice. Jak ty oceniasz gdańskich kibiców? Czego im brakuje, a co ci się w nich najbardziej podoba?

- Podobają mi się przyśpiewki, jakimi dopingują drużynę, "szkocja" w ich wykonaniu jest naprawdę niezła. Nas to nie tylko motywuje, ale także napędza. Grałem trochę w pierwszej lidze i naprawdę mało jest klubów, które mają takich kibiców jak Lechia. Pod tym względem mogę ich porównać do kibiców Legii i Lecha. A reszta klubów ma przyśpiewki rwane, a tylko na tych trzech stadionach jest prawdziwa piłkarska atmosfera. A czego brakuje? To już sami kibice muszą to ocenić. Widzę że sami sobie pomagają, przeglądam forum internetowe i widzę że jest dyskusja w tym temacie.

- Na pewno trochę zasmuciło nas to, że graliśmy 2 mecze bez publiczności. Szkoda, że znalazły się osoby pod nazwą kibice, które zakłóciły porządek podczas meczu z Pogonią. I to także powtórzyło się w Bydgoszczy. Nie grałem tego meczu, obserwowałem z trybun i widziałem, że po wejściu na boisko czarnoskórego piłkarza Zawiszy, większa część gdańskiego sektora skandowała obraźliwe hasła w jego kierunku. Uważam że takiego czegoś nie powinno być. Gramy dla kibiców i nie chcemy, aby po raz kolejny przyszło nam grać przy pustych trybunach. Takiego zachowania my, jako zawodnicy, nie popieramy.

Stachura, Kaczmarek, Musiał, Tymiński, Geszke, Kupcewicz, Kostka, Wdowczyk, Engel, Liczka, Radolsky. Przeważnie prowadzili cię doświadczeni trenerzy. Jak na tym tle wygląda trener Borkowski? Czy grając z nim w drużynie mogłeś przewidzieć, że kiedyś będzie twym trenerem?

- Nie wyobrażałem sobie tego nigdy. Ja się cieszę, że Tomek taką drogę obrał po skończonej karierze zawodniczej. I cieszę się, że klub daje szansę młodym trenerom. Najpierw Marcinowi Kaczmarkowi, a teraz Borkowskiemu. To dobrze, że ci młodzi trenerzy mogą nabierać doświadczenia i że władze klubu nie bały się powierzyć drużynę młodemu szkoleniowcowi.

- Tomek grał w piłkę na II-ligowym poziomie, oprócz potrzebnego wykształcenia, uczestniczy w konferencjach, wzbogaca swą wiedzę potrzebną literaturą. Nabierają dwaj Tomkowie doświadczenia, a my możemy im pomóc, poprzez wyniki.

Także myślisz o tym, aby zostać trenerem?

- Robię obecnie kurs trenera II klasy na gdańskiej AWFiS. Wcześniej w Warszawie ukończyłem kurs instruktora, a więc jest to następny kroczek. Chciałbym zacząć w niedalekiej przyszłości pracę z młodzieżą, ale zobaczymy jak to się wszystko ułoży. Wiadomo że gra grą, ale takie kursy są potrzebne. Dostajemy tam inne materiały, dużą wiedzę teoretyczną przekazują nam wykładowcy.

Na boisku trenerzy chyba bardzo na ciebie liczą, jak przystało na piłkarza, który ma najwięcej rozegranych spotkań w I lidze?

- Na początku wszyscy na mnie tak liczyli, a tu się trochę sparzyłem, kiedy forma jeszcze nie była taka jak powinna. Muszą na mnie liczyć, i my wszyscy doświadczeni piłkarze musimy ten wózek ciągnąć. My musimy stać w pierwszym rzędzie.

Jesienią ty i Marcin Szulik sporo uderzaliście z dystansu. Teraz doszedł także Arkadiusz Miklosik. Kiedy możemy się spodziewać pierwszej bramki zdobytej w ten sposób?

- Musimy przede wszystkim próbować i uderzać. Wiadomo, że każdy strzał to jest zaskoczenie dla bramkarza, ktoś może odbić lub dobić piłkę. Musimy więcej uderzać, bo w tych dwóch pierwszych meczach za dużo takich strzałów nie było. Mam nadzieję, że Marcin zagra w sobotę na moim miejscu i może uda mu się zdobyć bramkę strzałem z daleka.

Nie boisz się, że Marcin Szulik udanym występem zabierze ci miejsce w składzie?

- Nie, nie boję się. Jak zabierze to jest normalna sprawa. Zdrowa rywalizacja i ona jest potrzebna. Ja bym się cieszył, jakby tu przyszło jeszcze z pięciu doświadczonych chłopaków.

Sławek Wojciechowski nie był ostatnio zadowolony z tego, że musiał usiąść na ławce?

- Na pewno. Każdy ma jakieś ambicje i liczy na grę w pierwszym składzie. Sławek przegrał tą rywalizację na początku, ale w sobotę może wyjść w pierwszym składzie. Mogą być takie mecze, że każdy z nas usiądzie na ławce. To jest dla dobra drużyny. Nikt nie może się obrażać. Sytuację ze Sławkiem ktoś opisał, a w ogóle tak nie było. Tak m.in. napisano w Przeglądzie Sportowym. Nie o meczu, tylko o tym że Sławek się pogniewał. A to nie było zgodne z rzeczywistością. Rywalizacja jest dobra dla wszystkich, jak ktoś jest lepszy, to musi grać.

Dobrze zaczęliście tę rundę. Jednak na dobrą sprawę, od momentu powrotu Lechii do II ligi, bolączką jest gra na wyjazdach. Biało-zieloni wygrali 4, a zremisowali 10 z 26 meczów wyjazdowych. Jaka jest tego przyczyna? Czy ta wiosna będzie w tej kwestii przełomowa?

- Zawsze na wyjeździe gra się trudniej. Nawet Chelsea czy MU na wyjazdach rzadko wygrywają wysoko. Tak już się utarło. Jedzie się na wyjazd z nastawieniem mniej lub bardziej defensywnym. Trzeba dać pograć gospodarzom piłką i czekać na kontry. Tak jest na całym świecie. Te kontry wyjdą albo nie. Można też strzelić bramkę ze stałych fragmentów gry.

- Jagiellonia też przyjechała do Gdańska nastawiona defensywnie, bronili się piątką z tyłu i boczni obrońcy w ogóle się nie włączali do ataków. Chcieli strzelić bramkę po naszym błędzie, bądź stałym fragmencie gry. W sobotę w Bielsku-Białej też się nie odkryjemy, bo to by było głupotą. Po dwóch remisach, Podbeskidzie będzie chciało tak samo wygrać ten mecz. Musimy czekać na swoje okazje, tak się niestety gra na wyjeździe.

Najlepszy partner w zespole, z jakim kiedykolwiek grałeś?

- To na pewno będzie Tomasz Wieszczycki. Dodałbym tu jeszcze Arka Bąka. Byli to zawodnicy środka pola, którzy nie brali się wziąć na siebie ciężaru gry. To byli prawdziwy reżyserzy gry.

Wchodząc do zespołu seniorów, na kim się wzorowałeś?

- Jak zaczynałem grać, to w Lechii grał Maciej Kamiński. Mały zawodnik, prawa i lewa noga. To był skarb dla drużyny, miałem okazję go podpatrywać. W Gdańsku grał na wysokim poziomie.

Jak jest z twoją lewą nogą? Służy tylko do podpierania?

- Jestem typowym prawonożnym zawodnikiem, ale lewa noga nie jest tylko do wsiadania do tramwaju. Staram się nie przekładać piłek na prawą nogę, która na pewno jest silniejsza. Za trenera Kaczmarka ćwiczyliśmy wszystko, zarówno te lepsze nogi, jak i te słabsze. W jakimś stopniu tą nogą także pomagam sobie w grze.

Jaki padnie wynik w Bielsku-Białej?

- Liczę na skromne 1:0 dla nas. Jest to wyjazd, liczymy na punkty, chłopaki jechali po zwycięstwo. Najważniejsze, aby nie stracić bramki i żeby udało się coś strzelić.

Opinie (2)
Ludzie Lechii
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2024. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.245