Gdy Michel Platini wyjątkowo niechlujnie rozerwał palcami białą kopertę, wyciągając z niej kartkę, której treść wprawiła polsko-ukraińską delegację w nastrój nieziemskiej euforii, można się było zastanawiać, czy to na pewno jest prawda, czy to aby nie jakiś żart, którym postanowiono zakpić sobie z Europy środkowo-wschodniej. Tego samego dnia wystarczył jeden poranny desperat, żeby totalnie sparaliżować komunikację w całym Trójmieście. Jadących do szkoły i pracy ludzi - już parę godzin po samobójczej tragedii - nieludzko stłoczonych w obskurnych i jeżdżących bez ładu i składu eskaemkach - prawdopodobnie tylko jedno mogło przyprawić o lepszy humor - żart, iż za pięć lat ten żałosny chaos miałby przeistoczyć się w arenę jednej z największych sportowych imprez świata.
A jednak stało się. Faworyci do tej pory nie mogą pewnie otrząsnąć się z szoku, analizując punkt po punkcie i krok po kroku wszystkie kandydatury oraz zastanawiając się, co przeważyło szalę. Stadiony we Włoszech i w Polsce? Lepiej spuścić zasłonę milczenia. A może korupcja? Tak jakby w Polsce była mniejsza, a rozprawienie się z nią sprawniejsze i szybsze. A może stadionowe zawieruchy? Nawet przysłowiowy kibic w kapciach nie ustawiłby chyba naszego kraju w szeregu tych, które mogą się czymś na tym polu pochwalić.
Polacy otrzymali gigantyczną szansę, ale teraz do wykonania pozostała wielka praca. Wybudowanie nowych stadionów jest koniecznością, a przecież to tylko pierwszy rozdział opasłego tomu wymogów, które trzeba będzie spełnić, by kibice z całej Europy mogli nie tylko tu przyjechać, ale i wyjechać z uśmiechami na twarzach. Baza hotelowa pozostawia do życzenia, ale już infrastruktura drogowa woła o pomstę do nieba. Gdańsk dzień w dzień stoi w korkach, a pokonywanie najkrótszych tras bywa drogą przez mękę. Jak wygląda i ile trwa przejazd z Trójmiasta do Warszawy - czyli między dwoma potencjalnymi organizatorami Euro 2012 - mogli przekonać się kibice Lechii w ostatnią Wielką Sobotę, jadąc na mecz ze stołeczną Polonią.
Lepiej być ostrożnym i ostro wziąć się do roboty. Co prawda nikomu w historii nie odebrano jeszcze organizacji tak dużej imprezy futbolowej, ale jeden kraj jest właśnie na progu takiej decyzji. Republika Południowej Afryki trzy lata temu wybrana została na gospodarza Mistrzostw Świata w 2010 roku, a robota wciąż stoi w polu. I to dosłownie - na najciekawszych zdjęciach widać właśnie kawał otoczonego płotem pola, a obok tabliczkę, że za trzy lata powinien stać w tym miejscu niebotyczny stadion. Afrykanie nie mają jeszcze nie tylko obiektów piłkarskich (pięć jest dopiero w budowie), ale nawet wystarczającej liczby dróg, lotnisk, pociągów i autobusów. Ich kandydatura wisi na włosku i co najgorsze - jeśli w końcu trzeba będzie przenieść mundial do innego kraju, UEFA na bazie tych doświadczeń może już nie czekać do ostatniej chwili i nie patrzeć wyrozumiałym okiem, o ile Polska i Ukraina też będą miały problemy.
A że mogą się pojawić, widać gołym okiem. Że w miejscu przyszłej Areny Bałtyckiej stoją póki co setki zaniedbanych ogródków działkowych, których nie można, ot tak, bez wielu negocjacji i rozpraw sądowych rozjechać buldożerami, to nic. Gorzej, że gdańskie doświadczenia w budowie infrastruktury sportowej są raczej ponure. Hala na granicy z Sopotem? Strach przypominać, ile trwa jej tworzenie i jakie są efekty. Budowa boisk treningowych na Traugutta? Wystarczy porozmawiać z juniorami Lechii, żeby dowiedzieć się, że przez cały poprzedni tydzień robiono jeden krawężnik wzdłuż trybuny krytej, a robotników ciężko przyłapać na czymś innym, niż zbijanie bąków. Inny spotkany przygodnie piłkarz rezerw przypomniał, jak trener Sebastian Czajka grzeszył pod koniec roku naiwnością, ciesząc się, że już w styczniu będzie można trenować na sztucznej trawie. Tempo istotnie jest gorzej niż ślamazarne.
Gdańsk może jednak stracić szansę nie tylko wtedy, jeśli UEFA zmieni podjętą w ubiegłym tygodniu decyzję, ale także w wyniku rywalizacji wewnętrznej. Kraków i Katowice będą nam z całego serca życzyć wszystkiego najgorszego i trudno się dziwić, bo któż by pogardził rolą i korzyściami płynącymi z bezpośredniej organizacji meczów Mistrzostw Europy. Zwłaszcza Kraków ma się czym pochwalić i wiele jeszcze będzie musiało wody w Wiśle upłynąć, zanim Gdańsk zbliży się do tego, co poprzednia stolica Polski posiada już na chwilę obecną. Gdańsk się cieszy, ale tak naprawdę trzeba zacząć pilnie i solidnie gonić pozostałych rywali, żeby nie okazała się to radość równie przedwczesna, jak wygranie przez Lechię trzech pierwszych meczów rundy wiosennej.
Mimo wszystko hołd dla ludzi, którzy uwierzyli w ten abstrakcyjny pomysł i doprowadzili do jego realizacji. Chwała głowom, w których urodziła się kiedyś szaleńcza idea, że Polska mogłaby zorganizować za kilka lat Mistrzostwa Europy. Pokłony przed wizjonerami, którzy nie przejęli się niemałym tłumem niedowiarków i prześmiewców, tylko wyznaczyli sobie cel, zrobili co w ich mocy i osiągnęli sukces. Świat - jak widać - należy do odważnych.