Gdańsk: czwartek, 25 kwietnia 2019
TYGODNIK
Podstrony:

Tygodnik lechia.gda.pl nr 107 (19/2007)

5 czerwca 2007

MATEUSZ BĄK DLA LECHIA.GDA.PL

Trzeba będzie mnie zastrzelić

"Spieprzyliśmy sprawę. Takiej szansy na awans nie będzie już chyba nigdy. Chyba, że znowu zaczną się w polskiej piłce wielkie przekręty. Spieprzyliśmy to. Przegraliśmy awans wszyscy razem i każdy z osobna. Bardzo, bardzo żałuję, że za chwilę nie wystartujemy w ekstraklasie. To było moim marzeniem, teraz czuję się zdruzgotany, załamany i oszukany" - mówi dla lechia.gda.pl 24-letni bramkarz Lechii.

KAROL SZELOŻYŃSKI, PAWEŁ DOCZYK
Gdańsk

Mateusz Bąk staje się powoli symbolem odrodzonej Lechii. Jako jedyny piłkarz przebył drogę od VI do II ligi czyniąc po drodze ogromne postępy. W lipcu minie 6 lat od jego przyjścia do zespołu biało-zielonych. Gra bodaj najrówniej ze wszystkich piłkarzy Lechii, a na palcach jednej ręki można policzyć poważne błędy, które zdarzyły mu się w ostatnich latach. Kibice Lechii w każdym okienku transferowym martwią się, czy aby któryś pierwszoligowiec nie zabierze "Bączka" do siebie. Jak dotąd nic takiego nie ma miejsca, a Mateusz Bąk cały czas cieszy swoją grą gdańskich fanów.

Z bramkarzem Lechii spotkaliśmy się zaraz po niedzielnym meczu z Ruchem Chorzów, gdzie Bąk bronił jak w transie i dzięki niemu, wobec słabej postawy drużyny w ofensywie, Lechia nie zanotowała kolejnej wiosną domowej porażki.

W niedzielę przy wyrównującej bramce zostałeś sfaulowany, a jednak sędzia uznał gola. Czy to twój pierwszy taki przypadek w karierze?

Mateusz Bąk: Zdarzały się różne faule zawodników atakujących, których sędzia nie gwizdał, ale nie padały po tym bramki. Są faule ewidentne, gdzie ktoś się z tobą bardzo mocno zderzy i powala na ziemię, a są też takie, gdzie nawet najlżejsze szturchnięcie ręki powoduje nie złapanie piłki. W niedzielę mieliśmy do czynienia z ewidentnym złamaniem przepisów. Sędzia powinien gwizdnąć nawet, gdyby sytuacja miała miejsce na 16. metrze, a co dopiero "w piątce".

Sędzia Milczarek nie dostosował się swoim poziomem do rangi i poziomu spotkania.

- (chwila ciszy - przyp. red.) Potraktuję to ciszą. To będzie chyba dosyć wymowne.

Jako zespół straciliście w ciągu sezonu wiele punktów, zwłaszcza było to widoczne na wiosnę, kiedy ustalony był konkretny cel - awans, a jednak dopiero po przedostatniej kolejce straciliście szanse na promocję do I ligi. O czym to świadczy?

- Liga w tym sezonie była na tyle wyrównana, że wszystkie zespoły z czołówki gubiły punkty. Mimo niekorzystnej passy w trakcie rundy, kiedy przez kilka spotkań nie zdobyliśmy nawet gola, to i tak liczyliśmy się w walce o najwyższe cele praktycznie do końca. Była to nasza szansa, nie udało się i jest to wielka, wielka szkoda.

A które konkretnie mecze według ciebie zadecydowały o ostatecznym niepowodzeniu?

- Przede wszystkim mecze u siebie. Bo mimo porażek na wyjazdach: w Warszawie, Sosnowcu czy Bytomiu, to dzięki wygrywaniu zremisowanych spotkań u siebie, dziś mielibyśmy o 5-6 punktów więcej. Nie można tego rozpamiętywać. Do niedzieli mieliśmy szansę, ale... Szkoda gadać o tym, co się wydarzyło.

Po meczu z Łomżą jako jedyny piłkarz przestałeś się bawić w gadanie, że "ciągle jest szansa na awans", a powiedziałeś otwarcie, że jeśli wejdziecie do I ligi to tylko psim swędem.

- Powiedziałem to w sensie takim, że musieliśmy liczyć na stratę punktów przez inne zespoły, a sami zdobyć komplet do końca. Do spełnienia tych dwóch warunków potrzebowaliśmy jakiegoś farta. I szczęście długo nam dopisywało, bo w każdej kolejce ktoś tracił punkty. Gdybyśmy do końca zdobyli komplet "oczek", to może z 4. miejsca udałoby się awansować.

Podobnie zachował się Artur Boruc po mundialu. On również jako jedyny nie bał się powiedzieć, że "spieprzyliśmy swoją życiową szansę". To przypadek, że akurat w obu przypadkach to bramkarze wydawali takie sądy czy ci zawodnicy mają mocniejszy charakter i łatwiej im spojrzeć na siebie i zespół krytycznie?

- Każdy z nas zaczyna ocenianie od siebie. W tyłach też traciliśmy dużo bramek. Często na wyjazdach nie potrafiliśmy zagrać na zero z tyłu, aby wystarczyła tylko jedna bramka do zwycięstwa. Mogę powiedzieć dosyć brutalnie, że spieprzyliśmy to choćby z tego względu, że szansy na awans z 4. miejsca nie będzie już chyba nigdy. Chyba, że znowu zaczną się w polskiej piłce wielkie przekręty. Spieprzyliśmy to. Każdy z nas może powiedzieć, że przegraliśmy awans wszyscy razem i każdy z nas z osobna.

W niektórych meczach byłeś najlepszy na boisku, a chyba nie tak powinno to wyglądać w zespole z aspiracjami?

- Nie mnie oceniać moją postawę, od tego jesteście wy. Ale tak naprawdę takich spotkań aż tak wiele nie było. U siebie nie mieliśmy zwyczaju tracić dużo bramek, a było kilka takich meczów, że miałem mniej roboty, dzięki temu jak chłopaki fajnie grali w destrukcji. Gram na takiej specyficznej pozycji, że jeśli napastnik strzeli gola, to od razu wszędzie pojawia się jego nazwisko, a kiedy bramkarz obroni jedną trudną sytuację, to od razu widzi w mediach swoje nazwisko. Wielu graczy prezentowało solidny poziom. Zabiła nas niemoc, która doskwierała nam przez siedem spotkań.

Masz jakąś swoją teorię, dlaczego przez tyle spotkań zespołowi nie udawało się trafić do siatki rywala?

- Nie, nie ma jednoznacznej teorii. Ja nie jestem trenerem, a tylko zawodnikiem, ale piłka jest pięknym sportem między innymi dlatego, że wydarzenia na boisku są niespodziewane i nigdy nie można znaleźć pojedynczego wytłumaczenia na całą sytuację.

- Nie mówię teraz absolutnie o naszym zespole, ale na brak strzelania bramek mogą wpływać: brak formy zawodników, brak przygotowania fizycznego, brak atmosfery, niemoc strzelecka, indywidualny błąd, warunki atmosferyczne. Piłka jest pięknym sportem i, aby dojść do sukcesu, musi zaiskrzyć wiele czynników, a czasem wystarczy by wypadł jeden trybik, a wszystko rozpada się jak klocki domina.

Dla wielu kibiców stajesz się powoli legendą Lechii, przynajmniej tej nowej, odrodzonej. Praktycznie jedynie twoje nazwisko jest skandowane w trakcie spotkań, niezależnie od wyniku spotkania zawsze pierwszy dziękujesz kibicom i zachęcasz do tego kolegów.

- Bardzo się cieszę, że mam u kibiców "szacunek". Dodaje mi to sił, pewności siebie i chciałbym naprawdę serdecznie podziękować fanom, którzy we mnie wierzą, którzy darzą mnie jakąś sympatią, bądź wierzą w moje umiejętności. Dzięki temu mam na treningach więcej zapału do pracy nad poprawianiem swoich umiejętności, aby w kolejnym spotkaniu również usłyszeć swoje nazwisko, bo na pewno jest to miłe.

Z kolei w meczu z Miedzią to ty zachęcałeś fanów do dopingu.

- Wygrywaliśmy 1-0 i muszę powiedzieć, że atmosfera tamtego spotkania była słaba. Tak jak czasem my nie dostosowujemy się do poziomu, tak przez jakieś minuty w trakcie spotkania z Miedzią, kibice nie stanęli na wysokości zadania. I nie mówię tego po to, aby ktoś się obrażał. Rozmawiałem po spotkaniu z rodziną, która oglądała mecz i mówili, że cisza była momentami jak w kinie, a słychać było każde "pierdnięcie" na boisku.

- Z Miedzią prowadziliśmy 1-0, ale legniczanie mogli z najprostszego naszego błędu strzelić gola na 1-1 i to mogło nas zabić. Z kolei drugi gol dla nas uspokoiłby grę. I tak się wszystko ułożyło. Udało mi się pobudzić kibiców do dopingu, zaczęli klaskać, śpiewać. Potrwało to 10-15 minut i w ciągu tego czasu strzeliliśmy drugą bramkę. Można powiedzieć, że padła ona dzięki kibicom, którzy powinni zdawać sobie sprawę z tego, że w momentach krytycznych ich pomoc jest nieoceniona, podnosi nasze morale.

Mógłbyś stawiać siebie za wzór przywiązania do barw klubowych?

- Nie chcę tego robić, bo jest to ocena innych osób. Jestem w Lechii już jakiś czas i mam nadzieję, że będę miał okazję być tu jeszcze długo i grać na najwyższym poziomie. Bardzo, bardzo żałuję, że za półtora miesiąca nie wystartujemy w ekstraklasie. To było moim marzeniem, a teraz czuję się zdruzgotany, załamany i oszukany. Ale na pewno będzie dla mnie wielką frajdą, jeśli kiedyś stanę się jakimś symbolem klubu.

Kiedy rozmawialiśmy w styczniu 2006 roku, o twoim ewentualnym transferze do I ligi powiedziałeś: "na pewno każda propozycja z ekstraklasy byłaby warta rozważenia. To jest nasz zawód, dzięki któremu się utrzymujemy i mamy utrzymać rodziny czy przyszłe rodziny. Ale ja jestem naprawdę bardzo emocjonalnie związany z Lechią i chcę dla tego klubu grać". Czy coś się zmieniło w tej kwestii od tamtego czasu? Coraz więcej kibiców zaczyna się martwić, że może cię ściągnąć do siebie któryś pierwszoligowiec.

- Nic się nie zmieniło, ja osobiście wierzyłem, że awansujemy z Lechią do I ligi i rzeczą wymarzoną i najpiękniejszą na świecie byłoby mieszkać w Gdańsku, gdzie się urodziłem, i grać dla Lechii w I lidze o najwyższe cele. Niestety w tym sezonie się nie udało, ale są nadzieje, że w następnym się uda i tak trzeba myśleć.

- Jeżeli chodzi o możliwość rozważania propozycji, no taki jest nasz zawód. Oczywiście w swoim sercu mam Lechię i zawsze ją będę miał, ale każdą propozycję trzeba rozważyć, dlatego, iż trzeba się rozwijać i spełniać. Każdy przecież myśli o takich rzeczach jak gra w reprezentacji czy też w polskiej lidze, ale tak jak mówię - Lechia bardzo głęboko siedzi w moim sercu i tak będzie na zawsze.

Gdybyś dostał propozycję z I ligi, czy w Lechii zatrzymałby cię wyższy kontrakt czy poszedłbyś do I ligi, żeby grać na wyższym poziomie?

- Na razie nikt nie złożył mi żadnej oficjalnej propozycji. Nie ma żadnego oficjalnego pytania o mój transfer. Jeszcze przez rok jestem związany kontraktem z klubem, są już rozmowy na temat, aby przedłużyć z mną kontrakt i skupić się tylko i wyłącznie na treningach oraz grze w Lechii Gdańsk. Nie ma na razie takiej sytuacji, więc nie spekulujmy czy zatrzymałyby mnie wyższe zarobki czy coś innego, bo to tak naprawdę nie ma jeszcze sensu.

Kiedy rozmawialiśmy w styczniu 2006 roku, szukano dla ciebie zmiennika. Teraz sytuacja jest podobna, bo mówi się, że do Gdańska ma przyjść Paweł Kapsa. Jak odbierasz to, że wciąż szuka się dla ciebie konkurenta?

- Jestem przyzwyczajony, że tutaj, w Lechii Gdańsk, szuka się dla mnie rywala i tak jest co pół roku. Są spekulacje prasowe, rozmowy w klubie, wśród kibiców, że jest mi potrzebna rywalizacja, jakiś zmiennik, czy też potrzebny jest ktoś na bramkę. Może to zabrzmi trochę snobistycznie, ale cały czas ciężko pracuję i co pół roku utrzymuję swoją pozycję i żeby zabrać moją świątynię w Lechii, trzeba będzie mnie chyba zastrzelić. Jestem tak mocno przywiązany do tego miejsca w bramce, że nawet bez jednej nogi chciałbym je utrzymać.

- Oczywiście, jeżeli przyjdzie nowy kolega, będziemy się szanować i walczyć o miejsce w składzie. Na pewno jest to niemiłe, że na dwie lub trzy kolejki przed końcem pojawiają się spekulacje na temat nowego bramkarza. Broniło mi się z Ruchem bardzo dobrze i wygralibyśmy gdyby nie ta śmieszna sytuacja. W każdym meczu i treningu staram się pokazać, że nie jest mi potrzebna rywalizacja, żeby podnosić swoje umiejętności, dlatego, że jestem bardzo ambitnym, a nawet przeambitnym, zawodnikiem i wystarczy mi sam trening, aby pracować nad sobą.

W trakcie sezonu była taka sytuacja, że na początku obu rund bronił Dominik Sobański.

- Wszystko dlatego, że w okresie przygotowawczym miałem kontuzje. Latem było to naderwanie mięśnia czworogłowego. Wypadłem z treningów na dwa tygodnie. Wróciłem tydzień przed ligą. W pierwszym meczu w Janikowie bronił Dominik, jednak w drugim meczu, z Jagiellonią, trenerzy postawili na mnie. Teraz można powiedzieć, że kontuzję miałem o wiele, wiele cięższą, bo leczyłem się aż dwa miesiące. Bardzo dużo sił poświęciłem na rehabilitację zaczynając ją o siódmej rano, a kończąc o siódmej wieczorem, chcąc jak najszybciej dojść do zdrowia.

- Wróciłem do zdrowia po dwóch miesiącach, można powiedzieć tydzień po rozpoczęciu rozgrywek ligowych, gdyż w pierwszym meczu z Jagiellonią siedziałem na ławce, a tak naprawdę byłem kompletnie nieprzygotowany do grania, gdyż odbyłem tylko dwa lub trzy specjalistyczne treningi. Fizycznie byłem przygotowany, ale na pewno nie pod względem bramkarskim. Liczyłem, że wcześniej wrócę do bramki, ale później troszkę inaczej to wyglądało i nie mogłem się pogodzić z tym, że wróciłem dopiero w szóstej czy siódmej kolejce.

- Moje założenia były takie, żeby wrócić w trzeciej, czwartej lub piątej kolejce i zostać w tym miejscu do końca. Cieszę się, że jak do tej bramki wszedłem, to już z niej nie zszedłem, ale Dominik bronił dobrze, nie traciliśmy bramek przez trzy mecze, więc tak naprawdę nie było argumentów, aby mnie wstawiać do bramki. Dominik miał swoją szansę i w jakimś tam stopniu pokazał, że potrafi bronić i też jest wartościowym bramkarzem. Ja na każdym treningu staram się pokazać, iż to mnie należy się miejsce w bramce i tak będzie zawsze.

W kadrze jest Dominik Sobański i Bartosz Dębowski. Czy myślisz, że potrzebne są wam wzmocnienia na pozycji bramkarza?

- Nie mnie to oceniać. Jest to kwestia trenerów, klubu i ich oceny. Bartek jest z nami, uczy się z trenerem i przy nas. Widać u niego postępy z tygodnia na tydzień, ale jest to, powiem brutalnie, melodia przeszłości. Jest to duży talent i czeka go na pewno sporo pracy, chociaż że względu, że ma 18 lat.

- Z tego co wiem, Dominik Sobański jest z nami do końca czerwca, a jak wygląda jego przyszłość to jest jego indywidualna sprawa. Nie wiadomo czy będzie chciał zostać w Gdańsku czy nie. Może dlatego też są te spekulacje.

Jaki jest wpływ na twój rozwój ma trener Gładyś?

- Odkąd przyszedł trener Dariusz Gładyś z rundy na rundę widać postępy. Cieszę się, bo poprawiłem wiele elementów bramkarskich i to dzięki tym treningom. Na pewno poprawiłem grę nogą, grę na przedpolu czy inne elementy. Z fizycznością nigdy nie miałem problemów, bowiem dbam o to bardzo mocno, czuję się dobrze i dobrze wyglądam. Może brakuje mi wzrostu, ale takie typowo techniczne sprawy podnosimy z trenerem cały czas. Zdaję sobie sprawę z moich braków i z tego co muszę poprawić. Żeby dojść do ideału, bądź na wysoki poziom, trzeba poprawić każdy element jak wyrzuty ręką czy też gra na linii i na przedpolu.

Masz jakieś swoje motto, które pomaga ci w trudnych chwilach, bądź takie motywujące cię do pracy?

- Mam takie motto: "dążyć do doskonałości" i "co cię nie zabije to cię wzmocni". Są to proste slogany, ale takie, które trzymają się mojej osoby. Jeszcze jedna taka rzecz - aby zawsze działać z własnym poczuciem, wartościami. Tak żeby nie mieć do siebie potem pretensji.

Jak piłkarz podchodzą do bałaganu, który towarzyszy wszystkim rozgrywkom w Polsce w tym sezonie? Nie wiadomo która lokata da awans, wszystko może się rozstrzygnąć po sezonie.

- Nie chcę powiedzieć za dużo, bo moja wypowiedź mogłaby się nie spodobać w PZPN. Nie wygląda to jednak ciekawie, bo codziennie czytamy jakieś newsy prasowe, że kogoś odwieszają lub zawieszają. Nie ma takiego jednego cięcia, żeby to wszystko uporządkować i żeby zacząć jakieś nowe karty historii w polskiej piłce.

- Gdzieś zawsze w szatniach się mówiło, że takie rzeczy są, ale one nigdy poza szatnię nie wychodziły. Teraz dużo rzeczy już wyszło i pewnie jeszcze wiele wyjdzie. Myślę, że to dobrze gdyż nie po to trenujemy od jakiegoś tam wieku, poświęcamy swoje życie i zdrowie piłce żeby zostać oszukanym.

Czego sobie życzysz w związku z przyszłym sezonem?

- Sobie przede wszystkim życzę zdrowia. Wiem, że jak będzie zdrowie, to poradzę sobie ze wszystkim. Myślę, że to, iż nie awansowaliśmy w tym sezonie nie popsuje niczego i tym bardziej zmobilizuje nas i klub do tego, że będziemy walczyć jeszcze mocniej o awans.

Ostatnio została podpisana umowa z koncernem Energa. Czym jest ta wiadomość dla was?

- Takie wiadomości są pozytywne, dlatego, że każdy pragnie spokojnie trenować i skupić się na grze. Taka informacja jest dobra, ponieważ daje nam spokój oraz to, że nie będziemy musieli się martwić o pieniądze.

Jak odbierasz to, co się działo w niedzielę na trybunach w trakcie jak i po meczu?

- Co do zachowania kibiców to szczerze mówiąc martwię się o swój samochód, który postawiłem chyba w niezbyt dobrym miejscu. Na pewno to, co się działo na trybunach nie było zbyt miłe i fajne. Sytuacja będzie miała swój wydźwięk nie tylko w mediach, ale i w postaci jakichś kar.

- Rozmawiałem z wieloma osobami i przez ostatni rok-półtora, zachęcając i przychodząc na Lechię był stereotyp, że nie, bo jest groźnie i z dziećmi nie przyjdziemy, bo może się coś wydarzyć. Zawsze mówiłem, że gorzej może być na wyjeździe, ale do siebie zawsze możecie przyjść w rodzinnej atmosferze i w wielkim spokoju, bezpieczeństwie oglądać mecz.

- Takie osoby, które miesiącami trzeba namawiać na przyjście na stadion jedna negatywna informacja w prasie przedłuża stereotyp na najbliższy rok, dwa. To, co się działo było skandalem. Jest przykro, że takie rzeczy dzieją się akurat u siebie.

KOMENTARZE (4)
Mateusz kibice Tobie dziękują!!...
bez logowania: LIST do redakcji
MECZE LECHII:
LUDZIE LECHII:
Weź udział w nowej, ekscytującej rywalizacji i powalcz o miano najlepszego Betona. Typuj na okrągło i wygrywaj nagrody!

Liga BetONów
Główny punkt programu nowej lechia.gda.pl: inernetowy tygodnik. Co wtorek artykuły na temat Lechii, publicystyka, informacje, galerie zdjęć i inne. Zapraszamy.

Ostatni numer
Wyraź swoją opinię na dany temat, podziel się uwagami z innymi kibicami Lechii. Nawet bez logowania możesz czytać forum bez ograniczeń.

Forum dyskusyjne
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2019. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.177