Gdańsk: niedziela, 6 września 2026

Tygodnik lechia.gda.pl nr 108 (20/2007)

12 czerwca 2007

Treść artykułu
 |   |   |   |   | 

GŁOSEM SPIKERA: MOGŁO BYĆ GORZEJ

A tak niestety jest...

W numerze 104 Tygodnika lechia.gda.pl ukazał się tekst mojego autorstwa "Tak powinno być...". Opisałem w nim, jak wyglądał awans Lechii do I ligi wywalczony wiosną 1984 roku. Wierzyłem wtedy, iż po blisko miesiącu podzielę się z czytelnikami "na gorąco" wrażeniami ze Stalowej Woli, z fety związanej z powrotem biało-zielonych do ekstraklasy.

MARCIN GAŁEK

W życiu trzeba być jednak przygotowanym na najdziwniejsze zwroty i dlatego w zanadrzu miałem też artykuł o zgoła odmiennej tematyce, jak w "mistrzowski" sposób zawodnicy najpopularniejszej drużyny piłkarskiej w regionie marnowali w przeszłości szanse na awans. Życie napisało scenariusz wskazujący na zasadność napisania tego drugiego tekstu, co też z nieukrywanym żalem czynię...

SEZON 1973/74

Po podwojeniu składu drugoligowców, lechiści - siódmy zespół poprzedniego sezonu - uznawani byli za jednego z faworytów ligi. Fakt ten uzasadniała bardzo udana runda wiosenna poprzedniego sezonu w wykonaniu podopiecznych trenera Ryszarda Kuleszy. Także jesień 1973 roku była udana dla biało-zielonych, którzy na półmetku rozgrywek przewodzili tabeli z przewagą 2 punktów nad Motorem Lublin i 3 oczek nad gdyńską Arką. Co warte podkreślenia, defensywa Lechii była najlepszą w lidze, legitymując się dorobkiem 6 straconych goli w 15 spotkaniach. Przed wiosną oczekiwania w Gdańsku były ogromne.

Zderzenie z rzeczywistością okazało się brutalne! Wiosna okazała się koszmarem! Biało-zieloni z ligowego suwerena zmienili się w chłopca do bicia! W całej rundzie wygrali zaledwie 2 z 15 meczów, co więcej - strzelili tylko 6 goli! Na pierwszego gola kibice czekali aż 413 minut. Na efekty takiej gry nie trzeba było długo czekać. Pozycję lidera Lechia straciła już po dwóch wiosennych kolejkach, a po kolejnych dwóch było już wiadomo, iż nie dla naszego zespołu awans! Ostatecznie biało-zieloni zakończyli rozgrywki na 4. miejscu z olbrzymią stratą 13 punktów do zwycięzcy. Znamiennym jest też frekwencja, odpowiednio na pierwszych dwóch domowych meczach Lechii wiosną 30.000 i 35.000 widzów oraz 3.000 i 1.500 osób na widowni ostatnich spotkań sezonu w Gdańsku. Efektem tak katastrofalnej postawy zespołu była zmiana trenera. Z pracą pożegnał się Ryszard Kulesza, który odszedł do pracy w PZPN. Co ciekawe, wspomniany trener już nigdy więcej nie poprowadził ligowej drużyny seniorów. Wtajemniczeni wspominają, że gracze naszego klubu "niespodziewanie" tracąc pod koniec sezonu punkty z zespołami walczącymi o utrzymanie, skutecznie wybili z głowy trenera ligową rywalizację.

SEZON 1975/76

Następcą Kuleszy został młody trener, a w przeszłości gracz Lechii, Wojciech Łazarek. Zespół pod jego wodzą minimalnie przegrał walkę o awans z Widzewem. Nie zraziło to jednak działaczy. Zespół wzmocniono i dano "Baryle" drugą szansę. Cel określono jasno: pierwsza liga musi być! Trzeba przyznać, że ambicjom odpowiadał potencjał, jakim dysponowała drużyna. Trzech bardzo dobrych bramkarzy: Krzysztof Słabik, Ferdynand Wierzba i Leszek Kwaśniewicz. W polu bardziej znane nazwiska to: Józef Gładysz, Janusz Makowski, Leonard Radowski, Jerzy Górski, Tadeusz Jahn, Zbigniew Krawczyk, Bogusław Kaczmarek, Andrzej Głownia, Jerzy Kasalik, Mirosław Tłokiński, Tomasz Korynt czy też ocierający się o reprezentację Kazimierza Górskiego - Zdzisław Puszkarz. Jak na warunki drugoligowe był to istny "dream team". Warto dodać, iż większość tych zawodników klika miesięcy wcześniej walczyła jak równy z równym z graczami rodzącego się właśnie wielkiego Widzewa.

Tak przygotowana "maszyna" pracowała rytmicznie przez 13 kolejek odprawiając z kwitkiem prawie wszystkich rywali (bilans: 9 zwycięstw, 4 remisy, 0 porażek). Zadyszka przyszła dopiero w dwóch ostatnich spotkaniach, przegranym u siebie aż 0:3 z mocnym Motorem i zremisowanym 1:1 w Bydgoszczy z Zawiszą. Na półmetku Lechia zajmowała drugie miejsce z identycznym bilansem punktowym, co prowadząca Arka. W walce o awans liczyły się już tylko te dwa zespoły. W tym momencie działacze z Traugutta podjęli brzemienną w skutkach decyzję. Dzień po ostatnim meczu zmieniono trenera. Łazarka zastąpił Grzegorz Polakow.

Już na początku rundy rewanżowej potknięcie zanotowała Arka i biało-zieloni znów z góry mogli spoglądać na ligowy peleton. Mimo dwóch kolejnych remisów, przed 20. kolejką Lechia wyprzedzała rywala zza miedzy o jeden punkt. Ponieważ w sobotnie popołudnie gdynianie sensacyjnie ulegli u siebie w derbach Trójmiasta Stoczniowcowi 1:2, przed Lechią otworzyła się niepowtarzalna szansa na odskoczenie od najgroźniejszego rywala. Tym bardziej, że dzień później na Traugutta przyjeżdżał zdecydowany outsider ligi, Dąb Dębno. Ku rozpaczy pewnych kompletu punktów fanów jednostronny mecz zakończył się remisem 1:1! Dodać trzeba, że goście w całym sezonie zdobyli "aż" 9 punktów! W dodatku, w 28 min. spotkania kontuzji doznał Puszkarz, który nie powrócił już na boisko do końca sezonu, a kartki decydujące o pauzie w kolejnym meczu dostali Makowski i Kasalik.

Tydzień później osłabieni lechiści ulegli w Świdniku Avii 0:2 i w ten sposób roztrwonili całą przewagę. Na cztery kolejki przed metą Lechia traciła 1 punkt do żółto-niebieskich i miała ostatnia szansę, aby przegonić rywala. Derby w Gdyni stały na wysokim poziomie, przyniosły publiczności na stadionie oraz przed telewizorami mnóstwo emocji i zakończyły się niestety porażką biało-zielonych 0:1. Na domiar złego, w drodze do szatni czerwoną kartkę ujrzał nie potrafiący utrzymać nerwów na wodzy Makowski. To był kres marzeń o ekstraklasie. Po sezonie zespół opuścili Jahn, Kasalik i Tłokiński, a ponadto pracę stracił trener Polakow. Nowy sezon niósł ze sobą nowe nadzieje i oczekiwania...

SEZON 1997/98

Po upadku fuzyjnej drużyny i dwóch spadkach z rzędu na Traugutta znów, po 14 latach, zawitała III liga. Prowadzenie zespołu powierzono młodemu szkoleniowcowi - Andrzejowi Bikiewiczowi. Dysponował on kadrą zawodników, w której nie brakowało nawet graczy z pierwszoligowym doświadczeniem. Ciekawostką jest fakt, że obiekt we Wrzeszczu był przez całą rundę jesienną zamknięty dla kibiców, ale co bardziej zapobiegliwi obejrzeli wszystkie domowe spotkania w roli... porządkowych. Wzrok osób pilnujących porządku miał chyba dobry wpływ na piłkarzy, którzy jesienią w meczach u siebie zdobyli komplet punktów. Niestety na wyjazdach nie było już tak dobrze i Lechia straciła kilka oczek z zespołami niezbyt wysoko notowanymi w tabeli.

Z wiosną wiązano duże nadzieje. Zgromadzono znaczne środki finansowe. W kadrze nadal figurowały tak znaczące nazwiska jak: Tomasz Dawidowski, Marek Zieńczuk, Jarosław Bieniuk, Marcin Kubik czy Sławomir Matuk. Było w sumie wszystko oprócz... dobrych wyników. Już pierwsze dwie kolejki przyniosły bezbramkowe rezultaty, co wprowadziło sporo nerwowości. Zespół grał jak kameleon, przed każdym spotkaniem niewiadomą była jego postawa. Stąd w tym sezonie, obok wysokich zwycięstw, jak: 12:0 z Olimpią Grudziądz, 7:0 z Kasztelanem Papowo Biskupie, 7:2 z Czarnymi Nakło czy też 6:1 z Bałtykiem Gdynia, Lechia zanotowała porażki, np. 0:1 z Wierzycą Stargard Gdański, Rodłem Kwidzyn oraz najbardziej spektakularną ze wspomnianym już Kasztelanem.

Mimo tak rozchwianej postawy, na sześć kolejek przed końcem biało-zieloni zasiedli w końcu w fotelu lidera. Szczęście trwało tylko trzy dni i prysło po porażce z jednym z dwóch kontrkandydatów do awansu - Kaszubią Kościerzyna. Ta ważna strata punktowa była bezpośrednią przyczyną rozstania klubu z krytykowanym za mało skuteczną grę zespołu trenerem Bikiewiczem. Jego miejsce zajął Stanisław Stachura. Na odwrócenie losów rywalizacji było już jednak za późno, bowiem nie wszyscy lechiści grali na rzecz jednej drużyny! Tomasz Dawidowski wybrał wyjazd na Słowację z kadrą młodzieżową, gdzie na boisku spędził jedynie 35 minut. W tym czasie jego klub grał jedno z decydujących spotkań właśnie w Kościerzynie. Przed kolejnym meczem, w Gdańsku z Arką, stawiał działaczom warunki, jakie klub winien spełnić, aby zagrał w spotkaniu ostatniej szansy. Zresztą jego postawa w tym meczu pozostawiała wiele do życzenia, a na murawie "wyróżnił się" ostentacyjnie wiążąc co chwila buty. Także Jarosław Bieniuk niespecjalnie angażował się w grę. Nic dziwnego, gdyż obaj byli już "po słowie" z pierwszoligową Amicą Wronki.

Bezbramkowy rezultat derbów ostatecznie pogrzebał szanse Lechii na powrót do II ligi. Nie zwątpili w to jedynie działacze, którzy zaangażowali znaczne kwoty w starania o awans. Jednak kilka tygodni później znaleźli oni powód do satysfakcji bratając się z Antonim Ptakiem i gdańską Polonią. Ale to już temat na inne opowiadanie...

Zawsze może być gorzej

Jak widać, tegoroczna porażka w walce o awans nie jest wyjątkiem w dziejach Lechii. Różne bywały przyczyny niepowodzeń. Wierzyć należy, że wszystkie osoby odpowiedzialne za funkcjonowanie i przyszłość klubu będą potrafiły wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów. Jakich, to temat do posezonowych przemyśleń i analiz. Byleby nie za długich, bo początek przygotowań do nowego sezonu za pasem. Zaś wszystkich nadal nie mogących pogodzić się z porażką zachęcam do spojrzenia wstecz. Latem 2000 roku Lechia/Polonia rozpoczynała szturm na ekstraklasę, zaś rok później inaugurowaliśmy ligowy sezon, już jako suwerenna Lechia, w... Miłoradzu. Nie była to bynajmniej ekstraklasa! Zawsze mogłoby być gorzej...

Copyrights lechia.gda.pl 2001-2026. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.028