Gdańsk: czwartek, 20 września 2018
TYGODNIK
Podstrony:

Tygodnik lechia.gda.pl nr 122 (34/2007)

18 września 2007

SPOWIEDŹ TOMASZA BORKOWSKIEGO

Dałem się ukrzyżować

- Nie mam zahamowań, żeby powiedzieć, co mnie spotkało. Przykład: MOSiR-owski pokój, gdzie odbywają się różnego rodzaju rozmowy, "ekipa z pierwszego piętra", bo tak ją nazywałem. Można być zaszokowanym wchodząc do klubu i słysząc z góry głosy typu: "oby przegrali pierwsze cztery mecze, to wtedy się wyp... kut... Borkowskiego" - mówi dla lechia.gda.pl Tomasz Borkowski, zwolniony trener Lechii.

KAROL SZELOŻYŃSKI, OSKAR STANISZEWSKI
Gdańsk

Po zwolnieniu z Lechii przestał pan rozmawiać z prasą. Dlaczego tak się stało i jedynie nam zgodził się udzielić wywiadu?

- Czy przestałem... Stwierdziłem, że potrzeba troszeczkę wyciszenia i uspokojenia całej sytuacji. Od kiedy zniknąłem w prasie, cieplej zaczęto pisać o zespole. Ważniejsze sprawy wysunęły się na pierwszy plan, jak chociażby zatrudnienie nowego trenera czy w końcu seryjne zwycięstwa piłkarzy.

- Co do samej prasy. Na pewno od początku nie miałem łatwego życia - praktycznie każde moje posunięcie było negowane, zaczynając od pozyskania piłkarzy, a kończąc na przygotowaniach do sezonu. Może zlekceważyłem swój wizerunek medialny, ale szczerze mówiąc nie zależało mi na tanich usprawiedliwieniach czy poprawie własnego wizerunku przez ludzi, którym bardziej zależało na mojej głowie niż na obiektywnej ocenie moich dokonań trenerskich.

- Na rozmowę z wami przybyłem z przekonaniem, że tak jak zawsze pozwolicie do końca i w całości wypowiedzieć się na tematy ciekawiące kibica.

Co ma pan do zarzucenia poszczególnym dziennikarzom piszącym o Lechii, bo mówi pan, że krytykowali praktycznie każdy pana ruch?

- Co do samej współpracy z dziennikarzami, to myślę, że miałem kilka wręcz śmiesznych dla mnie sytuacji. Nie jest tajemnicą, że sympatią nie darzy mnie pan redaktor Woźniak. Od samego początku po objęciu przeze mnie posady, sugerował że nie jestem tą osobą, która powinna prowadzić zespół Lechii. "Gościu" popadł chyba w jakieś kompleksy, bo stawiając mnie przed kamerami telewizyjnymi, przed samym wywiadem, często przypominał mi jak to bardzo mnie nie cierpi - to już sugeruje stronniczość jego pytań i refleksji prasowych. Jego wypowiedź po tym, jak zakończyłem pracę trenera, była żenująca.

- Ocenił jednym zdaniem, że byłem kiepskim piłkarzem, jak i trenerem. Kieruję się troszeczkę innymi wartościami niż ten pan. Nigdy nie dałem się "przemalować" tak jak on, kiedy poczuł, że w Gdyni są pieniądze i rysuje się perspektywa pierwszoligowego zespołu. Był na zawołanie: wywiady, analizy itp. Zapomniał o odradzającej się od A klasy Lechii.

- On był dziennikarzem pierwszoligowym, ja piłkarzem piątoligowym. Nie zmienia to faktu, że nigdy nie zabierze mi ośmiu sezonów na drugoligowych boiskach, kolejnych awansów, wspaniałych kibiców, a przede wszystkim satysfakcji, że grałem tam, gdzie chciałem, w swojej ukochanej Lechii, w tej, do której przyprowadził mnie gdy miałem kilka lat ś.p. tata.

- Co do kariery trenerskiej. Dopiero ją zaczynam. Mam 35 lat i byłem jednym z najmłodszych trenerów II ligi. Zająłem 5. miejsce w swoim debiutanckim sezonie seniorskim. Moje kwalifikacje zawodowe są kompletne: skończone studia, dyplomy II i I klasy trenerskiej, licencja na prowadzenie zespołów drugoligowych i to nie koniec, bo zamierzam dalej wspinać się po tej drabince i nawet taki maruder, jak pan Woźniak, mnie nie powstrzyma.

- Nie chcę wojować z dziennikarzami, bo oni są od tego, aby oceniać i mają takie prawo. Ale na pytanie z cyklu: "Dzień dobry, co słychać w drużynie?", mógłbym odpowiedzieć krótko: "Gówno, przyjedź i zobacz". To mnie przerażało w ich pracy - mogłem otworzyć we wtorek po meczu gazetę i dowiedzieć się, jak kardynalne błędy popełniłem albo jakich zawodników nie powinienem wpuszczać. Tylko czemu taki dziennikarz nie przyszedł na trening, nie zobaczył w jakiej formie jest dany zawodnik, jakie elementy taktyki doskonalimy i czemu podporządkowane są posunięcia personalne? Potem dopiero niech ocenia moje posunięcia na swoich łamach.

Jak wyglądało poinformowanie pana o tym, iż nie będzie dłużej pracował w roli I trenera Lechii? Czy to była decyzja klubu czy pewnego rodzaju porozumienie?

- Po meczu z Odrą wiedziałem, że leci moja głowa. Dorosłem do tego, że drużynę powinien poprowadzić ktoś inny dla dobra tego zespołu. Powiem szczerze, że na rozmowę przyszedłem z mocnym postanowieniem rozwiązania kontraktu. Od razu zaznaczę, że chodziło mi o polubowne zerwanie umowy. Absolutnie nie miałem zamiaru szlajać się po PZPN-ach, pisać pisma, wykłócać się o pieniądze i tym podobne. Jestem w Lechii, a ten klub też mi w życiu wiele dał i udając się "na zarząd" wiedziałem, że dogadamy się jak ludzie szanujący się nawzajem.

- Opinia prezesa i całego zarządu, że jestem potrzebny w klubie i że szykują dla mnie inne stanowisko, utwierdziła mnie w przekonaniu, że w nowej roli też mogę się realizować. Tym bardziej, że jest to funkcja trenera koordynatora. Przyjąłem ją. Będę pracował dla dobra klubu, mam kilka swoich pomysłów, swoich wizji, których wdrożenie da pewien efekt.

- Porozumieliśmy się z klubem w sposób cywilizowany i godny. Samo pożegnanie się i przekazanie zespołu odbyło się tak, jak należy. Spotkałem się z trenerem Kubickim, przedstawiłem swoje sugestie i uwagi dotyczące drużyny. Udostępniłem także monitorowany okres przygotowań z mikrocyklami treningowymi.

Czy mógł pan jeszcze zrobić coś, aby nie zostać zwolnionym po porażce z Odrą?

- Jak to mówią: "chociaż dupa obszarpana, ale zawsze proszę pana". Dlatego niemożliwe były jakiekolwiek środki zapobiegawcze. Są w klubie ludzie, którzy o tym decydują, zatrudniają i zwalniają trenera i podjęli taką decyzję. Absolutnie nie miałem zamiaru zajmować jakiejkolwiek innej funkcji w zespole seniorów.

Czy liczył się pan z całkowitym pozbawieniem jakiejkolwiek funkcji w klubie?

- Oczywiście, że się liczyłem. Na pewno nie szukałem sobie ciepłej posadki tylko po to, żeby zostać w klubie. Propozycja zarządu była bardzo interesująca, dlatego ją przyjąłem. Palę się już do roboty i cieszę się, że jestem w Lechii. Zostaję tu, gdzie chcę być, nie sugerowałem jednak nikomu takiego rozwiązania.

Czy z dzisiejszej perspektywy nie żałuje pan, że nie uprzedził faktów i sam nie podał się do dymisji po meczu z Odrą, kiedy zarząd nie miał już praktycznie możliwości podjęcia innej decyzji?

- Wyszedłem z założenia, że kapitan schodzi z okrętu ostatni. Podając się do dyspozycji zarządu było pewne, że moja praca z zespołem dobiega końca.

Kiedy zwalniano Marcina Kaczmarka, pan jako asystent pozostał w sztabie. Podobnie teraz - kiedy zwalniano pana, pozostawiono Tomasza Kafarskiego. Wygląda na to, że lepiej być w drugim szeregu by dłużej popracować z zespołem.

- Nie żałuję ani jednego dnia spędzonego z ekipą seniorską. Presja kibiców, mediów, olbrzymie oczekiwania wszystkich, nawet polityków. To na pewno w przyszłości zaprocentuje zdobytymi doświadczeniami, jeszcze bardziej ukształtuje mnie jako trenera.

- Trzeba posmakować tego pierwszego szeregu nawet, jak ma to trwać krócej, bo jak spadać to z wysokiego konia.

- Cieszę się natomiast, że pozostał dalej sztab, z którym dane mi było współpracować. Łączą nas wręcz przyjacielskie stosunki, życzę więc nowej ekipie samych sukcesów.

Co się stało, że po dobrym poprzednim sezonie, w tym coś jakby upadło? Nie było już widać takiego nastroju w drużynie.

- Na pewno zespół potrzebuje trochę czasu, ja go nie mogłem już dostać, ale wiem, że Lechia dokona jeszcze w tym sezonie wielkich rzeczy i będzie kandydatem do awansu.

- Atmosfera w zespole była zawsze dobra, nie da się jednak ukryć, że jak nie ma wyników, to i atmosfera podupada. Taka kolej rzeczy. Odczuwaliśmy wszyscy wielki niedosyt i rozczarowanie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że zawodzimy. Przypisano nam w lidze miano zespołu grającego ładną piłkę, ale te opinie nie zmieniały faktu, że straty punktowe rosły. Rozdane punkty w Płocku, z Jastrzębiem czy w ostatnim moim meczu z Odrą, pozostawiły piętno. Jednak absolutnie nie doszukiwałbym się problemów w braku atmosfery.

- Miałem bardzo dobry kontakt z piłkarzami. Oczywiście nie wszystkim podobały się moje często kontrowersyjne decyzje o zmianach, m.in. tych personalnych w środku sezonu, a także to, że traktowałem wszystkich równo. Nie uchodziłem za człowieka, który wchodzi w jakieś układy i daje pierwszeństwo grania starszemu czy młodszemu. U mnie w weekend wychodzili najlepsi zawodnicy, ocenieni rzetelnie pod względem tego jak trenowali w poprzednim tygodniu i jaką aktualnie prezentują formę. Może nie wszystkim się to podobało, ale nic na to nie poradzę.

Czy słabe wyniki z początku sezonu można zrzucić na brak szczęścia?

- Szczęściu trzeba pomóc i nie ma co szukać usprawiedliwień albo gdybać. Kontuzje, fair play - powinni wybić piłkę czy nie, bezmyślne karne "Pękiego" czy "wielbłądy" "Manka". Nie ma co szukać kozłów ofiarnych, razem wygrywaliśmy, razem przegrywaliśmy - ja poniosłem tego konsekwencje, bo ja za to odpowiadałem. Życie toczy się dalej, Lechia wygrywa, zespół się dociera, teraz będzie tylko lepiej.

Czy w krytycznych momentach tego i poprzedniego sezonu, nie zawiódł się pan na osobach, które wcześniej deklarowały przyjaźń?

- Prawdziwi przyjaciele zostali w myśl znanego przysłowia. W piłce nie ma sentymentów, były zwycięstwa, to i ramiona bolały od poklepywania, przyszły trudniejsze chwile, to usłyszało się parę epitetów z pogróżkami dla mnie i mojej rodziny.

- Zaskakiwała mnie jednak niektórych dwulicowość: MOSiR-owski pokój, "ekipa z pierwszego piętra", bo tak ją nazywałem. Można być zszokowanym wchodząc do klubu i słysząc z góry głosy typu: "Oby przegrali pierwsze cztery mecze, to wtedy się wyp... kuta... Borkowskiego". Jest to do zniesienia, ale mija chwila i szef tej ekipy wyciąga dłoń, aby się z tobą przywitać. Na co dzień odpowiada za stan boiska i nie tylko. Murawa z góry prezentuje się okazale, na miejscu jest już gorzej, trawa zgnita, odpadająca płatami, niezakorzeniona. Nie może być koszona krócej, bo by nam zostało boisko piaskowe.

- Orędownik młodzieży, sprawdzający i wyrzucający naszych juniorów z boiska za brak odpowiedniego obuwia. To jego zdaniem jest OK, ale za godzinę, gdy wynajmuje boisko innym grupom, już go nie ma. To przykład jednego z tych, którzy deklarowali przyjaźń.

W meczu z ŁKS-em Łomża nieźle zagrał Sebastian Fechner, który zastąpił Pawła Pęczaka, i chyba wywalczył sobie miejsce w składzie. Podobnie inny zawodnik - Dariusz Łożyński. Z obu po zakończeniu rundy pan zrezygnował i obaj powrócili do składu lub II-ligowej kadry. Czy rezygnacja z nich była błędem?

- Faktycznie tak było, że najpierw z nich zrezygnowałem, a potem obu przywróciłem do zespołu.

- Nie ukrywałem, że w przypadku Sebastiana wyżej ceniłem umiejętności piłkarskie "Pękiego". Sądziłem, że w przypadku, gdy "Sebek" przesiedziałby kolejną rundę na ławce, stosowniejsze było gdzieś go wypożyczyć i taki miałem zamiar, ale wtedy właśnie Paweł zadeklarował chęć odejścia do GKS-u Katowice. Podjąłem natychmiastową decyzję o tym, że Sebastian zostaje. Nie zmieniłem już zdania, gdy "Pęki" powrócił, bo chłopak ciężko pracował i mocno walczył o to, aby załapać się do składu.

- Przypadek Darka był inny. Sprowadziłem go z Warty, bo pokazał w test-meczu, że ma spore możliwości, ale jego kontuzjogenność - praktycznie całą rundę borykał się z urazami - zadecydowała o takiej decyzji. Chłopak mi bardzo zaimponował tym, że się nie poddał, że pozostał w klubie nie szukając sobie nowego pracodawcy. Przyglądałem mu się na treningach i w meczach rezerw. Uznałem, że zasłużył na kolejną szansę. Wrócił i tak naprawdę przy braku Kosznika, może okazać się zbawieniem na lewej obronie.

- W obu przypadkach można powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Czy na dzień dzisiejszy nadal uważa pan, iż przedsezonowa decyzja o przebudowie drużyny była słuszna? Może być tak, że decyzja była konieczna, ale gdyby wtedy nie została podjęta, to pewnie Lechia miałaby dzisiaj więcej punktów, a pan nadal by pracował?

- Być może, ale to byłoby krótkofalowe myślenie. Moja decyzja była jedyną słuszną. Budując ten zespół, nie liczyłem dni dających mi posadę, ponieważ zależało mi na koncepcji i przebudowie. Myślę że dobrze zrobiliśmy stawiając na nowych. Zmiany, które zostały dokonane, były konieczne. Fakt jest taki, że doświadczonym składem - ze Sławkiem Wojciechowskim, Marcinem Szulikiem, Mariuszem Pawlakiem - nie podołaliśmy zadaniu, jakim był awans.

- Budując nowy zespół zdawałem sobie sprawę z tego, że młodsza, niezgrana ekipa, będzie miała trudniejsze początki. Myślę że Rafalski, Rybski, Kasperkiewicz, Wołąkiewicz czy ci doświadczeni, tj. Andruszczak, Speichler czy Kapsa, to zdecydowanie większy potencjał i perspektywa niż ta sprzed roku. Chcieliśmy mieć młodych, głodnych sukcesu piłkarzy i takich właśnie mamy, zdania nie zmieniam.

Dlaczego z wielu piłkarzy, których polecał Robert Sierpiński wybrał pan jedynie Petę? Choćby na sparingu na sztucznej murawie na Lechii było trzech, czterech ciekawych graczy, których warto by dalej sprawdzać.

- Absolutnie się z tym zgodzę. Robert zorganizował naprawdę fajny sparing, było tam kilku ciekawych graczy z mniejszych klubów. Ale właśnie - co to znaczy "mniejszych"? Nie przewidzieliśmy jednego - że przyjeżdża piłkarz, który dostaje zgodę na udział w test-meczu, przypada mi do gustu. Jako trener zakładam sobię, że dołączę go np. na obóz, jak w przypadku bardzo ciekawego gracza - Kryszaka, że będzie on u mnie w szerokiej kadrze, jako alternatywa do grania. I nagle okazuje się, że za takiego chłopca krzyczą po 200 tys. zł.

- W sparingu zagrało przynajmniej dwóch graczy, których widziałbym w szerokiej kadrze Lechii, a wtedy gra zdałaby egzamin. Ale nie żartujmy - nie będziemy za III-ligowego piłkarza płacić po 200-250 tys. zł.

- Co do Pety. Znam go dosyć długo, obserwowałem w kilku test-meczach i kilku ligowych spotkaniach. To młody chłopak z pewnym potencjałem, który przyszedł do nas na wypożyczenie na pół roku. Miałem zamiar przyglądać mu się, bo uważałem, że może to być przydatny zawodnik, jest bardzo szybki. Oczywiście czekałoby go dużo pracy nad wyeliminowaniem IV- i V-ligowych nawyków, ale uznałem, że warto spróbować.

Podobną kwotę - ok. 200 tys. zł - podyktował kiedyś SMS Łódź za Damiana Trzebińskiego, a jednak zagrał on w Lechii. Tym razem nie było możliwości dogadania się?

- W przypadku Kryszaka właściciel SMS-u Łódź był stanowczy. On wychodzi z takiego założenia, że lepiej mu oddać piłkarza do III-ligowego zespołu za jakieś "frytki", ale kiedy pojawia się na horyzoncie drużyna z zaplecza ekstraklasy, to chce się na niej zarobić. W przypadku Damiana rzeczywiście udało się dogadać o wypożyczenie, ale już suma odstępnego po okresie wypożyczenia znacznie skoczyła w górę. To również było przyczyną tego, że z niego zrezygnowaliśmy.

Czy nie żałuje pan, że nie miał oparcia w jakiejś bardziej doświadczonej osobie, która pełniłaby w klubie funkcję dyrektora sportowego? Kogoś, kto swoim nazwiskiem mógłby przyciągąć lepszych piłkarzy do Lechii?

- Dyrektor sportowy to na pewno wymowna funkcja. W kwestii transferów działaliśmy na "swoim poligonie", opierając się na swoich obserwacjach, opiniach kolegów z fachu trenerskiego i chęci dopasowania nowych graczy do swojej koncepcji gry. Opisałem swoje priorytety i w tym kierunku szukaliśmy zawodników. Dyrektor sportowy jednak jak najbardziej by się przydał. W klubie są takie plany i myślę, że znajdzie się adekwatna osoba do pełnienia tej roli. Bo taki człowiek jest konieczny w kontekście budowania silnego, I-ligowego zespołu.

Czy miał pan w zespole swoich ulubieńców? Wielu kibiców zarzucało panu ciągłe stawianie na Rogalskiego i Buzałę.

- Ulubieńców? Nie dzieliłem piłkarzy na lubianych bardziej czy mniej. Maciej i Paweł byli traktowani podobnie jak wszyscy. Jeden i drugi ciężko pracowali, by wywalczyć miejsce w wyjściowej jedenastce. Gdy byli w słabszej formie - siadali na ławce. Jestem pewien, że przekonają do siebie kibiców, stać ich na dobrą grę i udowodnią to strzelając bramki. Zapewniam - jeden i drugi będą mocnymi punktami naszego zespołu.

Dlaczego pan, jako lechista z krwi i kości, nie stawiał w tym sezonie na wychowanków? Epizody Hirsza, Pietrowskiego i Kalkowskiego, którzy zagrali w sumie kilkadziesiąt minut w sześciu meczach, które pan prowadził to niewiele.

- Tu właśnie widzę swoją funkcję w pracy koordynatora, jako orędownika odmłodzenia zespołu, postawienia na swoich, bo z takim hasłem próbowałem wyjść na początku mojej pracy trenerskiej. Realia okazały się może nie straszne, bo uważam, że Hirsz i Pietrowski nie stracili otrzymanego czasu, ale prawda jest taka, że obu jeszcze trochę brakowało. Przede wszystkim jeśli chodzi o mentalność i aspekty taktyczno-techniczne.

- Mówiłem już wcześniej, że nie dzieliłem zespołu na starych i na młodych. Starałem się oceniać piłkarzy tak, aby na boisko wyszli najlepsi i cały czas jestem głęboko przekonany, że Pietrowski i Hirsz jeszcze zaistnieją.

- Hirsz był naprawdę blisko pierwszego składu po ostatnim okresie przygotowawczym, gdzie we wszystkich sparingach wychodził na szpicy. Jednak w pewnym momencie zaczęło się - kadra Polski, wyjazdy co trzy dni. Robert wracał po 3-4 meczach eliminacyjnych czy kontrolnych, rozegranych w ciągu 6-7 dni i trzeba było dać mu odpocząć.

- Marcin Pietrowski na pewno obniżył loty, nie da się tego ukryć. Obserwowałem go i na treningach, i w zespole rezerw. W obu przypadkach niczym się nie wyróżniał i nie miałem podstaw do tego, aby dać mu miejsce w pierwszej jedenastce. Nie ma nic za darmo.

- Co do Maćka Kalkowskiego - jego charyzmy także mi zabrakło, ma spory wpływ na zespół, jest jego dobrym duchem. Niestety kontuzja z zeszłego sezonu przeciąga się do teraz. Nawet w ostatnim meczu za mojej kadencji wpuściłem go na plac gry i musiał za chwilę zejść przez uraz. Maciej na pewno byłby mi przydatny.

Co sądzi o pan Mariuszu Pawlaku, którego określił najlepszym graczem Lechii w zeszłym sezonie, a który wybrał później Polonię Warszawa i co do którego pojawiły się niedawno pewne korupcyjne informacje?

- Powtarzałem to już niejednokrotnie. Mariusz mógł wyłożyć "kawę na ławę" i powiedzieć "mam bardziej lukratywną propozycję z Polonii Warszawa, zespołu przygotowanego do tego, żeby grać o awans". Myślę że taka wypowiedź by wystarczyła. Tłumaczenie, że ktoś w Lechii nie chciał z nim podpisać kontraktu, czy nie za bardzo się do tego przyłożył, nie jest prawdziwe.

- Klub był jak najbardziej przygotowany i miał moją rekomendację do tego by rozmawiać z Mariuszem o przedłużeniu kontraktu. Zadziwiła mnie jego decyzja, bo byliśmy w stałym kontakcie. Po zakończeniu sezonu został mu przedstawiony kontrakt, miał go przeanalizować i dać odpowiedź. On nie usiadł nawet do negocjacji. Dał odpowiedź stawiając mnie pod ścianą, dzwoniąc w momencie, kiedy podpisywał właśnie kontrakt z Polonią. Sprawa była już więc nieaktualna. Po cichu liczyłem, że może być on twarzą Lechii. Z tego co wiem, robi papiery trenerskie. Myślałem że zwiąże się z klubem, będzie grał i pomagał swoim wielkim doświadczeniem.

- Ale z niewolnika nie ma pracownika. Odszedł Pawlak, musieliśmy trochę zmienić organizację gry, ściągnęliśmy Kasperkiewicza i Speichlera. Myślę że ci piłkarze mogą go godnie zastąpić.

Dziś można już otwarcie powiedzieć, czy były jakieś konflikty bądź częste różnice zdań ze starszymi graczami? Czy niektórzy piłkarze mieli problemy z zaakceptowaniem swojego byłego kolegi z boiska jako szkoleniowca? Czy między innymi dlatego po sezonie zrezygnował pan z kilku starszych graczy kosztem stawiania na młodszych zawodników, których generalnie łatwiej jest prowadzić?

- Absolutnie zaprzeczę, że miałem jakiekolwiek konflikty ze starszymi graczami, traktowałem ich tak samo jak młodszych piłkarzy. To oczywiste i normalne. Pracowałem z zawodowcami i nie wyobrażam sobie braku jakiejkolwiek akceptacji. Piłkarz jest od grania, nie od wybierania trenera.

- Zrezygnowałem po sezonie z piłkarzy starszych, tych, którzy nie byli perspektywą na kolejne sezony, wiedząc, że za wiele już z nich nie wycisnę. Pożegnałem również tych, dla których druga liga to jeszcze za wysokie progi.

Były jakieś inne problemy?

- Panowie, to jest zespół, kolektyw ludzki, jakieś frustracje i niezadowolenie pewnie było, tak jak w każdym innym zespole. Często przypomina mi się Sławka Wojciechowskiego, za którego sprowadziłem piłkarzy bardziej kreatywnych, jak chociażby mogący grać na tych pozycjach Rybski i Speichler. Dla mnie "Wojciech" kreowany na lidera nie podołał zadaniu. Czas pokaże, że miałem rację. Zawsze oceniałem przede wszystkim jego formę sportową, a nie to co osiągnął wcześniej. Nie mógł mieć jakichkolwiek przywilejów tylko dlatego, że tak wiele w piłce osiągnął. Wielki szacunek za jego dokonania, ale nie miałem zamiaru traktować go jakoś inaczej i może tego nie mógł właśnie zrozumieć. A to, że nie podał mi ręki schodząc z boiska, pozostawiam w kwestii jego wychowania.

Jak wygląda sytuacja z Krzysztofem Brede? Z boku może to wyglądać na jakiś konflikt.

- To już lekka przesada - bardzo szanuję "Heńka", miał słabszy okres, najzwyczajniej w świecie przegrał rywalizację z Hubertem i dlatego usiadł na ławce rezerwowych. W meczu z Polonią dałem mu szansę, nie zachwycił, ale ma trudne zadanie rywalizując z "Mankiem" i Hubertem. Jednak znam go i wiem, że się nie podda, wróci forma - wróci i Krzysiek.

Dlaczego od pewnego momentu coraz bardziej przypominał pan Marcina Kaczmarka - nieprzyznawanie się do błędów, przekonanie że młodzież Lechii nie jest gotowa na grę w drugiej lidze, trzymanie się posady do ostatniej kropli krwi, stawianie do upadłego na kiepskich, ale sprowadzonych przez siebie piłkarzy?

- Nie lubię takich porównań. Marcin kierował się swoim zdaniem, ja mam własny pogląd na pewne sprawy. Myślę że to bardzo krzywdząca opinia dotycząca nas obu.

- Wydaje mi się, że brałem bardzo dużo odpowiedzialności na siebie za wyniki, zawsze starałem się szukać błędów najpierw u siebie. A to, że po meczu potrafiłem słabszą postawę wytknąć podopiecznym to rzecz oczywista.

- Co do naszej młodzieży - zagrali bodajże najwięcej minut od czasów powrotu Lechii do drugiej ligi, ale wybaczcie, nic w prezencie dostać nie mogli. Muszą bardziej walczyć o swoje, aby zaistnieć w seniorskiej piłce i być po prostu lepszymi od starszych kolegów.

- A kiedyż to ja trzymałem się swojej posady? Miałem podać się do dymisji po pierwszym meczu? Miałem w sobie jeszcze sporo krwi, a nie jej ostatki.

- Stawianie na kiepskich sprowadzonych zawodników? Wołąkiewicz - ostoja linii obrony, Rybski - już zaskarbił sobie serca kibiców, Speichler - po słabszym początku pokazuje jak powinno się kierować zespołem w środku pola, Andruszczak - jeden z lepszych bocznych pomocników tej ligi, Buzała i Rogalski - już okrzepli, zaczęli strzelać i grać tak jak potrafią, Kapsa - klasowy bramkarz, który doczeka się swojej szansy i może już nie oddać pola "Bączkowi", Kasperkiewicz i Rafalski - nie powiedzieli ostatniego słowa. Ci piłkarze nie są kiepscy, ci co wyrazili tą opinię, przyznają jeszcze, że się mylili.

Zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego nikt nie kupuje zawodników Lechii? W sytuacji, gdy budżet nie stoi na szczególnie wysokim poziomie to właśnie umiejętne promowanie zawodników i odsprzedawanie ich dalej, pozwoliłoby posiadać większe fundusze na wzmocnienia na pozycjach, gdzie panuje mniejsza konkurencja.

- Ten zespół gra trzeci sezon w drugiej lidze, cały czas jest tworzony i budowany, przyjdzie czas na zarobkowanie transferowe. Wiem że kilkoma piłkarzami interesują się kluby pierwszoligowe.

Jak z perspektywy czasu można ocenić to, że klubowi juniorzy nie zdołali mocniej zaistnieć w II lidze? Czy gdyby Lechia grała o niższy cel, to więcej z nich dostałoby szansę?

- W Lechii nie gra się o niższe cele, także nie ma co dywagować. Juniorzy po grze w słabej lidze, gdzie wygrywa się łatwo i wysoko, przechodząc do piłki seniorskiej, przekonują się, że to o wiele wyższy poziom. Zrobiliśmy pierwszy krok w tym kierunku, praktycznie wszystkie zespoły młodzieżowe grają w ligach o rok - jak nie dwa lata - starszych. Juniorzy Starsi występują w czwartoligowych rezerwach, bo musi to przyspieszyć ich rozwój i aklimatyzację z dorosłą piłką. Wtedy będziemy mieli z nich pociechę.

Nie martwi się pan o obecną sytuację klubowych juniorów? O to, że człowiekowi z zewnątrz nie musi zależeć na dawaniu im szans gry.

- Człowiekowi z zewnątrz, jak nazywacie trenera Kubickiego, musi zależeć na najlepszych, jeżeli będą to juniorzy, to zobaczymy ich na boisku.

Jakie są teraz pańskie zadania w roli trenera koordynatora grup młodzieżowych?

- W przyszłym tygodniu mam spotkanie z dyrektorem. Myślę że przedstawiony mi będzie zakres obowiązków.

Proszę zdradzić pierwsze plany w roli koordynatora, co będzie chciał pan wprowadzić na początku, a co długofalowo?

- Na pewno będę odpowiadał za nadzór szkoleniowy. Obserwacja treningów, meczów ligowych, chcę to monitorować na bieżąco. Chcę być też pomocny pozostałym trenerom. Służę materiałami szkoleniowymi, liczę na merytoryczną współpracę. Wierze że stworzymy model szkolenia, który narzuci w każdym zespole grającym pod szyldem Lechii, system podobny do tego, jakim grać chce trener Kubicki. Nie pominę treningu indywidualnego z wybijającymi się zawodnikami poszczególnych roczników.

Powrót do pracy z juniorami to pewnego rodzaju degradacja czy raczej patrzy pan na to tak, że i w pracy z młodymi graczami można "wyrobić" sobie nazwisko?

- Na nazwisko pracuje się latami. Znam od podszewki naszą piłkę młodzieżową, dlatego na pewno łatwiej mi będzie koordynować pracę wszystkich zespołów. Nie traktuje swojego stanowiska jako degradacji. To nowe wyzwanie, poświęcę się tej pracy tak jak należy, by przyniosła ona wymierny efekt dla klubu.

Czy nie obawia się pan, że będzie kroczył drogą Michała Globisza, którego pierwsze podejście pod drużynę seniorów było nieudane i skupił się na pracy z młodzieżą, a drużynę seniorów obejmował tylko w krytycznych momentach?

- Nie ma się czego obawiać. Daj Boże takich sukcesów, jakie osiągał trener Globisz. To wielki fachowiec z autorytetem, pokazujący, że dobry trener spełnia się w różnych warunkach. On odnosi sukcesy z reprezentacjami kraju, chwała mu za to. Jak potoczą się moje losy, tego nie potrafię przewidzieć.

Co uważa pan za swój sukces podczas pracy z Lechią? A co z kolei okazało się porażką?

- Na jednej z debat zorganizowanych przez Dziennik Bałtycki usłyszałem od fachowców, że miałem 11 koszulek, a zamiast zespołu - zlepek starych dziadków z nadwagą, często już kulawych. Nie mogłem pogodzić się z taką opinią.

- Jak rozumować w ich mniemaniu to piąte miejsce? Sukces, porażka? Wierzę, że sukces nadejdzie, nie będzie już moim udziałem, ale wiele osób przekona się, że zmiany personalne, których dokonałem przebudowując zespół przyniosą efekt - będzie to procentowało już w ekstraklasie. Porażka - na pewno szkoda zmarnowanej szansy na awans mimo najlepszego miejsca Lechii od lat w drugoligowych rozgrywkach.

Czego nauczyła pana praca z seniorami Lechii na najbardziej eksponowanym stanowisku? Czy przyjmie pan jeszcze kiedyś posadę trenera Lechii, jeśli przyjdzie taka propozycja, bądź nadarzy się okazja?

- Jak liczysz, to licz tylko na siebie. Poznałem się na ludziach dwulicowych i fałszywych, to była dobra lekcja. Na pewno zdobyte doświadczenie dało mi sporo pewności siebie, które pomoże być lepszym trenerem.

- Etyka trenerska nie pozwala mi odpowiedzieć na drugą część pytania, uczony jednak zawsze byłem, że Lechii się nie odmawia.

Patrząc z perspektywy czasu i nabranych doświadczeń, czy jest możliwe być szkoleniowcem, a jednocześnie kibicem danego klubu? Pamiętamy choćby łzy w oczach na konferencji po porażce z Odrą. Chyba podczas tego meczu najbardziej odczuł pan, że kibice w Gdańsku chcą sukcesu, nawet "po trupach".

- Jeżeli jest się emocjonalnie związanym ze swoim klubem, tak jak ja, to jest to oczywiście możliwe.

- Łzy to może przesada, ale głos rzeczywiście mi się łamał... 25 lat jestem związany z Lechią, więc... organizm mógł na to zareagować. Cóż, wiedziałem, że pewien etap się kończy, że dobiega kres mojej pracy, że może pozostanie mi już kibicowanie. Lechia jest jednak skazana na sukces. Dlatego i "trupy" są potrzebne do tego, by ten sukces odnieść. Tych "trupów" od czasów A klasy już trochę padło, nie tacy jak ja się przewracali.

Czy wyobraża sobie pan pracę poza Lechią i Gdańskiem, w innym zespole seniorskim?

- Na razie nie myślę o tym, bo zostaje w klubie. Jeżeli będę czuł się potrzebny, to nigdzie nie będę się wybierał. Telefon już dwa razy zadzwonił z zapytaniem czy podjąłbym się "trenerki". Czyli z obiegu nie muszę wypaść, są i tacy, którzy doceniają to co zrobiłem z Lechią.

Jakie są pańskie plany na zawodową przyszłość?

- Na pewno poświęcę się pracy trenera koordynatora, poza tym chciałbym odbyć kilka szkoleń za granicą lub w polskim I-ligowym klubie, aby nabrać doświadczenia i zdobyć nowe umiejętności. Przyjdzie tez czas na trenerkę. Kolejny cel to licencja UEFA PRO dająca kwalifikacje prowadzenia zespołów w całej europie. Chcę się rozwijać.

Kiedy obejmował pan Lechię, zastanawiał się ile potrwa ta przygoda? Czy biorąc pod uwagę trenerskie wykształcenie oraz wieloletnie przywiązanie do klubu, przeszło panu choć raz przez myśl, że może zostać gdańskim Alexem Fergusonem pod względem lat stażu w jednym klubie?

- Nie liczyłem nigdy lat, bo szczęśliwi lat nie liczą, a ja w Lechii byłem zawsze szczęśliwy. Jako dziewięciolatek trafiłem do klubu, przeszedłem wszystkie szczeble - trampkarza, juniora, seniora, trenera. Z prostych obliczeń wychodzi 25 lat. Ładna liczba, ale Ferguson jest tylko jeden, nikt go nie prześcignie.

Jak w takim razie podsumuje pan przygodę na stołku pierwszego szkoleniowca Lechii? Warto było spędzić 14 miesięcy w ten sposób? Podczas tego okresu osobiście przeżył pan więcej przyjemnych chwil czy rozczarowań?

- Myślę, że zdecydowanie tych przyjemnych było więcej. Jak to podsumuję? Zakończę to tak: jako zawodnik często docinano mi: "E tam, co ta twoja Lechia?". Odpowiadałem: "Umrzesz i w niej nie zagrasz". Ja zagrałem i w dodatku 14 miesięcy potrenowałem, mogę więc spokojnie umrzeć.

KOMENTARZE (3)
trzymaj sie chlopie!
pozdro!...
bez logowania: LIST do redakcji
Weź udział w nowej, ekscytującej rywalizacji i powalcz o miano najlepszego Betona. Typuj na okrągło i wygrywaj nagrody!

Liga BetONów
Główny punkt programu nowej lechia.gda.pl: inernetowy tygodnik. Co wtorek artykuły na temat Lechii, publicystyka, informacje, galerie zdjęć i inne. Zapraszamy.

Ostatni numer
Wyraź swoją opinię na dany temat, podziel się uwagami z innymi kibicami Lechii. Nawet bez logowania możesz czytać forum bez ograniczeń.

Forum dyskusyjne
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2017. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.143