Lechiści weszli w fazę decydujących spotkań bardzo efektownie. Rozpoczęli od zwycięstwa 2:0 nad GKS-em Katowice, następnie zremisowali bezbramkowo z Arką na własnym boisku, a później potwierdzili swoje umiejętności w wyjazdowym spotkaniu ze Zniczem, który pokonali w Pruszkowie 2:1.
Wracając jednak jeszcze do derbów. Oczekiwany od 9 lat, zarówno przez gdańskich, jak i gdyńskich kibiców, mecz, nie zachwycił chyba pod żadnym względem. Spotkanie, w którym nie padły żadne bramki, oddano dosłownie kilka strzałów na bramki, a cały jego poziom był bardzo przeciętny, mogło niektórych po prostu zawieść. Jedyną atrakcją mógł być komplet kibiców, który zasiadł na trybunach stadionu przy ul. Traugutta 29 w Gdańsku.
Prawdą jest też, że wynik 0:0 był jak najbardziej sprawiedliwy. Zarówno goście, jak i gospodarze, próbowali zainkasować tego dnia komplet punktów, jednak skuteczność obu zespołów pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszą szansę zmarnował Marcin Rogalski, po którego mocnym uderzeniu piłka opuściła plac gry, ocierając się o boczną siatkę bramki strzeżonej przez Bledzewskiego. W 93 minucie - jak twierdzą piłkarze Biało-Zielonych - w polu karnym Arki ciągnięty za koszulkę był Andrzej Rybski. Arbiter główny przyznał po meczu, że należał się rzut karny, jednak odgwizdał pozycję spaloną, którą sygnalizował sędzie boczny.
Znicz jest największą niespodzianką rozgrywek obecnego sezonu. Absolutny beniaminek na centralnym szczeblu rozgrywek od samego początku zajmuje szczytowe miejsca II-ligowej tabeli. Potrafił urywać punkty najlepszym, nie tylko na własnym boisku, ale także w meczach wyjazdowych.
Gdańszczanie do Pruszkowa pojechali bez trzech podstawowych zawodników - wciąż kontuzjowanego Mateusza Bąka, a także Jacka Manuszewskiego i Artura Andruszczaka. Popularnego "Manka" w środku obrony zastąpił Krzysztof Brede, który zadebiutował pod wodzą trenera Lechii, Dariusza Kubickiego.
Pierwsza połowa była dość wyrównana, zarówno gospodarze, jak i goście z Gdańska, próbowali wyjść na prowadzenie. Lepszą skutecznością wykazali się jednak ci drudzy, którzy do szatni schodzili z dwubramkowym prowadzeniem. Ale po kolei. Najpierw w 41. minucie spotkania w pole karne z lewej strony dośrodkowywał Arkadiusz Miklosik. Do futbolówki wyskoczył mierzący 194 cm Piotr Kasperkiewicz i głową skierował ją do siatki. Była to pierwsza bramka sprowadzonego latem do Lechii pomocnika.
Gospodarze nie zdążyli otrząsnąć się po stracie pierwszego gola, a ich golkiper po raz kolejny musiał wyciągać piłkę ze swojej bramki. W 44. minucie kolejne doskonałe podanie Miklosika wykorzystał Piotr Wiśniewski, który strzałem z dystansu podwyższył na 2:0.
Druga połowa to kontrola sytuacji przez Biało-Zielonych, którzy cofnęli się, cierpliwie czekając na okazje do przeprowadzenia kontry, która mogłaby dać trzeciego gola. Jednak tym razem skuteczność i szczęście było po stronie pruszkowian. Wprowadzony po przerwie czarnoskóry napastnik, Nwaogue, w 62. minucie zdobył bramkę kontaktową.
Oba zespoły miały jeszcze swoje szanse na zdobycie bramki. W zespole gdańszczan najlepsze - Piotr Cetnarowicz, który zdecydował się na rajd lewą stroną boiska i silny strzał, zatrzymany jednak przez boczną siatkę bramki oraz Andrzej Rybski, który w swoim stylu nękał defensorów Znicza. Wynik jednak - na szczęście dla Lechii - nie uległ już zmianie.