lechia.gda.pl

Tygodnik lechia.gda.pl nr 160 (25/2008)
15 lipca 2008


OSOBLIWOŚCI Z WYJAZDU ZA LECHIĄ

Lekcja wronieckiej kultury

Podobnie jak rok temu, udaliśmy się jako redaktorzy lechia.gda.pl do Wronek na zgrupowanie gdańskiej Lechii. Spędziliśmy tam cztery dni, podczas których m.in. widzieliśmy jak trenują zawodnicy przed startem rozgrywek oraz oglądaliśmy sparingi Biało-Zielonych. Poniżej w luźnej formie przytaczamy kilka osobliwych i ciekawych sytuacji z wyjazdu. Zapraszamy na lekcję wronieckiej (i nie tylko) kultury.

KAROL SZELOŻYŃSKI, PAWEŁ DOCZYK
Wronki
adres: http://lechia.gda.pl/artykul/11983/
kontakt: lechia@lechia.gda.pl

Pierwsza niespodzianka czekała na nas szybciej niż się spodziewaliśmy, bo już podczas kupna biletu na pociąg do Wronek z przesiadką w Poznaniu. Pani z okienka biletowego przy oliwskim peronie wykazywała typową tendencję, która obowiązuje przy sprzedaży biletów PKP: im krótszy jest czas pozostający do odjazdu pociągu, tym wolniej obsługuje się stojących przy okienku klientów. Sprzedawczyni biletów niemal z satysfakcją spoglądała na wężyk osób, z których część za chwilę będzie mogła nazwać "niedoszłymi pasażerami". Na szczęście jakimś cudem nas to określenie nie dotyczyło i ruszyliśmy planowanym pociągiem.

Pokój z szumem morza

W małych miastach panuje jedna podstawowa zasada: jeśli wszystkie ważne dla mieszkańców i turystów punkty usługowe itp. rozplanuje się tak, aby były możliwie najdalej od siebie, to wszystkim wydaje się, że właśnie przebywają w dużym mieście, bo wszędzie mają daleko. Pamiętając, że z dworca do zajazdu w okolicach stadionu, gdzie mieliśmy się ulokować, jest spory kawałek, a obok dworca kolejowego widząc znak oznaczający postój taksówek, spróbowaliśmy skorzystać z tej formy komunikacji. Po kilkunastu minutach czekania na pustym postoju przyszła pora, aby zasięgnąć języka w kwestii: "O co kaman?". Pani z pobliskiego kiosku poinformowała nas, że po Wronkach kursuje tylko jedna taksówka. No tak, nic tak nie wpływa na jakość usług, jak silna konkurencja. We Wronkach widać było gołym okiem, że tej brakowało. - On teraz gdzieś pojechał i pewnie zaraz wróci, ale macie tu do niego numer na komórkę - powiedziała nam kioskarka. Dzwonimy więc:

- Dzień dobry, chciałbym zapytać czy w najbliższym czasie podjedzie pan na postój koło dworca?
- Tak, zaraz tam będę.
- W porządku, a orientuje się pan ile mniej więcej zapłacimy za kurs w okolice stadionu?
- Panie, skąd mam wiedzieć? Zapłacicie tyle, ile licznik nabije, ja tego nie wiem. Zaraz tam będę, do widzenia.

No tak, skąd jedyny taksówkarz we Wronkach ma orientować się mniej więcej w odległościach w swojej miejscowości. W końcu nadjechał, wsiedliśmy i dojechaliśmy na miejsce.

- Ile się należy za kurs?
- (chwila ciszy, gdy wyciągam portfel czekając aż padnie jakaś suma) Jak to ile? Panie, tu się nie pier..., płaci się tyle, ile jest na ekraniku.

Po chwili trafiliśmy do swojego "pokoju", o ile tak można nazwać pomieszczenie na parterze domu z lufcikiem zamiast okna i dwoma bojlerami oraz rurami na ścianie. "No nic, innej możliwości znalezienia noclegu we Wronkach nie było, a przynajmniej będzie tanio" - pomyśleliśmy sobie. Znów dał o sobie znać brak konkurencji w mało turystycznej miejscowości. Jak się później okazało, codziennie rano budził nas tzw. szum morza, czyli bulgocząca woda w rurach i bojlerach. Naszymi sąsiadami byli ludzie, którzy przyjechali do Wronek w celach zarobkowych, a więc praktycznie cały dzień byli poza zajazdem, oraz para, która miała tę właściwość, że im późniejsza była pora w nocy, tym lepiej i głośniej zaczynali mówić w obcych językach.

Pokój, który mieliśmy do swojej dyspozycji rok temu, stał na dużo wyższym standardzie. Miał przynajmniej normalne okna, telewizor i własną łazienkę. Tym razem jednak nie było szans na zamieszkanie tam, gdyż część pokojów zajazdu zarezerwowała sobie Lechia, która nie zmieściła się w komplecie w hotelu Olympic. Wyniknęło to z faktu, iż ukraińska Worskła Połtawa przyjechała do Wronek w nadzwyczaj sporej grupie: około 30 piłkarzy i 15 osób w sztabie (w tym m.in. osobny fotograf i kamerzysta na potrzeby klubowej strony WWW; jakże mocno było widać, jak daleko polskim klubom nawet do tych ukraińskich, gdy po sparingach Lechii to kierownik drużyny wybierał kilka zdjęć swojego autorstwa i wysyłał je mailowo do klubu).

Nasz konkretny pokój sprzed roku stał większość czasu pusty, bo służył zawodnikom, którzy akurat przyjeżdżali na testy w Lechii i był w ten sposób zablokowany od wynajmowania go. - Ja bym wam go nawet wynajął, ale jak wy mi płacicie 120 zł, a oni 2 tys. zł, to sami powiedzcie, co wy byście zrobili na moim miejscu? - pytał nas retorycznie właściciel zajazdu. Tak więc wspomniany kierownik drużyny, drugi trener, trener bramkarzy, a potem także i dyrektor sportowy, mieszkali w zajeździe ulokowanym minutę drogi od hotelu Olympic. Nie ukrywali zdziwienia, gdy spotkali nas, swoich chwilowych sąsiadów, po raz pierwszy.

"I oni nas oceniają?"

Wracając do naszego tegorocznego pomieszczenia, niewyposażonego we własną łazienkę, którą musieliśmy dzielić z sezonowymi pracownikami we Wronkach. - Ci pracownicy wychodzą z domu o 7 rano i wracają późno - przekonywał nas kierownik zajazdu. W rzeczywistości okazało się, że łazienka była do naszej dyspozycji najwcześniej o 8:30 i praktycznie niemożliwe było, aby po prysznicu i szybkim menu śniadaniowym, w skład którego wchodziły najczęściej bułki z pasztetem i ice tea, zdążyć na trening, który rozpoczynał się zawsze przed 9:30. Na samych zajęciach piłkarzy, Arek Miklosik sprawdzał nasze umiejętności praktyczne w sporcie, o którym na co dzień piszemy. Stwierdził, że nasza zdolność do wykonywania tzw. żonglerki jest niewystarczająca i musimy ją ćwiczyć, o rezultaty czego codziennie się dopytywał. Piłkarze wyraźnie nie byli zadowoleni, że ich grę oceniają "dziennikarze", którzy nie prezentują ligowego poziomu, a piłkę kopią regularnie, choć jedynie hobbystycznie :-)

Na pierwszym treningu jeden z piłkarzy zapytał nas: - Chłopaki, a wy nie macie co robić w wakacje, że chce wam się tu przyjeżdżać? Płacą wam chociaż za to? Choć w sumie nam też nie płacą, a tu jesteśmy.

Po innym treningu, gdy zawodnicy dość skutecznie wykonywali rzuty wolne, Paweł Kapsa powiedział: - Chłopaki, nie zapomnijcie napisać, że dobrze strzelamy rzuty wolne. Jego prośbę spełniliśmy. Tej Krzysztofa Brede już jakoś nie: - Panowie napiszcie też na stronie, że stoimy tutaj i delektujemy się we trójkę - powiedział "Heniek" stojąc obok "masera" i napojów energetycznych podawanych przez niego. - Napiszcie też, że przed wami stoi dobrze zbudowany pan z "przeglądzikiem" w ręku, który wygląda na zadowolonego z życia.

Osobnym tematem był wyjazd do pobliskiego Grodziska Wlkp., który przy braku środka lokomocji w postaci samochodu, spokojnie mógł urosnąć do rangi podróży. Nie dostaliśmy zgody, aby zabrać się, tak jak rok temu, do Grodziska Wlkp. autokarem z Lechią. Wiadomo: klub się rozwija, a poza tym w swoim czasie gorzej mieli już choćby redaktorzy piszący o Legii. U nich nie tylko nie do pomyślenia byłoby, aby próbować dostać się do klubowego autokaru, ale zamykano przed nimi również treningi (także przed przedstawicielami strony oficjalnej!). Gdy jednak ci próbowali robić przynajmniej zdjęcia z dużych odległości, byli wypraszani przez ochroniarzy. Tak więc do Grodziska Wlkp. dostaliśmy się dwoma PKS-ami, które jakimś cudem nadjeżdżały bez czekania na nie, ale i tak podróż w jedną stronę trwała 3,5 godz. zamiast jednej. W sumie wyszliśmy z zajazdu o godz. 13, a wróciliśmy tuż przed północą i do późnych godzin dodawaliśmy jeszcze część informacji z meczu. W tym miejscu dziękujemy także osobie (bez nazwiska, bo nie mamy na to zgody), która podwiozła nas w drodze powrotnej do Poznania, dzięki czemu nie musieliśmy nocować w Grodzisku.

Z samego sparingu mamy kwiecisty dialog, jaki wywiązał się między zawodnikami. Maciej Rogalski kontra Michał Stasiak:

R: Panie sędzio, faul był.
S: Jaki faul? Nic nie było!
R: Za koszulkę mnie ciągnął.
S: Tak. Za ch... cię ciągnął, a nie za koszulkę. Skąd ty w ogóle przyjechałeś?
R: Z kątowni, k..., jak nie wiesz.

"Sparzyliśmy się" chcąc się "wycwanić" i przeprowadzić z Łukaszem Trałką rozmowę o meczu, na kilka minut przed jego końcem. W momencie, w którym narzekał na zerową skuteczność zespołu mimo 4-5 sytuacji stuprocentowych, Andrzej Rybski podał do Piotra Cetnarowicza, ten dopełnił formalności i całą rozmowę wzięło w łeb.

Jednego wieczoru, kiedy wyszliśmy... no, niech będzie... do miasta, na kolację, tuż przed samą pizzerią (oczywiście jedyną we Wronkach) urwała się chmura, ale tego opadu jakoś uniknęliśmy. W drodze powrotnej jednak nastąpiło już totalne oberwanie chmury, połączone z trwającą kilka godzin, jak się później okazało, burzą. Przemoknięci do suchej nitki ratowaliśmy tylko swoje telefony i próbowaliśmy jakoś wysuszyć ubrania, wspominając codzienne 30-stopniowe upały i przyjemne ciepłe wieczory, z którymi mieliśmy do czynienia we Wronkach rok temu. Wyładowania atmosferyczne także opóźniły naszą aktywność w dodawaniu newsów i zdjęć, a tym samym porę położenia się spać. Nie chcieliśmy ryzykować uszkodzenia laptopa, który mieliśmy do dyspozycji.

"Specjalny" bilet na pociąg

Mieliśmy odgórne polecenie, aby przy zapłacie za pokój zażyczyć sobie faktury. Podobnie jak rok temu, i tym razem była wypisana ręcznie na podstawie danych, które dostarczyliśmy właścicielowi zajazdu wyraźnie napisane na kartce. I podobnie jak rok temu, nie obeszło się bez błędów. Pierwszy błąd - OK, poszedł, wrócił z poprawioną. Znów błąd - "K..., by was...", poprawił i wrócił znów z błędem, tym razem w innym miejscu. - Dla urzędu to nie ma znaczenia czy są dwa "l" w nazwisku czy nie, ani ulica czy "Partyzantów", czy "Partyzancka" - stwierdził, po czym powiedział, że i tak musimy się wyprowadzać, bo jest godz. 12 i skończyła się nasza "doba hotelowa". Tak dokładnie nazwał tę dobę: hotelową.

Zgodził się zrobić kolejną wersję dokumentu, tym razem, Bogu dzięki, poprawną, dopiero, gdy wykupiliśmy kolejny nocleg, co ostatecznie okazało się dobrym posunięciem z naszej strony, bo mieliśmy więcej czasu na napisanie newsów po sparingu z Worskłą. Ogólnie chcieliśmy, aby informacje z obozu nie były zbyt szczegółowe, a przez to nudne, co chyba jednak wychodziło nam średnio. Żal było cokolwiek usuwać. Podobnie ze zdjęciami - ich opisy nie są zbyt ambitne, ale były niezbędne, a zależało nam na szybkim czasie ich publikacji.

W drodze powrotnej, czyli w niedzielę ok. 7 rano, zgodnie z przypuszczeniami nie mogliśmy liczyć na skorzystanie z usług elitarnego, bo jedynego, taksówkarza. Ten był "gdzieś indziej i wróci za godzinę". Dociągnęliśmy jakoś walizki do pociągu, który wyjątkowo nadjechał zbyt szybko, przez co nie zdążyliśmy kupić na niego biletów. Tu krótki dialog obrazujący sposób nabywania biletów w pociągu relacji Wronki - Poznań u młodego kontrolera i jego partnerki, którzy jednocześnie sami sprzedawali bilety:

- Czy u pana można kupić bilety?
- Kuuu..., naturalnie..., że nie.
- Czyli mam iść dalej?
- (po chwili) Dobra, chodź tutaj do tego przedziału, tu jest nasz pokój zwierzeń, gdzie będziesz bity i ruchany. Dobra, żartuję oczywiście. No to dokąd chcesz jechać?
- Docelowo do Gdańska, ale wystarczy jeśli sprzedasz nam bilet do Poznania.
- (po paru minutach wertowania książki w poszukiwaniu odległości z Poznania do Wronek i wyszukaniu ceny połączenia) Bilet kosztuje 10,27 zł.
- OK, a ze zniżką 37%?
- K... A kto taką ma?
- Wiele osób, a w tym ja i kolega.
- K... Zawiodłem się na tobie. (po chwili - znów szukanie ceny) No to bilet kosztuje 7,5 zł.
- No, i to już jest cena, która jakoś wygląda.
- Ale, ale. Do tego dolicza się 4 zł za zakup biletu w pociągu, podczas gdy na peronie była czynna kasa.
- Przecież pociąg był szybszy i przyjechał za wcześnie, więc nie zdążyłem kupić.
- No i co z tego? Za dwa bilety będzie ok. 22 zł, mimo, że ominąłeś tylko jedną kasę, a nie dwie. Ale proponuję cenę 12 zł.
- OK, poproszę. (po zapłaceniu) Dostanę jakieś potwierdzenie transakcji?
- Nie, masz nasze potwierdzenie i nasze "bilety".
- No OK, przynajmniej ich nie zgubię.

Wyszedłem bez żadnego papierowego świstka i biedniejszy o 12 zł, ale "kanar" i jego "bejbe" okazali się mieć dobrą pamięć i zgodnie z zapowiedzią omieszkali kontrolowania naszych biletów "specjalnych" przy okazji swojego obchodu po pociągu.

Mimo wszystko, polubiliśmy Wronki.

P.S. Na koniec pozdrawiamy także wszystkich piłkarzy, którzy grali w Amice za czasów trenera Stefana Majewskiego. Widzieliśmy na własne oczy to legendarne już (zresztą jedyne we Wronkach) osiedle, gdzie mieszkała większość piłkarzy reprezentujących barwy miejscowego zespołu. Popularny "Doktor", gdy trenował Amikę, korzystając z tego, że ma wszystkich zawodników "na oku", patrzał, w których mieszkaniach piłkarzy, do której godziny świecą się w nocy światła. Kontrolował tym samym po części, jak prowadzą się jego podopieczni.




Copyrights lechia.gda.pl 2001-2019. Wszystkie prawa zastrzeżone.
POWRÓT