Gdańsk: czwartek, 27 lutego 2020
TYGODNIK
Podstrony:

Tygodnik lechia.gda.pl nr 164 (29/2008)

12 sierpnia 2008

GŁOSEM SPIKERA

Mój pierwszy raz

Od razu muszę rozczarować amatorów sytuacji damsko-męskich, którzy zwabieni tytułem, postanowili przeczytać ten tekst. Wprawdzie porusza on kwestie związane z miłością, ale w platonicznym wydaniu, a konkretnie z jej początkami. Dokładnie 20 sierpnia 2008 r. mija 30 lat od dnia, kiedy po raz pierwszy dane było mi obejrzeć mecz piłkarzy Lechii Gdańsk…

MARCIN GAŁEK

POCZĄTKI

Po raz pierwszy na meczu piłkarskim byłem wiosną 1978 roku, jako niespełna pięcioletnie dziecko. Tato zabrał mnie na mecz ligi TKKF-ów rozgrywany na placu koło hali „Olivia”. Spotkanie pomiędzy „Hadesikiem” a „Żabianką” musiało mi się spodobać, gdyż po kilku tygodniach obejrzałem także rewanżowy pojedynek tych drużyn. Po takim przetarciu przyszedł czas na futbol ligowy. Do mojego pierwszego z prawdziwego zdarzenia meczu byłem mocno przygotowywany teoretycznie. Tato opowiadał mi historie o dużym, pełnym ludzi stadionie, głośnych okrzykach, jak reaguje się na gola oraz że nasza drużyna nazywa się Lechia a piłkarze grają w zielonych koszulkach i białych spodenkach.

MECZ

Z niecierpliwością czekałem na moment, kiedy w końcu zobaczę te wszystkie niesamowite rzeczy. Aż w końcu nadszedł ten dzień – niedziela 20.08.1978, kiedy to na godzinę 11.00 wyznaczono początek derby Gdańska: Lechia - Stoczniowiec. Pamiętam, że było pochmurno. Nie stanowiło to dla mnie jednak żadnego problemu. Już pod stadionem słychać było płynącą z oddali muzykę oraz charakterystyczny dla takiego miejsca szum. Tłum przy kasach robił wrażenie. Z daleka dostrzegłem maszty z flagami Polski i Lechii stojące na koronie stadionu. Z czasem zobaczyłem też tablicę wyników, drewnianą, z napisami „Goście”, „Lechia”, widniejącymi nad tymi słowami cyframi „0” oraz zegarem. Rok później w jej miejsce na stadionie zagościła tablica świetlna, która wówczas wydawała mi się szczytem nowoczesności. Żeby podkreślić jak różni się postrzeganie meczu przez 5 – latka od dojrzałych już osób, wypada wspomnieć jeszcze, że w początkowej fazie mojej przygody z Lechią istotnym zagadnieniem była dla mnie kolejność drużyn na tablicy, tj. najpierw „Goście”, potem „Lechia”, która różniła się od tej stosowanej w prasie, gdzie zawsze na pierwszym miejscu widniała nazwa gospodarza.

Kiedy doszliśmy do korony stadionu zobaczyłem głośne, wypełnione trybuny oraz wchodzących na płytę boiska aktorów widowiska. W tym momencie nastąpiła konsternacja! Nie było tak jak opowiadał tato! Ubrana na czarno trójka sędziowska wprowadzała na boisko dwa zespoły: jeden w niebieskich koszulkach i białych spodenkach, a drugi ubrany w pomarańczowe koszulki i czarne spodenki. A gdzie zielono – białe stroje ?! To było duże rozczarowanie. Po latach dowiedziałem się, że wówczas jeden z kibiców podarował drużynie stroje w kolorach narodowej reprezentacji Holandii. Dobrze, że mój debiut nie wypadł na inny derbowy mecz ze Stoczniowcem, gdyż gracze tej drużyny 4 lata wcześniej wybiegli na murawę przy Traugutta w tradycyjnych strojach… Lechii. Wtedy już zupełnie nic bym nie rozumiał, ale na szczęście byłem jeszcze za mały.

Zajęliśmy miejsca na trybunie pod dachem. Pamiętam charakterystyczny zapach palonych papierosów, przez lata kojarzący mi się właśnie z krytą trybuną na stadionie Lechii. Trzymałem kciuki oczywiście za biało-zielonych, którzy tego dnia byli akurat pomarańczowo – czarni. Życzliwi, siedzący obok kibice, szybko uświadomili mi, że „Stoczniowiec to złomowiec”. Obserwowałem grę i chłonąłem reakcje stadionu. Już tego dnia potrafiłem śpiewać: „Do boju, do boju, do boju Lechia Gdańsk!” Szybko też zauważyłem, że publiczność ożywia się, gdy przy piłce znajdują się Zdzisław Puszkarz lub Andrzej Głownia. Tuż przed przerwą Lechia obejmuje prowadzenie. Co ciekawe, w trakcie kilku kolejnych moich wizyt przy Traugutta, gospodarze do przerwy na ogół prowadzili 1:0 lub był bezbramkowy remis. Początkowo nawet myślałem, że w pierwszej połowie nie można strzelać większej ilości bramek. Dopiero w drugiej połowie lechiści dobijali rywala. Tak też było tym razem. Dwa kolejne trafienia ustawiły wynik meczu. Dzięki takiemu obrotowi sprawy mogłem przećwiczyć głośne „Jeeeeeest” połączone z wyskokiem do góry! Dla pięciolatka taka zbiorowa radość to niesamowita frajda. Pod koniec meczu doszło do nieprzyjemnego faulu gracza gości na bramkarzu Lechii – Leszku Kwaśniewiczu. W ten sposób blondwłosy goalkeeper zapisał się w mojej pamięci, gdyż pracy tego dnia nie miał wiele. Ostatni gwizdek sędziego, podobnie jak zgromadzeni na trybunach kibice powitałem z entuzjazmem. Pierwszy zwycięski mecz (3:0), w dodatku z jakimś „złomowcem”. Jednak czym to skutkuje nie miałem pojęcia. Dopiero niespełna 4 lata później, przy okazji degradacji do III ligi poznałem zasady ligi, zrozumiałem, że można z niej spaść lub awansować wyżej. Na początku byłem przekonany, że Lechia jest po prostu przypisana do pewnej grupy drużyn i to jest przyczyną tego, iż do Gdańska nie przyjeżdżają znane mi z telewizji Wisła, Legia, Górnik czy Widzew. Ot, dziecinna naiwna rzeczywistość.

CIĄG DALSZY

Z czasem coraz częściej odwiedzałem stadion przy ulicy Traugutta. Cieszyłem się z kolejnych zwycięstw grającej już w zielonych koszulkach i białych spodenkach Lechii. Podziwiałem Puszkarza i spółkę, dzięki mamie miałem własną małą flagę, a wkrótce potem szalik. Ten czas radosnej nieświadomości trwał do 1982 roku. Być może to spowodowało, że nie zniechęciły mnie ciągłe porażki w walce o awans. Ja po prostu nie miałem o tym pojęcia, żyłem każdym meczem, tak jakby był to osobny rozdział. Potem, gdy już się zorientowałem, o co chodzi w ligowej rywalizacji, karta się odwróciła. Były awanse, puchary i gra w piłkarskiej elicie. Lechię znów wszyscy kochali! Ten cudowny okres chyba zadecydował. Sprawił, że związałem się z tym klubem na dobre i na złe. Dziś ze śmiechem wspominam tamte naiwne początki kibicowania oraz słowa mamy powiedziane kilka lat temu ojcu: „Wiesz, to, że zaprowadziłeś go na tę Lechię, to chyba najgorsza rzecz jaką mogłeś zrobić”! Oj, jak bardzo się myliła…

PISZCIE

To moja historia. Jednak nie ulega wątpliwości, że tego typu wspomnień istnieje, tyle ilu kibiców oglądało mecze Lechii. Jeśli ktokolwiek z Czytelników ma ochotę powspominać i przedstawić na łamach Tygodnika lechia.gda.pl swoje kibicowskie początki, proszę o list na adres m.galek@lechia.gda.pl. Teksty odpowiadające kryteriom artykułów publikowanych w Tygodniku zostaną na jego łamach zamieszczone.

KOMENTARZE (3)
Fajnie sie czyta takie wspomnienia.........
Ja niestety nie za duzo mam do powiedzenia,bo nie z...
bez logowania: LIST do redakcji
Weź udział w nowej, ekscytującej rywalizacji i powalcz o miano najlepszego Betona. Typuj na okrągło i wygrywaj nagrody!

Liga BetONów
Główny punkt programu nowej lechia.gda.pl: inernetowy tygodnik. Co wtorek artykuły na temat Lechii, publicystyka, informacje, galerie zdjęć i inne. Zapraszamy.

Ostatni numer
Wyraź swoją opinię na dany temat, podziel się uwagami z innymi kibicami Lechii. Nawet bez logowania możesz czytać forum bez ograniczeń.

Forum dyskusyjne
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2020. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.144