Gdańsk: poniedziałek, 4 marca 2024

Tygodnik lechia.gda.pl nr 168 (33/2008)

9 września 2008

Treść artykułu
 |   |   |   |   | 

DEBIUT LECHII W PUCHARZE EKSTRAKLASY

Puchar Ekstraklapy

W tym sezonie po raz pierwszy w historii w Pucharze Ekstraklasy, powstałym w 2006 roku na wzór dawnego Pucharu Ligi, występuje drużyna gdańskiej Lechii. Pierwszych meczów w tych rozgrywkach Biało-Zieloni nie zaliczą do udanych, jednak z pewnością, a może przede wszystkim, mogą okazać się one dobrym materiałem szkoleniowym dla Jacka Zielińskiego przed ligowymi zmaganiami, którą są priorytetem.

MATEUSZ JASZTAL
Gdańsk

Puchar Ekstraklasy nie cieszy się wśród ligowców wysoką rangą. Traktowany jest mało prestiżowo. Przede wszystkim jako możliwość sprawdzenie zaplecza pierwszej drużyny, czy też potencjału młodszych zawodników. Zresztą w samym założeniu rozgrywki te nie miały być traktowane tak samo poważnie jak Puchar Polski, czy liga. Przede wszystkim ze względu na brak jakichkolwiek profitów dla zwycięzców poza finansowymi. Świadczy o tym również sam fakt, że przepisy dopuszczają dokonanie aż czterech zmian w składzie podczas meczu.

Najdobitniej o traktowaniu spotkań Pucharu Ekstraklasy przez zespoły w nim startujące przekonali się gdańscy kibice już podczas pierwszego meczu z udziałem Biało-Zielonych w historii tych rozgrywek. Walczący o mistrzostwo Polski, mający w swoim skaldzie wielu zawodników o znanych nazwiskach Lech Poznań do Gdańska wysłał młodzieżową ekipę. Seniorska część drużyny „Kolejorza” nie była nawet w najmniejszym stopniu zainteresowana potyczką na Traugutta. Nad morze w roli pierwszego szkoleniowca przyjechał Marian Kurowski, zaś najstarszy piłkarz Lechitów miał 20 lat.

Nieco poważniej ten mecz potraktował trener Jacek Zieliński i desygnował do gry sześciu piłkarzy z meczu z Polonią Bytom. Resztę miejsc w składzie uzupełnili piłkarze będący bezpośrednim zapleczem pierwszej drużyny. Jednak gra Lechii poważnie mogła wyglądać tylko na papierze. Poza nielicznymi wyjątkami Biało-Zieloni zagrali, jakby mecz z Lechem Poznań był spotkaniem towarzyskim. Wyraźnie oszczędzali kości, chcąc za wszelką cenę uniknąć niepotrzebnego urazu. Nie przemęczali się również i nie wykazali zbytnią aktywnością i ruchliwością. Większą część meczu rozegrali „na stojąco”.

Nieco ponad przeciętny poziom reszty zespołu potrafili wybić się jedynie Rafał Kosznik, Łukasz Trałka i Piotr Kasperkiewicz. Na uwagę zasługuje takżę gra debiutanta – Damiana Szuprytowskiego, który w rozgrywkach Pucharu Polski strzelił dwie bramki Zniczowi Pruszków. W nagrodę za postawę w drużynie Młodej Ekstraklasy tym razem mógł zagrać obok kolegów z pierwszego składu. Trzeba przyznać, że 19-letni zawodnik swoją szansę bardzo chciał wykorzystać. Wykazał się niezwykłą tego dnia walecznością i sercem do gry. Szkoda, że postawy młodego piłkarza nie chcieli dostrzec partnerzy z zespołu, notorycznie ignorując dobrą pozycję Damiana i podając piłkę w inne miejsce.

Mecz z Lechem pokazał, jak dużo brakuje niektórym piłkarzom do pierwszego składu. Bezbramkowy remis w kiepskim stylu z poznańską młodzieżą graniczy ze wstydem. Dostrzegł to również Jacek Zieliński, który stwierdził dla niektórych jego podopiecznych ekstraklasa się oddala. Jednym z nich jest z pewnością Frane Čačić. Chorwat rozegrał całą druga połowę i nie pokazał absolutnie nic, a raczej pokazał, że nie nadaje się do gry w gdańskiej Lechii. Trudniej jest ocenić grę jego rodaka Radovanovića, który jako obrońca pracy miał bardzo mało, choć i tak nie ustrzegł się poważnego błędu. Raczej nie przypadł do gustu trenerowi Zielińskiemu, gdyż nawet nie pojawił się w „18” na mecz z Arką.

W Gdyni zabrakło Chorwatów, jednak tym razem nie zabrakło Mateusza Bąk, którego występu z takim utęsknieniem nie mogli doczekać się kibice Biało-Zielonych. „Bączek” wyszedł w podstawowej „jedenastce” i udowodnił, że jest równorzędnym rywalem dla Pawła Kapsy. Imponował skutecznością i przede wszystkim pewnością siebie. Sprawiał wrażenie, jakby w pierwszej drużynie grał od dłuższego czasu, a nie dopiero do niej powracał po przerwie związanej z kontuzją. Tym bardziej może dziwić, że już w spotkaniu z Lechem Poznań, kiedy eksperymenty były wręcz wskazane, zamiast Kapsy między słupkami nie stanął któryś z rezerwowych bramkarzy.

Spotkania derbowe rządzą się swoimi prawami. To stwierdzenie znane już od dawna i tym razem również się potwierdziło. Derby potrafiły dodać atrakcyjności i podnieść rangę nawet tak nudnych rozgrywek jak Puchar Ekstraklasy. Wiedzieli o tym organizatorzy PESA i specjalnie ułożyli grupy z drużynami, między którymi mecze niezależnie od ich znaczenia zawsze będą przyciągały uwagę. Ten ruch, ratujący jakiekolwiek zainteresowanie Pucharem Ekstraklasy, tylko dowodzi jak niskiej rangi są te rozgrywki.

Derbowy pojedynek był kompletnie innym spotkaniem niż mecz z Lechem Poznań. Tym razem na ławce trenerskiej w obu zespołach zasiedli ludzie pierwszego sztabu szkoleniowego, a składy meczowe bardzo przypominały te z rozgrywek ligowych. Na boisku nie zabrakło woli zwycięstwa i zaangażowania. Widać było, że każdemu zależało na zwycięstwie nawet pomimo tego, że spotkanie rozgrywane było w ramach tak mało istotnych rozgrywek jak Puchar Ekstraklasy. Był to typowy mecz walki i inny być nie mógł, gdyż nie pozwalały na to warunki na gdyńskiej murawie.

Nie po raz pierwszy w tym sezonie Lechia rozegrała dobre spotkanie, jednak do Gdańska wróciła z niczym. Podobnie było wcześniej w Chorzowie i Wrocławiu. Teraz gdańszczan ograli gdynianie praktycznie jedną akcją. Na 6 minut przed końcem spotkania świetne prostopadłe podanie dostał Marcin Chmiest, a Jacek Manuszewski próbując ratować sytuację wślizgiem trafił w nogi rywala. Ewidentny rzut karny wykorzystał Nawrocik. Właściwie ten moment rozstrzygnął wynik spotkania. Druga bramka była tylko konsekwencją wcześniejszych wydarzeń.

Biało-Zieloni nie mają się jednak czego wstydzić i mogą z optymizmem czekać na kolejne mecze. Lechia przez całe derbowe spotkanie sprawiała lepsze wrażenie od swojego rywala. Grała mądrze i częściej i groźniej atakowała, pomimo że to Arka miała przewagę w posiadaniu piłki. W pierwszej połowie dwie szanse lechistom zabrał słabo spisujący się tego dnia sędzia liniowy, który niesłusznie wskazał pozycje spalone. Gdańszczanie imponowali również skutecznym pressingiem, dzięki czemu potrafili odzyskać piłkę zanim ta znalazła się w okolicach ich pola karnego.

Dwa spotkania Lechii w Pucharze Ekstraklasy dały początek ostrej rywalizacji na lewej obronie i w środku pola. W pierwszym meczu nieźle zaprezentował się Rafał Kosznik, który od początku sezonu pokazuje dobrą, równą formę i jak na razie jest pierwszym lewym defensorem w gdańskiej drużynie. Po piętach depcze mu Arkadiusz Mysona. Były gracz Łódzkiego KS-u swój szansę dostał w Gdyni i zaprezentował się co najmniej solidnie. Niemniejsza rywalizacja między Łukaszem Trałką, Karolem Piątkiem i Piotrem Kasperkiewiczem będzie się toczyła o miejsce w środku pola. Wydaje się, że największe szanse na grę na pierwsza dwójka, jednak popularny „Kasper” pokazał, że nie jest słabszy od swoich starszych kolegów.

Łatwo zauważyć, że przerwę w ligowych rozgrywkach Jacek Zieliński wykorzystał na poszukiwaniu optymalnego ustawienia środka obrony. Z graczy mogących występować na tej pozycji swojej szansy nie dostał jedynie Krzysztof Brede. Pozycja Huberta Wołąkiewicza wydaje się niepodważalna, jednak nadal zagadką pozostaje kto będzie jego partnerem. Największe szanse ma Jacek Manuszewski, lecz to właśnie on sprokurował rzut karny dla gdyńskiej Arki, który rozstrzygnął losy derbowego pojedynku.

Z pierwszej przygody Lechii z rozgrywkami PESA warto odnotować również debiut Bena Starosty. Nowy piłkarz Lechii zaprezentował swoje umiejętności w meczu z Arką i nie był to jego najlepszy mecz w karierze. Reprezentant polskiej młodzieżówki dużo biegał, był bardzo aktywny i często podłączał się do akcji ofensywnych. Nie był jednak zbyt skuteczny w obronie. Zaliczył kilka strat i miał kłopoty ze zgraniem oraz wyszkoleniem technicznym. Po jednej z jego pomyłek padła druga bramka dla Arki. Jak na razie kibicom i trenerom pozostaje dalej czekać na Pawła Pęczaka, choć Starosta z pewnością nie powiedział ostatniego słowa.

Dwa ostatnie mecze lechistów dały sporo do myślenia trenerowi Zielińskiemu. Mógł lepiej poznać w oficjalnym meczu graczy, którzy dotąd byli rezerwowymi. Przekonał się również, jacy piłkarze nie nadają się do gry w pierwszym składzie Lechii, a jacy potrafią skuteczne rywalizować na trudnym terenie rywala. Kontuzje Rybskiego i Buzały oraz kiepska dyspozycja Cetnarowicza zmusiły również szkoleniowca do spróbowania ustawienia z jednym napastnikiem. Wnioski z pucharowych spotkań mogą się przydać w poważnej walce o jak najlepszą pozycję w lidze.

Copyrights lechia.gda.pl 2001-2024. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.030