Celem, jaki Jacek Zieliński postawił przed swoimi podopiecznymi było zdobycie w trzech ostatnich meczach roku kompletu punktów. Tymczasem po dwóch spotkaniach lechiści dopisali do swojego konta zaledwie jedno „oczko”. Przed tygodniem w rywalizacji namieszała pogoda, zaś w piątek klasa rywala okazała się dla Lechii nie do przeskoczenia.
Stałe fragmenty gry są prawdziwą zmorą lechistów od dłuższego czasu. Do fatalnie bitych rzutów wolnych, czy rożnych w piątek dołączyły problemy z obroną przy dośrodkowaniach w wykonaniu rywali. Marnym pocieszeniem jest bramka Piotra Wiśniewskiego po „kornerze”, gdyż ten gol trafił się Biało-Zielonym, jak ślepej kurze ziarno. Niestety w Lechii brakuje i dobrych wykonawców stałych fragmentów gry, jak też wysokich, skutecznie grających w powietrzu zawodników. Dwójka podstawowych środkowych obrońców Lechii warunkami fizycznymi nie imponuje (Manuszewski – 184 cm wzrostu, Wołąkiewicz – 182 cm), a i napastnicy w tej kwestii nie mają się czym pochwalić (Kowalczyk – 181 cm, Wiśniewski – 177 cm, Buzała - 168 cm). Wystarczy dołożyć do tego kłopoty Mateusza Bąka z wyłapywaniem dośrodkowań, mamy obraz drużyny skazanej na porażkę w powietrznej walce.
Zdecydowanie przegrała walkę w środku pola. trójka pomocników z Warszawy: Iwański, Roger i Vuković zdominowała walkę w środkowej części boiska. Z lechistów jedynie Trałka nawiązał walkę z legionistami i był w stanie wygrać, czy to indywidualny pojedynek w ofensywie, czy tez zainicjować kolejną akcję. Rola drugiego „rozgrywającego” Karola Piątka ograniczyła się do przeszkadzania warszawiakom i podawaniu piłki do tyłu. Kulminacją popisów kapitana Biało-Zielonych było jego zachowanie, podczas schodzenia z boiska, świadczące o niezaakceptowaniu decyzji Jacka Zielińskiego o wpuszczeniu na jego miejsce Arkadiusza Miklosika.
Rywalizację dwóch świetnie spisujących się w tym sezonie bramkarzy wygrał Jan Mucha. Co prawda obaj strażnicy dostępu do siatki spisywali się dobrze, jednak to właśnie Słowak był bezbłędny. Golkiper stołecznej drużyny został cichym bohaterem spotkania. W kluczowych momentach popisał się świetnymi decyzjami i refleksem. Najpierw zatrzymał strzał Pawła Buzały, który powinien zakończyć się bramką wyrównującą dla gdańszczan, później powstrzymał wychodzącego na czystą pozycję Piotra Wiśniewskiego. Popularny „Wiśnia” starcie z Muchą przypłacił, na szczęście niegroźnym, urazem. Po przeciwnej stronie „Bączek” zaimponował kilkoma niezłymi paradami, jednak przy dwóch golach dla Legii nie pozostaje bez winy.
Pressing, agresja ze strony legionistów . W piątek widać było, jak Legia lubi i potrafi dobrze grać pressingiem. Gracze ze stolicy pokazali to w szczególności podczas pierwszej części spotkania. Podeszli pod Lechię wysoko, szybko atakowali gdańszczan, co zaowocowało kilkoma stratami gospodarzy i praktycznie uniemożliwiło im spokojne przeprowadzenie ofensywnej akcji. Biało-Zieloni w większości nie mogą pochwalić się umiejętnościami technicznymi i było to aż nader widoczne, jak tylko warszawiacy zagrali agresywnej i odważniej w defensywie. Lechia grać piłką zaczęła dopiero w drugiej połowie, kiedy legioniści uradowani dwubramkowym prowadzeniem nieco odpuścili i cofnęli się bliżej własnej bramki. W tym miejscu należy się słowa uznania dla Biało-Zielonych za to, że chcieli to wykorzystać, zaatakowali i w końcu ambitnie walczyli o korzystny rezultat do ostatniego gwizdka.
Krótka ławka i brak rasowego snajpera wśród lechistów. Głębokie rezerwy i wyrównany skład to z pewnością cechy, jakimi Lechia pochwalić się nie może. Udowodniły to mecze Pucharu Ekstraklasy, a także udowadniają kolejne spotkania, w których Biało-Zieloni wychodzą niemal w niezmienionym składzie. Nie inaczej było w piątek. Z trójki wprowadzonych na plac gry po przerwie zawodników (Wiśniewski, Miklosik, Rybski) sporo dobrego do gry wniósł jedynie „Wiśnia”. W gdańskim klubie brakuje również napastników. Najskuteczniejszym z nich jest Buzała, który ma na koncie zaledwie 3 trafienia i dosyć często marnuje nadarzające się mu okazje, nie inaczej było w piątek. Partner „Buziego” z ataku Maciej Kowalczyk może tylko pomarzyć o takim dorobku.