Gdańsk: wtorek, 7 lutego 2012
Lechia Gdańsk - serwis lechia.gda.pl
TYGODNIK
Podstrony:

Tygodnik lechia.gda.pl nr 198 (15/2009)

5 maja 2009

I TAK TO SIĘ ZACZĘŁO... CZ. 8

Na plakacie Totalizatora

Od redakcji: Kontynuacja wspomnień Grzegorza Oprządka, piłkarza Lechii w latach 60-tych.

GRZEGORZ OPRZĄDEK

Nie wiem dokładnie, dlaczego odszedł trener Drabiński. Chodziły słuchy, że przed każdym meczem dostawał skład drużyny, zapisany na kartce papieru lub nierzadko, ma pudełku papierosów, od jakiegoś ważnego prezesa lub jeszcze ważniejszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Drabiński odszedł, bo nie był marionetką, był przecież angielskim komandosem i nie lubił jak mu się grało na nosie. Zaczęła się ostatnia runda wiosenna, przed spadkiem do drugiej ligi, ale jeszcze o tym nie wiedzieliśmy.

Zadebiutowałem w drugim meczu rundy wiosennej, w Opolu, przegranym z Odrą 0:1. W następnym meczu w Gdańsku, wygraliśmy z Lechem Poznań 1:0 i udało mi się strzelić zwycięską bramkę. Później przyszły pechowo przegrane mecze 1:2 z Polonią Bytom i Zagłębiem Sosnowiec. Był świetny mecz z Górnikiem Zabrze, który u szczytu swojej sławy, toczył udane boje w europejskich pucharach. Mimo naszej dużej przewagi, zremisowaliśmy ten mecz 0:0. Był to nasz wielki sukces, ponieważ Górnik naszpikowany był reprezentantami Polski, a pierwsze kroki wielkiej kariery sportowej stawiali w nim Zygfryd Szołtysik i Włodzimierz Lubański. Szołtysik grał pierwszą połowę meczu, a Lubański wystąpił w drugiej.

W następnych meczach gładko pokonaliśmy szczecińską Pogoń 2:0 i łódzki KS 3:0. Był też, sromotnie przegrany w Warszawie mecz z Legią 1:8. Ostatni mecz, który nie decydował już o niczym, a nasze losy były przesądzone, graliśmy w Chorzowie. Ruch walczył o wicemistrzostwo Polski, a my już tylko o honor. Przegraliśmy 0:1. Co z tego, że w Przeglądzie Sportowym napisano, że nie wiadomo kto był w tym meczu wicemistrzem Polski, a kto spadkowiczem? Co z tego, że udało mi się wyłączyć z gry, a kryłem go indywidualnie, reprezentacyjnego skrzydłowego Eugeniusza Fabera, który miał szansę na zdobycie korony króla ligowych strzelców. W pomeczowej recenzji „Przegląd Sportowy napisał, że Roman Korynt doczekał się godnego następcy.

Co z tego, że Mietek Sztuka, Zbyszek Żemojtel i ja, błyszczeliśmy na pierwszym planie plakatów reklamujących Totalizator Sportowy, którymi oklejone były wszystkie słupy reklamowe w Polsce. Plakaty wykonano z wykorzystaniem zdjęcia akcji podbramkowej, z niechlubnego meczu z Legią. Dzisiaj byłby z tego niezły szmal. Nazywa się to, wykorzystaniem wizerunku. W tamtych czasach Totalizator Sportowy należał do państwa, państwowy był fotograf, kluby sportowe też były państwowe. Wszystko było własnością narodu, również zawodnicy. Dostaliśmy „figę z makiem”. Jak mogliśmy dostać cokolwiek, skoro z niemałym zdziwieniem, również z niemałą satysfakcją zobaczyliśmy swoje oblicza na plakatach. Nie wiele znaczyły te wszystkie drobne radości, kiedy zabrakło czterech małych punkcików, by utrzymać w lidze.

Gadocha

Jechaliśmy do Krakowa na drugoligowy mecz z Garbarnią. Jechaliśmy po pewne zwycięstwo. Nasza drugoligowa pozycja była silna. Jedynym problemem mógł być młody obiecujący i jeszcze mało znany napastnik Garbarni, Robert Gadocha, reprezentant polskiej młodzieżówki. Należało go wyłączyć z gry.

Ponieważ trenowałem kiedyś judo i dobrze grałem w koszykówkę, nieobca była mi ostra walka i krycie indywidualne trudnych przeciwników. Wielokrotnie byłem zawodnikiem wyznaczanym do tzw. zadań specjalnych. Wykonałem, w czasie meczu, wyznaczone mi zadanie z powodzeniem i Gadocha nie stanowił wielkiego grożenia. Prawdziwy wróg czaił się w innym miejscu boiska.

Naszym wrogiem byli sędziowie. Z trzech strzelonych bramek uznali nam jedną, i to chyba na pocieszenie, bo Garbarzom uznali dwie strzelone z ewidentnych, kilkumetrowych spalonych. Mecz był szyty grubymi nićmi, mówiąc inaczej, był drukowany. Kiedy do końca pozostało jakieś dwadzieścia minut, puściły nerwy. Otoczyliśmy bocznego „drukarza” szczelnym kordonem i zaczęły się boiskowe negocjacje. Mówiąc szczerzy, dostało mu się kilka niezłych kuksańców. „Drukarz” i jego dwaj pozostali koledzy zaczęli uciekać do szatni. Tak, przed czasem, zakończył się mecz. Obiecaliśmy sobie, że rewanż w Gdańsku będzie srogi. Dziwnym był fakt, że tak znamienny, jak na czasy komuny, incydent został całkowicie przemilczany w prasie, ale wieści o krakowskich zdarzeniach dotarły jednak do gdańskich kibiców.

Wiosenny rewanż był bardzo dynamiczny. Mimo naszego dwubramkowego zwycięstwa, na płycie boiska doszło do poważnych starć z milicją. Można by się teraz zastanawiać czy były to pierwsze powojenne starcie „kiboli”, czy też pierwsze oznaki społecznego niezadowolenia, które późniejszym okresie przybrało formy bardziej zdecydowane.

Nie grałem w tym rewanżowym meczu z powodu kolejnej kontuzji. Mecz zakończył się naszym zwycięstwem, ale przepychanki z milicją na płycie boiska trwały długo. Zszedłem z trybuny głównej i kręciłem się w pobliżu sędziowskiej szatni. Zobaczyłem głównego sędziego, zmierzającego szybkim, krokiem do szatni, i zobaczyłem ciężką dębową ławę, uniesioną do góry rękoma kilku kibiców, znajdujących się na balkonie, nad sędziowską szatnią. Skoczyłem do przodu i z całej siły pchnąłem sędziego pod daszek balkonu trybuny. Metr za mną spadła dębowa ława i wcale nie rozsypała się na drobne kawałki. Może wtedy uratowałem komuś życie?

KOMENTARZE
Brak opinii - bądź pierwszy!
bez logowania: LIST do redakcji
LUDZIE LECHII:
Weź udział w nowej, ekscytującej rywalizacji i powalcz o miano najlepszego Betona. Typuj na okrągło i wygrywaj nagrody!

Liga BetONów
Główny punkt programu nowej lechia.gda.pl: inernetowy tygodnik. Co wtorek artykuły na temat Lechii, publicystyka, informacje, galerie zdjęć i inne. Zapraszamy.

Ostatni numer
Wyraź swoją opinię na dany temat, podziel się uwagami z innymi kibicami Lechii. Nawet bez logowania możesz czytać forum bez ograniczeń.

Forum dyskusyjne
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2010. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.100