Gdańsk: sobota, 20 lipca 2024

Tygodnik lechia.gda.pl nr 204 (21/2009)

16 czerwca 2009

Treść artykułu
 |   |   |   |   | 

I TAK TO SIĘ ZACZĘŁO... CZ. 13

Turniej w Bochum

Od redakcji: Kontynuacja wspomnień Grzegorza Oprządka, piłkarza Lechii w latach 60-tych. To już ostania część wspomnień pana Grzegorza, które towarzyszyła czytelnikom serwisu lechia.gda.pl przez całą rundę wiosenną. W imieniu swoim, a także wielu kibiców, serdecznie dziękujemy panu Grzegorzowi za wspaniałe przybliżenie historii Lechii.

GRZEGORZ OPRZĄDEK

Przez prawie osiem lat nie miałem żadnego kontaktu sportowego. Pewnego razu, przy końcu 1979 roku, spotkałem Zbyszka Żemojtela. Powiedział mi, że dwaj byli działacze Lechii, których nazwiska nie znałem, organizują wyjazd drużyny oldbojów Lechii na doroczny turniej, wysokiej rangi sportowej, do Bochum. Nasza obecność na takim turnieju wynikała z osobistych kontaktów oraz sporego talentu owych działaczy.

Niełatwo było zebrać kilku „starych chłopców” zdolnych do gry. Całe przedsięwzięcie odbywało się w pełnej konspiracji z dwóch powodów. Po pierwsze Lechia mogła nie wyrazić zgody byśmy występowali pod jej marką, po drugie tajemnicze siły bezpieki mogły uznać, że taki dziwny wyjazd był kamuflażem dla innych, antysocjalistycznych działań, a sytuacja w kraju, w tym czasie, była społecznie bardzo napięta. W turnieju halowym drużyn siedmioosobowych miały brać udział Bayern Monachium, Austria Wiedeń, Feyenord Rotterdam, Sparta Praga, VFL Bochum i jak później napisano na plakatach Lechia Danzing.

Przyznać trzeba, że w tak doborowym towarzystwie, chyba jeszcze nigdy, nie występowała żadna polska drużyna. Kiedy udało nam się skompletować siedmioosobowy skład i znalazły się dwa komplety sportowych kostiumów, pomknęliśmy trzema samochodami, przez tereny NRD, ku zachodnioniemieckiej granicy. Tam przejęli nas gospodarze i dopilotowali do miejsca docelowego, czyli do Bochum. Trochę to trwało, bo najlepszym autem ekipy był Fiat 125 Władka Musiała, który wyciągał, w kilometrach na godzinę, tyle ile wyciągał, i nic więcej.

Następnego dnia spotkaliśmy się z kolegami z VFL Bochum, na wspólnym śniadaniu, gdzie symbolem, niemalże, sportowego braterstwa stał się krążący po sali kilkulitrowy kufel piwa w kształcie buta. Sam turniej był w Bochum wydarzeniem dużego kalibru. Okazało się, że w tym zgniłym, zachodnim świecie, „oldboj” po zakończeniu kariery sportowej, jest postacią wielce szanowaną i nie chodzi tu wcale o kasę, którą zgromadził w sportowym życiu, lecz o styl i szacunek.” Oldboj” nadal był szanowanym idolem, no, może trochę mniejszego formatu.

Mecze odbywały się w wypełnionej po brzegi, żywo reagującą publiką, kilkutysięcznej hali sportowej. Turniej wygrała drużyna Bayernu Monachium, której przewodził starszy brat Beckenbauera, tak, tak, tego właśnie Beckenbauera. W czasie turniejowych walk, zaobserwowaliśmy dziwne zdarzenie. W czasie przerwy w każdym meczu, kiedy prosiliśmy o szklankę wody mineralnej lub herbaty, bo tego chloru, z kranu, nie dało się pić, pojawiał się kelner, najprawdziwszy na świecie kelner, w swoim zawodowym stroju, i na tacy wnosił małe naparstki z wódką. Szybko obliczyliśmy, że na każdego z nas przypada po dwa kieliszeczki. Początkowo myśleliśmy, że to ironia lub kpina z narodu zza żelaznej kurtyny. Nie, nie, nie. To był przejaw wielkiej i szczerej gościnności. Cóż było robić, chlapnęliśmy po dwa przydziałowe kielonki, i do boju.

Turniej się zakończył i wieczorem odbył się prawdziwy raut. Zjawili się wszyscy, najznakomitsze postacie polityki i sportu, z pierwszych stron lokalnych gazet. Był burmistrz, a może był to prezydent Bochum. Była prasa i błyskające flesze i orkiestra. Oczywiście wszyscy dostojnicy z żonami, a żony w błyszczących sukniach, obwieszone złotem i brylantami. Naprawdę wielki świat.

Początkowo były bardzo ważne przemówienia, później nagrody i puchary. O ile dobrze pamiętam, Jurek Apolewicz dostał puchar "za najlepszego technika turnieju". Część oficjalna się zakończyła i gospodarze zafundowali każdemu po jednym małym koniaczku, tylko po jednym, bo za każdy następny trzeba była płacić 2 DM. My już z tej dwumarkowej uciechy nie korzystaliśmy, było zbyt drogo, ale impreza najwyraźniej się rozwijała. W pewnym momencie lider orkiestry, okrutnie łamaną polszczyzną, zaintonował ogólnie znaną piosenkę, a może nawet pieśń "pej,pej pej,bracie, pej, na starość torba i kej".

Natychmiast podjęliśmy ten muzyczny temat, ponieważ piosenka nie zna granic, a my jesteśmy, jak Włosi, narodem muzykalnym. Orkiestra grała inne nasze narodowe pieśni jak „pije Kuba do Jakuba’ czy „Góralu czy ci nie, żal...”. Atmosfera wokół nas, skromnych Polaków, z każdą minutą, się zagęszczała. Po chwili otaczali nas wszyscy, i dostojnicy, i damy w złocie i brylantach, i zawodnicy innych drużyn. Już nie musieliśmy pić koniaczków za 2 DM, one zjawiały się same. Wokół nas siedzieli, i Holendrzy z Feyenordu, i chłopcy z Monachium i z Wiednia.Tylko Czesi ze Sparty Praga, siedzieli w kącie sali, siedzieli osamotnieni i nadęci, nie wiem dlaczego.

Około północy impreza się zakończyła i chłopcy z Feyenordu udostępnili nam swój autokar, by odwieść nas do hotelu. Nie był to zwykły autokar, najbardziej ekskluzywny autokar Europy. Należał do Prezydenta Rotterdamu, a w czasie swojego tourne po Europie, wynajmował go sam Cassius Clay czyli Muhammad Ali, legenda boksu zawodowego. Następnego dnia, tuż przed powrotem do kraju, dyskutowaliśmy o wydarzeniach dnia poprzedniego. Byliśmy dumni, że my Polacy jesteśmy lubiani i potrafimy zjednać sobie inne nacje.

Były to jednak złudzenia. Dwa dni po powrocie do kraju otrzymałem wezwanie na spowiedź, do prokuratury. W przesłuchaniu padały pytania: co to za wyjazd, kto go organizował, co tam robiliśmy, z kim się spotykaliśmy. Jednym słowem, albo szpiedzy albo wrogowie ustroju, a my tylko pojechaliśmy pograć w piłkę. To był mój ostatni czynny kontakt z Lechią.

Później, już naprawdę po amatorsku, trenowałem w szkółce tenisowej, w której trenowali moi synowie, najstarszy i średni, Michał i Bartek. Nieźle musiałem się namęczyć, by dorównywać kilkunastoletnim chłopakom. Szkółka była fantastyczna. Prowadził ją kolega, były piłkarz „Arki”. Możliwe, że tenisowa przygoda trwałaby znacznie dłużej, jednak krzyżowe wiązadełka lewego kolanka odmówiły posłuszeństwa i tak się skończyła moja wspaniała sportowa przygoda.

Co ja takiego wygaduje? Przecież mam jeszcze jednego, najmłodszego syna Maćka. Zapisałem go do naprawdę świetnej szkółki judo. Choć bardzo bym chciał trochę z nimi potrenować, to niestety, już do tego grona nie pasuję. Mam jednak w domu judogę (kimono) i w każdej wolnej chwili toczymy z moim najmłodszym zacięte walki. Ponieważ mieszkanko nasze nie jest zbyt duże, nie zawsze, ale dosyć często zza ściany sąsiedniego pokoju dobiega głos mojej żony: czy wyście do reszty powariowali...?

Może moi synowie nie zostaną wielkimi mistrzami sportu, ale są sprawni i wysportowani, i znają takie słowa jak "proszę, dziękuję, przepraszam i dzień dobry". To właśnie jest moim największym życiowym sukcesem, a spory udział w tym sukcesie miały biało-zielone barwy.

Ludzie Lechii
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2024. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.027