... przespała pierwsze 45 minut, a właściwie próbowała uśpić widzów oglądających sobotnie widowisko. Ceną poniesiona za próby długiego utrzymywania się przy piłce i dokładnych podań było niskie tempo. Akcje rozgrywane były spokojnie, powoli, wręcz flegmatycznie. Brakowało odwagi w podjęciu ryzyka, większość podań odbywała się na zasadzie „ja do ciebie, ty do mnie”. Z boiska wiało nudą. A szkoda, bo przed meczem zapowiadało się, że ujrzymy ciekawe widowisko. Lechia grająca w tym sezonie bardzo ciekawą piłkę podejmowała rewelację poprzedniego sezonu – Śląsk Wrocław, który nie zwykł murować dostępu do własnej bramki. Niestety oba zespoły jak na starych przyjaciół przystało, przede wszystkim nie chciały zrobić krzywdy rywalowi.
... nie miała skrzydeł. O ile środek pola gdańszczan wyglądał co najmniej przyzwoicie, o tyle boczni pomocnicy zawodzili. Aktywny i jak zwykle kreatywny, zwłaszcza po przerwie, był Paweł Nowak. Miał dwie świetne okazje do zdobycia bramki, jednak za każdym razem w ostatniej chwili piłkę zmierzającą do siatki blokowali obrońcy Śląska. Na swoim poziomie zagrał Łukasz Surma, a i jego partner Marko Bajić nie zawiódł. Serb nie ma charakteru typowego walczaka, nie jest tez zbyt szybki, jednak wprowadza do gry wiele spokoju. Jego zagrania są przemyślane i na ogół celne. Gorzej było na skrzydłach. Rogalski z Kaczmarkiem, albo byli niewidoczni, albo nieskuteczni, czy to przy strzałach, podaniach, czy dośrodkowaniach. A ile jest warty dobrze dysponowany skrzydłowy można się było przekonać na początku drugiej części gry. To właśnie udana akcja popularnego „Rogala” doprowadziła do sprokurowania rzutu karnego, a w efekcie wyrównania.
... nie nauczyła się wykorzystywać sytuacji podbramkowych. Na własnym stadionie lechiści mają spore kłopoty ze strzelaniem bramek. W trzech pierwszych meczach sezonu gdańszczanie zdobyli tylko jedną bramkę z akcji! A warto podkreślić, że przeciwników nie mieli zbyt wymagających: słaba Arka, przeciętna Odra i solidny Śląsk. Prawdziwa niemoc dotknęła w szczególności napastników, którzy w obecnych rozgrywkach nie trafili do siatki rywala ani razu. Kibice wciąż czekają na pierwszą bramkę Ivansa Lukjanovsa. Łotysz budzi sporo kontrowersji wśród fanów Biało-Zielonych. Z jednej strony imponuje umiejętnościami piłkarskimi. Jest bardzo aktywny, świetnie czuje się w grze kombinacyjnej, potrafi utrzymać się przy piłce nawet z dwoma obrońcami „na plecach”, a niekonwencjonalnymi podaniami otwiera drogę do siatki partnerom z zespołu. Na boisku wykonuje sporo pożytecznej pracy, wyrasta na jednego z liderów zespołu, jednak z drugiej strony nie strzela bramek, a tego przede wszystkim wymaga się od napastnika. Oglądając jego grę, jednak można odnieść wrażenie, że pierwszy gol w wykonaniu Ivansa jest kwestią czasu. W końcu 14 bramek w 15 meczach łotewskiej ekstraklasy nie może być dziełem przypadku.
... rezerwowi nie wnieśli jakości. Spora część kibiców już przed meczem domagała się w składzie drugiego napastnika, zwłaszcza w spotkaniach na własnym boisku. Trener Tomasz Kafarski te życzenia spełnił w 73 minucie desygnując do gry Jakuba Zabłockiego, dla którego był to pierwszy mecz w ekstraklasie po wyleczeniu kontuzji. Strzelec siedmiu goli z poprzedniego sezonu, jednak nie zaimponował. Kilkanaście minut rozegranych przez Lechię w systemie 4-4-2 wcale nie zmieniło obrazu gry, a momentami można było odnieść wrażenie, że lepiej funkcjonowało ustawienie z Pawłem Nowakiem operującym za plecami Lukjanovsa. Szkoda, że w doliczonym czasie gry przy rzucie wolnym dla Lechii zimnej głowy nie zachował Zabłocki. Od początku spotkania niemal wszystkie wrzutki w pole karne siały popłoch w szeregach Śląska, a łotewski napastnik Biało-Zielonych wygrywał zdecydowaną większość pojedynków główkowych, tymczasem Zabłocki zamiast dośrodkowywać zdecydował się na strzał, po którym piłka miała iluzoryczne szanse na znalezienie się w bramce Kaczmarka. W końcówce na placu gry pojawili się również Piotr Wiśniewski i Marcin Pietrowski i również nie zaprezentowali nic ciekawego, jednak trzeba przyznać, że grali bardzo krótko. Pierwszy osiem, drugi tylko cztery minuty.
… miał miejsce w 45 minucie spotkania. Marek Gancarczyk z łatwością ograł Arkadiusza Mysonę, miał sporo wolnego miejsca i wydawało się, że przymierza się do dośrodkowania. Niespodziewanie po uderzeniu skrzydłowego wrocławian piłka znalazła się w bramce strzeżonej przez Mateusza Bąka, który jeszcze chwilę po tym strzale stał skamieniały, jakby wciąż nie dowierzał własnym oczom. Ta zaskakująca bramka właściwie rozpoczęła mecz. Dopiero to zadziałało na Biało-Zielonych pobudzająco, dzięki czemu w drugiej połowie kibice obejrzeli emocjonujące widowisko i całkiem dobry futbol. Paradoksalnie ta bramka kibicom zgromadzonym na stadionie wyszła na dobre i to nie tylko z powodu przyjaźni między fanami Śląska i Lechii. Sądząc po grze zaprezentowanej przez oba zespoły podczas pierwszy 45 minut, mecz zakończyłby się najprawdopodobniej nudnym bezbramkowym remisem. A tak do końca wynik był niewiadomą i gdyby tylko Kaczmarek, Lukjanovs, bądź Nowak wykazali się minimalnie większą precyzją w polu karnym gości lechiści mogliby się cieszyć z kolejnego kompletu punktów, a w kolejnym meczu jako wicelider tabeli próbowaliby w bezpośrednim pojedynku zastąpić na pierwszym miejscu aktualnego lidera – Wisłę Kraków.
Mecz ze Śląskiem Wrocław potwierdził, że aktualna pozycja Lechii w ekstraklasie nie jest dziełem przypadku. Oczywiście nie oznacza to, że gdańszczanie powinni teraz włączyć się do walki o miejsca premiowane udziałem w europejskich pucharach, jednak pokazuje, że w tym sezonie Lechia jest w stanie sprawić jeszcze nie jedną niespodziankę, a powtórka z ubiegłego sezonu raczej jej nie grozi. Świadczą o tym nie tylko wyniki, a przede wszystkim styl drużyny. Biało-Zieloni, jeśli wygrywają to wygrywają zasłużenie, a jeśli tracą punkty to po ambitnej walce i póki co przez brak szczęścia (skuteczności). Od bardzo dawna kibice Lechii nie czekali na mecze z potentatami ligi: Wisła i Legią z taką nadzieją na kolejne punkty. To faworyci powinni się obawiać Biało-Zielonych, a nie odwrotnie.