Słowo „prawie” czyni, jak powszechnie wiemy, olbrzymią różnicę, bo ze stawki 16 drużyn jedna drużyna zdecydowanie się wyróżnia in plus. Półmetek jesiennych zmagań to również okazja do porównania jak na tle konkurentów prezentują się biało – zieloni…
…, za to tysiące opinii o jej układzie po 30% sezonu (9 z 30 kolejek), które już za nami. Dominują zdania, że dziwna, niespodziewana. Ruch Chorzów na drugim miejscu? Lech Poznań niżej niż Polonię Bytom? Piast Gliwice nad wrocławskim Śląskiem? To może zaskoczenie dla ekspertów nie widzących w naszej lidze nic poza Wisłą, Legią i Lechem. Jednak obserwując ligę w dłuższym okresie, taki właśnie układ tabeli nie powinien zadziwiać, no może poza kilkoma wyjątkami.
Pierwszym zaskoczeniem jest dorobek krakowskiej Wisły! „Biała Gwiazda” przed sezonem straciła Marcina Baszczyńskiego Andrzeja Niedzielana oraz Marka Zieńczuka. Szybko odpadła z rywalizacji o awans do Ligi Mistrzów i… rozpoczęła triumfalny marsz przez polskie ligowe boiska. 25 na 27 możliwych punktów, w sytuacji, gdy drużyna gra wszystkie mecze poza Krakowem, musi budzić szacunek. Jednak oglądanie meczów Wisełki nie wzbudza takiego zachwytu. Gra krajowego mocarza nie rzuca na kolana i na pewno nie wróży wielkich sukcesów w międzynarodowej rywalizacji. Teraz przed wiślakami prawdziwa próba, gra bez ich kontuzjowanego lidera drugiej linii Radosława Sobolewskiego. Jeśli to osłabienie pozostanie bez wpływu na zdolność zdobywania punktów, to Mistrza Polski poznamy szybciej niż ktokolwiek się spodziewał!
Za plecami lidera trzy zespoły, którym tak wysokie notowania zapewniła skuteczna gra… w roli gospodarza. Tylko tyle, chciało by się rzec, ale za to jak wymierne skutki. Wystarczy rzut oka na tabelę. Tercet Ruch Chorzów, Legia Warszawa, Polonia Bytom jest niezwykle skuteczny w domowych spotkaniach. W przypadku warszawskiej drużyny pozycja w czołówce nie jest niespodzianką, ale aż 8 punktów straty do lidera już na pewno tak. Wojskowi imponować mogą niezwykle skuteczną grą w obronie, którą kierują absolutne gwiazdy naszej ligi: słowacki bramkarz Jan Mucha i defensor z Zimbabwe Dickson Choto. Gorzej było z przodu, gdzie do czasu powrotu Takesure’a Chinyama legioniści bili rekordy nieskuteczności. Zgoła inaczej postrzegana jest obecność w czołówce klubów śląskich. Moim zdaniem to jednak nie przypadek, a efekty pracy zatrudnionych wiosną szkoleniowców. Waldemar Fornalik dysponuje w Chorzowie mieszanką rutyny z młodością. Do zespołu udanie wprowadzono zawodników, którzy sezon wcześniej triumfowali w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy. Odzyskał dawną formę sprowadzony z Wisły Andrzej Niedzielan. W ataku partnerują mu 22-letni Łukasz Janoszka oraz 19 – letni Artur Sobiech. Z kolei w Bytomiu już wiosną było widać rękę Jurija Szatałowa. Polonia, na grę której w marcu nie dało się patrzeć, jest dziś obok Ruchu, Piasta i naszej Lechii największym objawieniem ligi. Gra widowiskowo, a akcje jej zawodników zazwyczaj są przemyślane i ładne dla oka. Począwszy od Wojciecha Skaby w bramce, poprzez doświadczonych Słowaków ( Barčik, Bažik, Hricko) aż po skutecznego napastnika Grzegorza Podstawka wszyscy gracze niebiesko – czerwonych wiedzą co i jak rozegrać. A dodać warto, ze aby zbudować taki kolektyw, nie wydano specjalnie dużych pieniędzy.
Trzy punkty mniej zgromadził stanowiący największe dotychczas rozczarowanie Lech oraz nasza Lechia! Przyznać trzeba, że biorąc pod uwagę nakłady jakie poczyniono na budowę zespołu z Wielkopolski, to jest to niewątpliwy sukces podopiecznych Tomasza Kafarskiego. Nie ma nawet sensu zwracanie uwagi na konflikty jakie podobno targają szatnią „Kolejorza”. Za dwa tygodnie, w Gdańsku, w bezpośrednim starciu tych drużyn, okaże się, czy takie sąsiedztwo w tabeli jest bardziej wynikiem kryzysu w Poznaniu, czy też Lechia już dojrzała do gry jak równy z równym przeciwko jednemu z, było nie było, faworytów ligi.
Górną część tabeli zamykają gliwicki Piast i GKS Bełchatów. Gliwiczanie prowadzą podobną politykę kadrową do Ruchu i Polonii, a praca ambitnego trenera Dariusza Fornalaka daje obiecujące efekty. To kolejny śląski klub, który, jeśli działacze nie nastawią się na szybki zysk, może kosztem niewielkich nakładów na dłużej zagościć jeśli nie w czołówce, to przynajmniej w środkowej części tabeli. No chyba, że stery przejmie znany orator, aktualnie działacz Piasta - Zbigniew Koźmiński. W swoim CV ma już rozłożenie nie takich klubów jak ten z Gliwic.
Kolejne w tabeli Korona i Śląsk to kluby, które przed sezonem zakładały zupełnie inne cele. Kielecki beniaminek konsekwentnie wzmacnia skład doświadczonymi graczami. Nie jest to może metoda na zbudowanie drużyny z przyszłością, ale w tym zestawieniu osobowym podopieczni Marka Motyki nie powinni mieć kłopotów z utrzymaniem się. Podobnie jak wrocławski Śląsk, który jednak zawodzi tak jak czynił to już wiosną. Z zespołu walczącego jak równy z równym z potentatami stał się ligowym średniakiem. Mam wrażenie, że na Dolnym Śląsku, od chwili zaangażowania się w klub Zygmunta Solorza, bardziej niż graniem w piłkę zajęto się marketingiem. Stąd mecz z podopiecznymi Ryszarda Tarasiewicza oznacza najczęściej remis, a z takimi wynikami, bez znaczących wzmocnień, ląduje się właśnie w drugiej połowie tabeli…
Z ostatnich sześciu zespołów, swoimi wynikami broni się tylko Jagiellonia. Na jej 15 lokatę wpływ ma kara odjętych 10 punktów za udział w aferze korupcyjnej. Podopieczni Michała Probierza szybko odrobili dystans do ligowych maruderów i dziś ich akcje w rywalizacji o ligowy byt stoją wysoko. Jeśli jeszcze ta piłkarska Wieża Babel (4 Brazyliczyków, Chilijczyk, Kolumbijczyk, Litwin, Niemiec oraz Słowak) znajdzie wspólny język poza Białymstokiem i zacznie punktować na wyjazdach to „Jaga” wkrótce zagości w czołowej „10”.
Pozostałe pięć klubów łączy fakt, że we wszystkich zdążono zwolnić już trenerów, a w Odrze nawet trzech! Jeśli gdziekolwiek przyniosło to efekty to jedynie w Cracovii, która chociaż nie wygrywa, to przynajmniej się nie kompromituje i w Zagłębiu Lubin, gdzie zawodnicy zamiast stać w opozycji do trenera zaczęli z nim współdziałać. Nie wiem tylko jak długo będzie chciał kontynuować tę współpracę Franciszek Smuda, bo po tym co pokazuje na boisku jego blok obronny, z wyjątkiem bramkarza –Aleksandra Ptaka, szkoleniowiec może nadspodziewanie szybko osiwieć do reszty bądź stracić włosy. Na ten moment lubinianie są na najlepszej drodze do zostania czerwoną latarnią ligi przed zimową przerwą.
Wiele osób nie kryje zaskoczenia słaba postawą „Czarnych koszul”. Przyznam, że to zdziwienie jest dla mnie absolutnie niezrozumiałe! Czemu? Ponieważ klub, w którym niemal nic nie jest normalne nie może odnosić sukcesów. Kupiona rok temu liga, prezes zwalniający trenerów jak rozhisteryzowana panienka zmieniająca narzeczonych, pozbywanie się związanych z Polonią ludzi, olbrzymi organizacyjny bałagan – to wszystko składa się na pozycję, gdzie dziś znajdziemy w tabeli Polonię, z nazwy warszawską. Czasami mam wrażenie, że prezes Józef Wojciechowski, jest wielkim fanem skeczów Grzegorza Halamy o panu Józku, bo jego filozofia zarządzania klubem jest bliźniaczo podobna do zachowań kabaretowego imiennika.
Na koniec dwie drużyny, które łączy identyczny bilans punktowy oraz fakt, że w obu klubach największymi gwiazdami są nie piłkarze, a dyrektorzy. Ten z Arki – Andrzej Czyżniewski zdążył już nazwać piłkarza rywala dziewczynką, dusić innego z graczy przeciwnego klubu, pożyczyć autokar z osobistymi rzeczami piłkarzy żółto – niebieskich ich kibicom, wypowiedzieć się w kwestiach mody plażowej propagowanej przez swoich współpracowników, rozreklamować ideę żucia gumy, przedstawić światu słownikową definicje słowa „wódz” oraz zatrudnić trenera, który zwycięstwo ma wypisane na twarzy, tyle, że niemal wcale nie wygrywa… To tyle o grze Arki. Może trudno w to uwierzyć, ale w Odrze Wodzisław Śląski jest jeszcze gorzej, gdyż trwa tam regularna wojna polsko – czeska. Chodzi o konflikt pomiędzy akcjonariuszami klubu, w który po stronie czeskiej zaangażowany jest dyrektor sportowy – Martin Pulpit. Po urlopowaniu poprzedniego szkoleniowca, poprowadził on zespół w jednym, przegranym zresztą, meczu. Kiedy przybył na pierwszy po meczu trening dowiedział się od Władysława Kowalika - dyrektora – ds. sportowych – że zespół ma już nowego trenera… Jak widać, w Wodzisławiu Śląskim, mnogość dyrektorów nie idzie wprawdzie w parze z ilością ligowych punktów, ale za to przynosi nowe standardy w kwestii zarządzania. A to z pewnością nie ostatnie słowo wodzisławian. Wszak w odwodzie pozostaje senator Piechniczek…
Miło jest stwierdzić, że dotychczasowa postawa biało – zielonych kwalifikuje ich, obok Ruchu i Polonii Bytom, do grona objawień ligi. Włodarze klubu z Traugutta, przed sezonem, wyznaczyli jako cel na bieżący sezon, zajęcie minimum 8 miejsca. Aktualnie lechiści są nad kreską – 6 miejsce, na co złożyły się 4 zwycięstwa, 2 remisy i 3 porażki. Ich dorobek punktowy jest wprawdzie identyczny, w stosunku do tego sprzed roku uzyskanego w 9 kolejkach, ale wówczas terminarz nakazywał jeszcze rozegranie meczów z „wielką trójką” ligi. Teraz Lechię czeka jedynie domowa potyczka z Lechem, a mecze z Wisłą i Legią, niestety przegrane, już za gdańskim zespołem. Jedyna porażka, którą uznać można za wpadkę, to mecz z Odrą, w którym lechiści nie byli wcale zespołem gorszym. Po prostu tego dnia piłkarskie szczęście sprzyjało jednak przeciwnikom. Co los zabrał, oddał w meczu ze słabiutkim Zagłębiem, gdzie z kolei gdańszczanie nie potrafili ugryźć rywala, który kilkakrotnie niemal sam sobie strzelił bramkę. W końcu szczęśliwa bramka zdobyta, trochę ręką, a trochę… obrońcą lubinian, dała upragnione zwycięstwo. Piszę o tym meczu też z tego powodu, gdyż był on niejako zaprzeczeniem wcześniejszej postawy biało – zielonych, którzy przyzwyczaili już kibiców do odważnej i przemyślanej gry. Nawet wstrzemięźliwi w pochwałach eksperci dostrzegli, że podopieczni Tomasza Kafarskiego, zapomnieli o grze na aferę, a ich akcje stanowią płynne wymiany podań, często z pierwszej piłki. Widać, że zespół nauczył się stosować w grze przećwiczone na treningach schematy, co przełożyło się na bramki (vide: wrzutki z autu w wykonaniu Krzysztofa Bąka). Gdyby jeszcze bardziej efektywne okazały się dośrodkowania z rzutów rożnych…
Ciężko jednoznacznie ocenić transfery. Na pewno pozytywnie postrzegać należy pozyskanie Pawła Nowaka, który udanie wypełnił lukę po Łukaszu Trałce. Trudno natomiast sklasyfikować wartość gry Sergejsa Kožansa i Ivansa Ljukjanovsa. Ten pierwszy, po zaledwie 8 minutach gry w meczu Młodej Ekstraklasy doznał kontuzji i od lipca przechodzi rehabilitację. Natomiast blondwłosy Ljukjanovs komplementowany jest zewsząd za ruchliwość, szybkość, absorbowanie uwagi obrońców i… dziewczęcą urodę (patrz: Andrzej Czyżniewski). Ma jedną wadę, ale w przypadku napastnika, zasadniczą: nie strzela bramek! Dlatego w jego wypadku z ostateczną oceną wstrzymałbym się do grudnia.
Niewątpliwie najsilniejszą formacją Lechii jest II linia. Najczęściej liczy ona 5 zawodników i to oni decydują o obliczu zespołu danego dnia. Wobec niemocy strzeleckiej napastników, to na pomocnikach spoczął ciężar zdobywania bramek. Atak na razie irytuje indolencją strzelecką. Z kolei problemem formacji defensywnej jest jej… liczebność! Latem z klubu odeszli: Artur Andruszczak, Paweł Pęczak i Boris Radovanović. Kontuzji doznali: Peter Čvirik, Jakub Kawa i Sergejsa Kožans. Gdyby nie przedłużono kontraktu z Jackiem Manuszewskim, okazałoby się, że Lechia ma problem z wystawieniem 4 obrońców! Mimo, że formacja ta sprawuje się lepiej niż w poprzednim sezonie, to brak konkurencji w jej szeregach, może być największym problemem trenera Kafarskiego. Dlatego zimą priorytetem winno być pozyskanie konkurentów dla aktualnie grających w Lechii obrońców.
Warto również wspomnieć o ustanowieniu przez lechistów nowych klubowych rekordów: najwyższego wyjazdowego zwycięstwa oraz największej liczby bramek zdobytych w meczu wyjazdowym. Oba rekordy są efektem wygranej 6:2 z Cracovią w II kolejce rozgrywek. Zresztą zdobycz punktowa biało –zielonych w meczach poza Gdańskiem tez budzić musi szacunek.
Piłkarze gdańskiej Lechii czynią systematyczne postępy. Styl i organizacja gry znamionują wzrost potencjału drużyny. To już nie schowany za podwójną gardą ligowy nowicjusz, ale zespół świadomy swoich atutów, potrafiący na boisku zaprezentować swoje umiejętności i z powodzeniem narzucić rywalowi swoje warunki gry. Nie abym chciał rozbudzić oczekiwania, ale na zapleczu ekstraklasy Lechia, jako beniaminek, do końca walczyła o ligowy byt, po roku była tuż za czołówką (5 miejsce), a w trzecim sezonie… Nie, nie wybiegajmy w przyszłość – lepiej skoncentrować się na realizacji celu wyznaczonego na bieżący cykl rozgrywkowy. Jestem przekonany, że gdyby zajmowane w tej chwili 6 miejsce zostałoby utrzymane do końca rozgrywek, a styl gry nadal ewaluował w dotychczasowym kierunku, to wszyscy w Gdańsku byliby zadowoleni.