Jeszcze niedawno o reprezentacji Hiszpanii mówiło się, że „gra jak nigdy, przegrywa jak zawsze”. To stwierdzenie jak ulał pasuje do opisu ostatnich wyczynów Biało-Zielonych. Lechiści rozegrali naprawdę dobre spotkanie przeciwko poznańskiemu Lechowi, lecz nie potrafili dobrej formy potwierdzić bramką i po raz kolejny nie zdołali pokonać klubu ze ścisłej czołówki polskiej ekstraklasy. A w ostatnich latach lepszej szansy niż w niedzielę nie mieli.
Bohaterem pojedynku z Lechem można uznać przede wszystkim Tomasza Kafarskiego. Szkoleniowiec gdańszczan zaskoczył wszystkich zarówno składem personalnym, jak i taktyką, jak sam mówił specjalnie obraną pod poznański zespół. W wyjściowej „jedenastce” na środku pomocy ospałego Marko Bajicia zastąpił wychowanek Biało-Zielonych 21-letni Marcin Pietrowski. Popularny „Pietrucha” rozegrał co najmniej przyzwoity mecz, a na pewno pozostawił po sobie lepsze wrażenie niż zwykł to robić Serb. Kibice w Gdańsku w końcu mają szansę na oglądanie gry któregoś z wychowanków Lechii, którzy w ostatnim okresie wydają się być gatunkiem wymierającym.
Ciekawym posunięciem Kafarskiego było postawienie od pierwszych minut na trzech nominalnych napastników: Jakuba Zabłockiego, Pawła Buzałę i Ivansa Lukjanovsa. Cała trójka płynnie wymieniała się pozycjami, jednak to Zabłocki najczęściej był najbardziej wysuniętym zawodnikiem Biało-Zielonych. Właściwie od początku sezonu pełniący tę rolę Łotysz tym razem robił zamieszanie „na skrzydle”. Wychodziło mu to całkiem dobrze, jednak nie pozwoliło odczarować bramki przeciwników. Im dłużej Lukjanovs nie może strzelić gola, tym bardziej spadają jego noty zarówno w oczach kibiców, jak i trenera. Już przed meczem nie było pewne czy Łotysz pojawi się w wyjściowym składzie, a w trakcie spotkanie został zmieniony już w 57 minucie. Czy w kolejne rozpocznie na ławce rezerwowych?
Największą niewiadomą była postawa defensywy Lechii, która przez szereg kontuzji wystąpiła w dość eksperymentalnym składzie. Na lewej flance zawitał Marcin Kaczmarek, zaś na środku obrony Sergejs Kożans – debiutant w polskiej ekstraklasie. Popularny „Kaka” był najjaśniejszym punktem Biało-Zielonych w niedzielnym meczu, zaś Łotyszowi ciężko wygarnąć jakiś błąd. Ogólnie całą defensywa prezentowała się dobrze i grała niemal bezbłędnie. Trzeba jednak przyznać, że duża w tym zasługa gdańskiej drugiej linii, która opanowała pole gry i skutecznie zmniejszyła zagrożenie ze strony lechitów.
Trudno narzekać na grę gdańszczan, bo ta wyglądała naprawdę efektownie. Lechiści nie przestraszyli się bardziej uznanego rywala. Właściwie od początku ruszyli do ataku, mimo że przed spotkaniem wydawało się, że to goście powinni dyktować tempo gry, zwłaszcza wobec problemów z zestawieniem defensywy gospodarzy. Kibice zgromadzeni na stadionie przy ul. Traugutta mimo niesprzyjającej aury nie mogli narzekać, bo Lechia grała ambitnie i ładnie dla oka. Właściwie wszystko było by idealnie, gdyby w szeregach Biało-Zielonych wybiegł choć jeden napastnik z prawdziwego zdarzenia, czyt. potrafiący strzelać gole.
Nieudolność strzelecka gdańszczan jest powalająca. Po raz kolejny lechiści tracą punkty w głupi sposób. Za ocenę postawy napastników niech posłuży sytuacja Pawła Buzały z 25 minuty, kiedy „Buzi” popisał się nie lada kunsztem nie trafiając do bramki z kilku metrów. Trener Kafarski robi co może, jednak ani próby zmiany pozycji, systemu gry, ani desygnowanie do gry kolejnych napastników nie przynoszą efektu. W tym sezonie swoją szanse dostał już każdy z nominalnych „snajperów” znajdujących się w kadrze Biało-Zielonych, lecz jak dotąd żaden z nich w meczu ligowym nie trafił do siatki ani razu. A mamy już za sobą jedenaście kolejek!
Z drugiej strony pretensje można mieć nie tyle do gdańskich napastników, co do włodarzy Lechii, którzy nie potrafią zakontraktować „golleadora” z prawdziwego zdarzenia. Właściwie poza Lukjanovsem żaden z graczy ofensywnych nigdy w przeciągu całej swojej kariery nie imponował liczbą zdobytych bramek. Najskuteczniejszy i najbardziej doświadczony – Maciej Kowalczyk w przeciągu sześciu sezonów spędzonych na polskich boiskach do siatki trafiał zaledwie 13-krotnie (105 występów!). Dorobku pozostałych piłkarzy lepiej nie przybliżać.
Mecz z Lechem Poznań pokazał, że podstawowym kłopotem Lechii jest nieskuteczność. Z drugiej strony, pokazał również, że Lechia jest w stanie grać dobrze i efektownie, a górna połowa tabeli ekstraklasy jest jak najbardziej w zasięgu gdańszczan. Z dobrej strony pokazał się także Tomasz Kafarski. Udowodnił, że jest zdolnym trenerem, potrafiącym zaskoczyć odważnymi decyzjami i pomimo bardzo ograniczonego pola manewru ustawić tak drużynę, że ta jest w stanie nawiązać otwartą walkę z przeciwnikiem teoretycznie mocniejszym. Z taką grą lechiści powinni sprawić jeszcze nie jedną niespodziankę, bo nawet najsłabsi napastnicy w końcu muszą trafić do bramki.