Jak to zwykle przy wszelkich tego typu remanentach ma miejsce, ostateczna ocena Biało-Zielonych jest sumą kilku części składowych. My skupimy się na poruszeniu przede wszystkim aspektów sportowych, czyli gry samych piłkarzy, a także organizacyjnych związanych ze skutecznością działania władz w zarządzaniu klubem.
Do rangi wyświechtanego komunału przeszło powiedzenie, że forma zawodników przypomina sinusoidę. Jakkolwiek banalnie brzmi to stwierdzenie, idealnie opisuje one postawę lechistów w ciągu minionych kilku miesięcy. Biało-Zieloni potrafili rozegrać bardzo dobre spotkanie, w którym imponowali błyskotliwymi zagraniami z pierwszej piłki, łatwością w dochodzeniu do sytuacji strzeleckich czy konsekwencją w grze obronnej, by w następnym meczu pokazać zupełnie inne oblicze, w którym dominowały całkowita bezradność i nieudolność. Przykładami niech będą tu mecze z Cracovią i Odrą Wodzisław. W pierwszym gdańszczanie wręcz zdeklasowali przeciwników obnażając wszystkie braki krakowian. Efektem poukładanej gry wykorzystującej każdy błąd rywala było strzelenie „Pasom” aż sześciu bramek, co stanowi rekord klubu, jeśli chodzi o liczbę goli zdobytych na wyjeździe. Euforia, która zapanowała wśród kibiców, zdecydowanie przedwcześnie roztoczyła przed sympatykami Lechii wizję drużyny bijącej się o europejskie puchary. Na ziemię gdańszczanie sprowadzeni zostali już w kolejny weekend, kiedy dość wyraźnie ulegli u siebie przeciętnej Odrze Wodzisław 0:2. Jak bolesną jest ta przegrana niech świadczy fakt, iż zespół Odry zajmuje dziś ostatnie miejsce w ligowej tabeli z zaledwie 9-punktowym dorobkiem…
Porażka przed własną publicznością w meczu z wodzisławianami była zwiastunem fatalnej passy jaką zanotowali Biało-Zieloni w meczach na stadionie przy Traugutta. Lechiści, oprócz porażki w potyczce z Odrą, potracili punkty w meczach z Wisłą, Śląskiem, Lechem i Koroną. O ile przegrana z Mistrzami Polski i remis z „Kolejorzem” hańby nie przynoszą, o tyle zaledwie 2 punkty wywalczone w spotkaniach z wrocławianami i kielczanami to spory niedosyt. Na dobrą sprawę, analizując szczegółowo grę Lechii w meczach z w/w rywalami, w każdym z nich Biało-Zieloni byli w stanie sięgnąć po pełną pulę. Gwoli sprawiedliwości należy jednak dodać, że równie dobrze gdańszczanie mogli punktów stracić znacznie więcej, gdyby nie błędy sędziowskie w meczu z Lechem (prawidłowo zdobyty gol Sławomira Peszki) i Zagłębiem Lubin (uznana bramka Ivansa Lukjanovsa strzelona po faulu na obrońcy gości). Po raz kolejny potwierdza się zatem inna piłkarska maksyma, iż suma szczęścia w sporcie zawsze wychodzi na zero.
Jeżeli postawa gdańszczan na własnym stadionie podlega surowej krytyce, to już za grę na wyjeździe należy się podopiecznym Tomasza Kafarskiego pochwała. Nie sposób nie dostrzec jakościowego skoku, jaki dokonał się w poczynaniach Lechii w kontekście występów na obcych boiskach, jeśli weźmiemy pod uwagę to jak Biało-Zieloni prezentowali się na wyjazdach w zeszłym sezonie. Zwycięstwa z Cracovią, Polonią Warszawa i Piastem oraz remis z trudnym przeciwnikiem jakim jest Polonia Bytom dają Lechii trzecie miejsce w tabeli wyjazdowej tuż za Wisłą i Lechem. To niewątpliwie miła niespodzianka oglądać dobrą grę, a co najważniejsze skuteczną grę Lechii szczególnie dla tych kibiców, którzy wiernie podążają za ukochaną drużyną w najdalsze zakątki Polski.
Jeżeli mowa w tym miejscu o skutecznej grze to należy rozróżnić skuteczność w gromadzeniu punktów od tej w strzelaniu bramek. Ta druga jest bowiem prawdziwą piętą achillesową piłkarzy i spędza sen z powiek Tomaszowi Kafarskiemu. Choć gdańszczanie zdobyli w 13 meczach 15 goli, co daje średnią ponad jednej bramki na mecz, to liczby te zaciemniają jednak obraz indolencji strzeleckiej, z jaką borykają się piłkarze (w szczególności zaś napastnicy) od dobrych kilku spotkań. Mimo iż Lechia występuje na boisku w ustawieniu z trzema zawodnikami atakującymi, którzy mają wsparcie w ofensywnie usposobionych obrońcach (przekwalifikowanych przecież z pomocników), to ani Lukjanovs ani jego koledzy nie potrafią znaleźć sposobu by umieścić piłkę w bramce rywali. Pewnym pocieszeniem niech będzie fakt, iż lechiści potrafią stworzyć sobie w meczu kilka, a nawet kilkanaście, sytuacji do zdobycia bramki. Pozostaje mieć nadzieję, że gdańska linia napadu, wzmocniona Tomaszem Dawidowskim, wreszcie „zaskoczy” satysfakcjonując kibiców większą liczbą strzelanych goli.
Wzmocnienia oczekuje również formacja defensywy Lechii. Przetrzebiona przez kontuzje i choroby obrona Biało-Zielonych nie występuje w optymalnym zestawieniu, przez co staje się nie do końca szczelną zaporą dla przeciwników. Kłania się tutaj nieco lekkomyślna polityka transferowa władz klubu, które nie zabezpieczyły dostatecznie kadry zespołu przed dotkliwymi ubytkami. Drużyna musi radzić sobie bez bocznych obrońców, bowiem w przedsezonowym okresie transferowym nie pozyskano do Lechii wartościowych zmienników dla Krzysztofa Bąka i Arkadiusza Mysony. Tłumaczono się zbyt wysoką ceną, którą podyktowano za Mateusza Żytkę i Tomasza Brzyskiego. Dobry zawodnik nigdy nie jest tani, a nieodległa przeszłość uczy, że nie warto kupować piłkarzy za parę groszy, z których i tak nie ma żadnego pożytku. Czy nie lepiej byłoby wysupłać większą kwotę, by dokooptować do zespołu piłkarzy z prawdziwego zdarzenia o ustabilizowanej formie? Na to pytanie muszą odpowiedzieć sobie władze Lechii jak najszybciej, jeśli myślą poważnie o budowaniu drużyny liczącej się w Polsce i Europie.
A że tak myślą, świadczą inne działanie, które podejmują włodarze klubu z Traugutta, by uczynić z Lechii prężne sportowe przedsiębiorstwo. Podpisanie umowy z agencją marketingową Sportfive czy chęć nawiązania współpracy ze znanym menedżerem piłkarskim Pinim Zahavim mają w przyszłości zaowocować sukcesami na polu organizacyjnym i promocyjnym. Uczyniono już zresztą sporo, by Lechia stała się rozpoznawalną marką. Nowoczesny tramwaj w barwach klubu, cotygodniowe sprawozdania w telewizji Orange Sport czy własna gazeta to tylko niektóre z działań podjętych przez klub mające na celu za zadanie rozpowszechnić Lechię w przestrzeni miejskiej i medialnej. Przy okazji warto by pokusić się o załagodzenie konfliktu z władzami Gdańska. Przepychanka o to, kto będzie gospodarzem budowanego stadionu w Letnicy nie tworzy dobrej atmosfery ani wśród kibiców ani wśród mieszkańców nie interesujących się futbolem. Lechia jest jednym z symboli Gdańska, z drugiej zaś strony to dzięki staraniom władz miejskich Biało-Zieloni mają dziś okazję rywalizować z najlepszymi w kraju. Wierzymy zatem, że powrócą dobre czasy zgodnej współpracy obu podmiotów, która zapewni odpowiedni warunki do rozwoju futbolu w naszym mieście.
To na razie melodia przyszłości. Dziś Lechia zajmuje siódme miejsce w ligowej tabeli i jest na dobrej drodze, by osiągnąć cel postawiony przed rozpoczęciem rozgrywek (8-10 lokata). Należy jednak pamiętać, że Biało-Zieloni są w połowie drogi do jego realizacji , zatem nie można spoczywać na laurach. Bez zaangażowania piłkarzy i zarządu klubu nie będzie satysfakcjonujących wyników na boisku. Te zaś przekładają się bezpośrednio na zainteresowanie kibiców i generują zysk dla klubowej kasy. Bez dobrej gry i odpowiedniego zaplecza organizacyjnego nie będzie sukcesu. A o ten przecież zarówno w zawodowym sporcie jak i biznesie chodzi przede wszystkim.