Polska kadra pod wodzą Franciszka Smudy odniosła wreszcie zwycięstwo. Co prawda, aby to osiągnąć trzeba było sięgnąć poza Europę i grono drużyn mających jako takie pojęcie o piłce, ale zawsze cieszy. Drużynie narodowej Smudy potrzeba jednak sporo czasu, więc póki co zostawmy ją w spokoju i skupmy się na ligowej rzeczywistości.
Na początek niespodziewanie naprawdę ciekawy mecz w Kielcach, gdzie miejscowa Korona podejmowała Zagłębie Lubin, drużynę naszego nowego selekcjonera. Końcówka spotkania przyprawia o zawał szybciej, niż parę minut gry przeciętnego polskiego ligowca. Zagłębie mimo iż przegrywało 1:3 zdołało wyrównać, decydującą bramkę strzelając w 90 minucie. To nastraja dosyć optymistycznie w kontekście polskiej kadry. Skoro Smuda nauczył walczyć do końca mizerne Zagłębie, to może uda się to również z polską reprezentacja i aby odnieść kolejne zwycięstwo nie będzie trzeba szukać rywala typu St. Vincent i Grenadyny, Nauru czy Tajlandia (a nie przepraszam, ten ostatni jest już zaklepany na styczeń).
Po udanym początku kolejki, rozbudziły się nadzieje na kolejne optymistyczne znaki w ligowej szarzyźnie. Niestety było różnie. Wielkie gratulacje dla zespołu Jagiellonii Białystok. Po remisie z Polonią Bytom, „Żubry” mimo trudów i wysiłków, ustanowiły okrągły rekord 30 ligowych meczy bez wygranej na wyjeździe. Piłkarze Jagiellonii wyjeżdżając poza swój stadion najwyraźniej doznają paraliżu, jak polskie drużyny w pucharach gdy stają naprzeciw drużynom z … Właściwie skądkolwiek. Ale jak się okazuje w polskiej lidze wyjazdowe zwycięstwa są przereklamowane, gdyż nawet bez nich drużyna z Białegostoku, gdyby nie ujemne punkty, plasowała by się spokojnie w górnych rejonach tabeli.
Piast Gliwice wrócił grac do Wodzisławia, gdzie występował jako gospodarz już w zeszłym sezonie. W bieżącym początkowo pozwolono drużynie grać w swoim mieście, ale widok stadionu straszył turystów i wywoływał u dzieci senne koszmary, toteż podjęto decyzję o jego wyburzeniu. Na spotkanie Piasta z Arką Gdynia nie pofatygowało się zbyt wielu kibiców, ale w Wodzisławiu mało kogo interesują nawet mecze miejscowej Odry, a co dopiero takie spotkanie. A szkoda, gdyż sam mecz był niezły, a szczególnej urody były strzelone bramki. Te zdobyte przez Arkę kandydują do programu Watts, pierwsza z powodu pięknego strzału, druga jako lek na jesienną depresję, rozbawi każdego. Co prawda, nie tak jak Gancarczyka z meczu ze Słowacją, ale i tak można się pośmiać.
Już oficjalnie można potwierdzić pucharowe aspiracje GKS Bełchatów. Drużyna Rafała Ulatowskiego odniosła siódme kolejne zwycięstwo, ponownie bez straty gola, tym razem z gdańską Lechią. Bramkarz Bełchatowian Łukasz Sapela nie skapitulował nawet po rzucie karnym, choć fakt, że jedenastkę egzekwowaną przez Wołąkiewicza obronił by nawet klubowy hydraulik, stojąc tyłem do piłki i popijając kawę. Trener Kafarski poproszony o skomentowanie strzału swojego piłkarza powiedział tylko: „Nie będę się pastwił nad zawodnikiem”. Są pewne prawdy wspólne dla wszystkich lig Europy, nawet polskiej, czy to gra Manchester United, Juventus czy Walcownia Czechowice – nie da się zajść daleko jeśli napastnicy prezentują zerową skuteczność i nie trafiają już 14 kolejną kolejkę spotkań, po prostu się nie da.
Podobnie jak nie da się patrzeć na poczynania Odry Wodzisław, która została rozbita przez wrocławski Śląsk aż 4:0. Chyba już ostatni raz kibice mogą śpiewać „Odra nigdy nie spadnie” i po 13 latach zostaniemy pozbawieni przyjemności oglądania drużyny z Wodzisławia. Aczkolwiek to już nie pierwszy raz Odra jest w takiej sytuacji, więc poczekajmy.
W najciekawiej zapowiadającym się spotkaniu 14 kolejki, Lech Poznań podejmował Ruch Chorzów. Ciekawym na tyle, że zainteresowała się nim nawet TVP i umieściła go w puli 4, słownie: czterech, spotkań które pokaże w sezonie. Przy okazji gratulacje dla szefostwa „publicznej” za ten niesamowicie obszerny pakiet relacji, 4 mecze na sezon to jest coś. Samo spotkanie miało odpowiedzieć, jak naprawdę mocny jest rewelacyjny zespół z Chorzowa. Okazało się, że ten niebieski ożywczy podmuch ekstraklasy nie jest aż tak świeży jakby się wydawało i w starciach z poważnymi rywalami (Wisła, Legia, Lech) na razie jest bez szans. Porażka 1:3 z Lechem to potwierdza. Ale być może w rundzie rewanżowej, kiedy to chorzowianie podejmą wszystkich najgroźniejszych rywali na własnym stadionie, będzie trochę ciekawiej.
Kiedy kibicowi wydaje się, że taka kolejka jeszcze jako tako ujdzie w tłoku, przychodzą derby. W normalnych ligach pojedynki wywołujące niesamowite emocje, naznaczone wyjątkowym poziomem, u nas derby Warszawy i Krakowa wywołały jedynie zgrozę. Poziomem i rozstrzygnięciem. Przed meczami wszystko wydawało się jasne, w obu przypadkach różnica pozycji w tabeli, a także obecnej dyspozycji była na tyle wyraźna, że mimo iż derby rządza się swoimi prawami, niespodzianek nie zapowiadano. Przed meczem z Legią w drużynie Czarnych Koszul doszło do zmiany trenera. Ponieważ wszyscy szanujący się trenerzy, a także cześć mniej się szanujących, odmówiła współpracy z Januszem Wojciechowskim, sięgnięto aż do Hiszpanii, po Jose Bakero. Piłkarzem był on z pewnością zdolnym, ale jego sukcesy trenerskie są owiane tajemnicą. Mimo to Bakero sukces odniósł, jako że wywiózł w debiucie punkt z Łazienkowskiej. Aczkolwiek poziom spotkania był tak dramatyczny, że kibice modlili się o awarię oświetlenia, aby okryć ciemnością wydarzenia na boisku. Choć fakt, iż murawa na której przyszło grać obu stołecznym ekipom przypominała pastwisko i to zamknięte, aby owce nie połamały sobie nóg. Czy ten remis to znak, że Polonię pod wodzą Bakero czeka lepsza przyszłość? Być może, ale najpierw musi dotrzeć do mentalności piłkarzy. O ile ze zrozumieniem słów trenera jeszcze może być nie najgorzej, gdyż podobno część piłkarzy słyszała o językach obcych, to jednak nim przestaną pytać: „Ciężki trening? Co? To jakaś potrawa?”, upłynie jeszcze wiele wody w Wiśle.
A właśnie, Wisła. I jej pojedynek z Cracovią. Derby Krakowa rozegrano w Sosnowcu, gdzie żaden szanujący się zagraniczny skaut nie zajrzy, a nawet jeśli to pomyli miejscowy stadion z oborą i na mecz i tak nie trafi. Zresztą w tych debrach nie miałby na co patrzeć. Można się pogodzić z faktem, że są w naszej lidze drużyny, które od 2 lat nie wygrały na wyjeździe, oraz takie, których napastnicy nie trafiają do siatki przez całą rundę, a także drużyny bez stadionu, bez pieniędzy, czy nawet bez większej koncepcji na czym ma polegać piłka. Ale gdy mistrz Polski, drużyna lidera ekstraklasy, dostarczyciel reprezentantów kraju, nie potrafi pokonać dołująco słabej Cracovii, dowodzonej przez takie gwiazdy jak Piotr Polczak, ogarnia przerażenie. I taki zespół ma znów wygrać ligę, walczyć o Ligę Mistrzów. O zgrozo! Kurtyna cienia i milczenia niech zapadnie, przynajmniej do przyszłego tygodnia i kolejki nr 15.