37-latek w Lechii grał w latach 2015-2020, z półroczną przerwą na wypożyczenie w Wiśle Kraków w 2019 roku. Peszko przez ten czas dał się poznać jako świetny skrzydłowy, ale również oryginalny człowiek, kolorowy ptak polskiej piłki klubowej. Co zrozumiałe, Peszko poświęcił długi rozdział na swoją przygodę w Lechii. Nazywa się "Zaślubiny z morzem".
To twoje zaślubiny z morzem!
Chronologicznie, zacznijmy od tego, jak w ogóle Peszko znalazł się w Gdańsku. Według jego słów z książki, miał jeszcze oferty z Legii Warszawa i Lecha Poznań. Jak jednak pisze, Lechia była konkretna od samego początku. Wysłała nawet po mnie prywatny odrzutowiec. […] Przycisnęła mnie sytuacja - w Kolonii miałem małe szansę na grę, a zbliżało się Euro.
Peszko podpisał kontrakt na 3 lata, a miesięcznie miał zarabiać 100 tysięcy brutto. To znacznie mniej niż wynosiła moja podstawa w FC Koeln. Ale to nie było dla mnie najważniejsze. Liczyła się tylko regularna gra
Na koniec negocjacji spotkał się z Jerzym Brzęczkiem, ówczesnym trenerem Lechii. Trener zapewniał go, że chcą walczyć o mistrzostwo Polski. Długo jednak z Brzęczkiem nie popracował. Właściwie to zwolniono go kilkanaście godzin po tym, jak podpisałem kontrakt. "Brzęczka nie ma, ale i tak jest zajeb*ście" - przeszło mi przez myśl, gdy w mediach pojawiła się oficjalna informacja o zatrudnieniu Niemca (Thomasa von Heesena). Przecież właśnie wracałem z Bundesligi, więc von Heesen na pewno wiedział, na co mnie stać.
Na Peszkę w Gdańsk nikt nie czekał. W Niemczech na lotnisku zawsze czekał komitet powitalny, który zajmował się wszystkim. Teraz hala przylotów była pusta. Nie znałem nawet adresu klubu. Humor poprawili mi dopiero Mila z Wojtkowiakiem, którzy już na miejscu powitali mnie po staropolsku, tradycyjną półtoralitrową butelką Ballantine’sa.- To twoje zaślubiny z morzem!
Trener von Heesen nie przypadł do gustu Peszce. Okazało się, że posiadanie niemieckiego paszportu to trochę za mało, aby być drugim Kloppem. […] Na treningach zachowywał się arogancko, jak mędrzec z dalekiego kraju, który naucza wioskowych przygłupów, w rzeczywistości jednak nadawał się co najwyżej do zabaw z dziećmi. Dodatkowo nie potrafił się dogadać z weteranami.
Co ciekawe, ostatnie doniesienia o skróceniu urlopów zawodnikom Lechii to nie pierwszyzna w klubie. Jak pisze Peszkin, po kiepskich wynikach Marek Jóźwiak (ówczesny dyrektor sportowy Lechii) poinformował ich, że do końca roku nie dostaną wolnego. Szybko ustaliliśmy, że palce w tej decyzji faktycznie maczał nie Jóźwiak, a von Heesen. I wtedy stało się jasne, że jego czas jest policzony.
Niemiecki trener trenował Lechię w 12 spotkaniach, z czego przegrał 7. Po kolejnych fatalnych meczach Mandziara zrozumiał wreszcie, że jeżeli nie chce skończyć w 1. Lidze, to szybko musi coś zmienić. I niemieckiego bajeranta odesłał za Odrę, gdzie ten już nigdy nie poprowadził żadnej drużyny.
Peszko nie krytykował jednak tylko trenera. […] z nim na ławce czy bez niego grałem beznadziejnie. Nie przypominałem faceta którego obawiali się wszyscy obrońcy. Powrót do optymalnej formy zajął mi pół roku. Czego mi wtedy brakowało? Przede wszystkim dynamiki, pewności siebie i zaufania do własnych umiejętności.
Kowboj w Gdańsku
Tryby w naszej drużynie zaczęły pracować, bo Nowak podjął parę sensownych decyzji. Zmienił ustawienie […] a jakiś czas później przesunął Krasicia ze skrzydła do środka pola. To był strzał w dziesiątkę.
Krasić był fantastycznym piłkarzem, to pewne. Ale człowiekiem był nietypowym. Peszko rzuca tutaj anegdotką, kiedy Milos wszedł do szatni i spytał się, kto chce kupić od niego samochód.
- No, ile chcesz? - zgłosił się Grzegorz Kuświk.
- A skolko dasz?
- No nie wiem, mam sto koła.
Choć auto było warte 3 razy więcej, to dobili targu. Krasić najpierw pojechał do salonu Mercedesa, z którego po godzinie wyjechał nowiutkim modelem, a rok później odkupił od Kuświka swoje porsche. Za sto tysięcy!
Peszko brał udział w kilku derbach Trójmiasta przeciwko Arce. Jak pisze, w Gdańsku dowiedziałem się, czym tak naprawdę są derby. Pamiętacie słynną akcję z kopnięciem lalki? Przy okazji tego meczu wybuchła gównoburza, bo przechodząc obok trybuny, kopnąłem dmuchaną lalkę, tym razem ubraną w koszulkę Arki. Niektórzy kibice mieli do mnie o to pretensje, ale taki jest właśnie klimat derbów - kto w nich nie grał, nie zrozumie.
Apogeum kadencji Nowaka była ostatnia kolejka sezonu 2016/2017. W niej Lechia grała z Legią. Wygrywając, mogła wygrać tytuł. Nowakowi przed finiszem zabrakło jednak jaj i dał nam najgorszą możliwą radę: Grajcie na remis. Wystarczyło strzelić gola i to my świętowalibyśmy mistrzostwo. Zamiast tego zostaliśmy frajerami sezonu i śmiał się z nas cały kraj, bo ani nie wygraliśmy ligi, ani nie awansowaliśmy do pucharów. Wywaliliśmy się na ryj metr przed metą. Sami podstawiliśmy sobie nogę, chociaż właściwie zrobił to Nowak.
Po tym ekipa Nowaka nie grała już tak dobrze w następnym sezonie. Do tego trener urządził sobie niezłą popijawę. Trener zaskoczył nas także na imprezie wigilijnej w Dworze Oliwskim, gdzie odpiął wrotki. Na tamtej Wigilii poczuł się tak pewnie, że wychlał ze dwa wiadra piwa, wina czy whisky, wszystko mieszając. On bawił się świetnie i tańcował do rana, a kilku z nas zaczęło drapać się po głowie i zastanawiać: co się stało z gościem, który rok temu trafił do naszych serc i umysłów?
Sprawy w drużynie nie poprawiły problemy z wypłacalnością. Kasa, a właściwie jej brak, była w Lechii tematem codziennym, bo cały czas istniały jakieś zaległości. Zaczynało mnie to wkurw*** - ile można czekać na forsę? Zresztą nad morzem na czas dostałem tylko dwie pensje - pierwszą i drugą. Co prawda na koniec wszystko było regulowane, ale dopiero wtedy, gdy zbliżał się termin uzyskania licencji na kolejny sezon.
Szkoleniowcem w końcu został Adam Owen. Niestety poczciwy Owen zbyt długo w Gdańsku nie popracował. Na szesnaście meczów wygrał tylko cztery i po kilku miesiącach musiał pakować walizki. Drużyna pod jego wodzą była trochę jak sam trener - fajna, sympatyczna, ale bez ikry. I Mandziara uznał, że potrzebny jest nam wstrząs.
Stokowiec
Wszyscy chyba wiedzą, jaka relacja była między Peszką a Stokowcem. Delikatnie mówiąc, Sławomir nie pałał do niego sympatią. Przestańcie się lizać po fi***ch. Za sielankowo tu macie. Teraz zobaczycie, jak się pracuje. Musicie w końcu dźwignąć swoje kontrakty - powiedział już pierwszego dnia.
Stokowiec nie brał jeńców. Pierwszą ofiarą został [Marco] Paixao. Stoki jeszcze w marcu skasował go za to, że Portugalczyk w wolną niedzielę nie stawił się na rehabilitacji, tylko poleciał do ojczyzny. Wcześniej Marco nie zagrał w meczu rezerw, bo zgłosił uraz. Trener podejrzewał, że tylko symuluje, więc w wolny dzień nakazał mu przyjść na ćwiczenia. Paixao tego nie zaakceptował, więc Stokowiec nie zaakceptował jego dalszej gry w Lechii. Najpierw odsunął go od pierwszego zespołu i posłał do ćwiczenia z juniorami, a później oddał go do drugiej ligi tureckiej […].
Wspominałem już, że Peszko nie polubił się z Piotrem Stokowcem? Ktoś może powiedzieć, że jestem do Stokowca uprzedzony. To prawda, nigdy nie zostaniemy kolegami. Spójrzmy jednak na fakty: facet w ciągu kilku sezonów skasował niemal wszystkich zawodników z jajami, dodatkowo samych reprezentantów. Stokowiec nie jest złym szkoleniowcem. Ma warsztat, potrafi przeprowadzić ciekawy trening. Ale jednocześnie uważam, że ma też trudny charakter, która odpowiada wszystkim stereotypom dotyczących rudemu koloru włosów.
Zawodnik w rundzie wiosennej sezonu 2018/2019 grał w Wiśle Kraków. W międzyczasie zespół zdobył Puchar Polski i 3. miejsce w Ekstraklasie. Peszkin wrócił, ale jak się okazało, nie na długo. Co prawda szybko odpadliśmy z pucharów, ale mimo to złapałem wiatr w żagle. Grałem naprawdę dobrze, napędzałem zespół, skupiałem się tylko na piłce. Dla Stokowca znów stałem się Sławusiem, trener mówił nawet dziennikarzom, że u niego nie liczy się PESEL, tylko umiejętności.
W międzyczasie zespół zaczął grać gorzej. Według Peszkina, stał się jednym z zakładników sytuacji. Tuż po nowym roku, klub wysłał do mediów informację, że wydłuża urlopy mnie, Wolskiemu oraz Sobiechowi i daję nam rękę w poszukiwaniu nowych pracodawców. Oficjalnie decyzja miała zapaść w porozumieniu ze sztabem szkoleniowym, ale przecież było wiadomo, że podjął ją Stokowiec.
To był przykry dla Peszki koniec w klubie. Miarka przebrała się pod koniec marca. Nie mogłem grać w piłkę, Lechia od dawna mi nie płaciła, dodatkowo właśnie wybuchła pandemia. W końcu złożyłem do PZPN papiery o rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Jak pokazało życie, zrobiłem słusznie, bo Izba do spraw Rozwiązywania Sporów Sportowych przyznała mi rację i Lechia musiała zapłacić mi wszystko co do złotówki. Koniec mojej przygody z gdańskim klubem naznaczył więc niesmak. Chociaż przez te 5 lat nie byłem bez winy […] to na pewno nie zasłużyłem na traktowanie, jakie spotkało mnie ze strony Stokowca. Zabolało mnie to, że w trudnych chwilach nikt z klubu nie stanął w mojej obronie. I chociaż do dziś czuje z tego powodu żal, to wolę pamiętać tylko dobre chwile, których nad morzem nie brakowało. Zresztą wciąż uwielbiam wracać do Gdańska.
Pomoc charytatywna
Ostatecznie okazało się, że książka „Peszkografia” miała też ukryty cel. Przed mundialem Sławomir Peszko założył się, że jeśli Polska wyjdzie z grupy to zgoli głowę. Po awansie reprezentacji były skrzydłowy Lechii Gdańsk pozbył się włosów, a wersja książki „Peszkografia” z łysym „Peszkinem” trafiła do sprzedaży. Pieniądze z tej części sprzedaży trafiły na cel charytatywny. Gratulujemy pomysłu i z pewnością świetnego zabiegu marketingowego.