Pana Ojciec, śp. Marszałek Maciej Płażyński był znany ze swojego sympatyzowania z Lechią Gdańsk. Czy Pan również uważa się za kibica Biało - Zielonych?
- Owszem, jednak nie tak zaangażowanego, jak mój tata. Na ogół bliżej mi zawsze było do koszykówki, ale w piłkę też lubiłem pograć na osiedlu. Mój ojciec natomiast był w młodości piłkarzem lokalnego klubu w Młynarach, skąd pochodzi, więc jego zaangażowanie w futbol było zdecydowanie większe. Piłka nożna była dla niego najważniejszą dyscypliną sportową. Kibicem Lechii był. Lechiści doskonale pamiętają jego wsparcie dla klubu w czasach, gdy wiele osób się od Lechii odwróciło, gdy Biało – Zieloni znaleźli się na sportowym dnie. Ta pomoc okazała się skuteczna. Dzięki nie tylko niemu, ale całej rzeszy ludzi Lechia szczebel po szczeblu pięła się w górę aż do powrotu do Ekstraklasy w 2008 roku. Tak, uważam się za kibica Lechii, jestem gdańszczaninem, tu się urodziłem. Muszę przyznać, że ostatnio rzadko bywam na stadionie. Rodzinne obowiązki przy dwójce małych dzieci i praca powodują, że moje życie na tę chwilę skupia się wokół tych spraw. Więc na razie nie wypuszczą mnie z domu na mecz (śmiech). Myślę, że niedługo wybiorę się z synem na stadion. Nie jestem oczywiście ultrasem. Jak większość kibiców sprzyjam naszym. Chciałbym, żeby Lechia grała jak najlepiej. Chciałbym, żeby piłka nożna w Gdańsku się rozwijała, bo im więcej dobrych zespołów, tym lepiej dla przyszłości tej dyscypliny w naszym regionie.
Czy pamięta Pan, kiedy był Pan pierwszy raz na meczu Lechii?
- Nie pamiętam. To było na pewno jeszcze na Traugutta z tatą, gdy byłem dzieckiem.
Jakie spotkanie najbardziej zapadło Panu w pamięci?
- Każdy lubi święcić triumfy, więc najlepiej wspominam mecz w Warszawie, gdy zdobyliśmy Puchar Polski w 2019 roku. To była prawdziwa atmosfera zwycięstwa, stolica wieczorem była biało – zielona. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i zapadło w pamięci. Tym bardziej że nie zapowiadało się dobrze. Pamiętam, że były poważne wątpliwości dotyczące zachowania się organizatora wobec naszych kibiców. Na ostatnią chwilę wpuszczali na trybuny sympatyków Lechii, część z nich obejrzała tylko drugą połowę. Jednak doping był wystarczająco mocny, żeby ostatecznie wygrać.
Ostatnio wystosował Pan pismo do włodarzy klubu nawiązujące do katastrofalnej sytuacji, w jakiej znalazła się Lechia. W gdańskim środowisku o skandalicznym zarządzaniu klubem przez Adama Mandziarę mówi się od bardzo dawna. Dlaczego zdecydował się Pan na taki ruch właśnie teraz?
- Nie jestem wielkim znawcą futbolu, ale przychodzą do mnie, jako do osoby publicznej, posła środowiska kibicowskie i ludzie związani ze sportem, którzy wiedzą dużo więcej ode mnie na ten temat. Oni wyrażają się bardzo jednoznacznie negatywnie na temat tego, co się w gdańskim klubie dzieje tak naprawdę od lat. Nie chodzi tylko o kwestie samej organizacji. W Lechii nie ma przecież szkolenia młodzieży, która kiedyś była tu rzeczywiście obecna. Dzisiaj to tylko teoria. Wszyscy wolelibyśmy oglądać na boisku naszych wychowanków. Całkiem inny jest odbiór, gdy widzi się, że gdański klub inwestuje w chłopaków z Pomorza. Uważam, że to ważne w piłce nożnej. Od lat mówi się również o sprzedaży Lechii. Nawet władze klubu spekulują na ten temat. Raz twierdzą, że sprzedadzą, innym razem, że nie sprzedadzą. Właściciel klubu również o tym mówi publicznie. Ostatecznie nie wiemy tak naprawdę, na czym ta kwestia stanęła. W zasadzie żyjemy plotkami, a nie zweryfikowanymi faktami. Ja sam już się mocno pogubiłem w całej sytuacji. Kto ma ile udziałów w klubie i kto jest czyim wierzycielem. Dodatkowo był przecież umarzany dług za emitowanie akcji. Cała sytuacja jest dość dziwna. Niektórzy nawet twierdzą, że Lechia to pralnia brudnych pieniędzy. Ja tego osobiście nie mogę stwierdzić, jednak mówią o tym poważne osoby. W związku z tym moje pismo skierowane do Rady Nadzorczej Lechii wydaje się na miejscu. Zwróciłem się z prośbą o wyjaśnienie wątpliwości, na czym klub obecnie stoi i jakie są dalsze plany. Tym bardziej że Lechia również korzysta ze środków publicznych. W tym przypadku mam podwójny tytuł do działania, nie tylko jako gdańszczanin, ale również jako poseł, czyli jako osoba, która dba o to, by dziesiątki milionów złotych z miasta i z Energi nie szły na marne. Ta kasa ma iść na promocję Gdańska. Dzisiaj Lechia niestety miasta ani Energi, czyli swojego sponsora nie promuje. Wręcz przeciwnie, dzisiaj Lechia Gdańsk kojarzy się ze skandalami.
Gdańska Lechia formalnie jest prywatną firmą. Czy zatem liczy Pan na jakąkolwiek odpowiedź na Pana pismo?
- Tak, liczę na to. Zdrowy rozsądek podpowiadałby, że interwencji posłów się nie ignoruje. Szczególnie wtedy, gdy w dużej mierze być, albo nie być takiego klubu zależy od środków publicznych.
Czy uważa Pan, że Adam Mandziara to jedyny winny obecnej sytuacji?
- Nie będę wskazywał palcem. Kibice swoją opinię wyrażają na stadionie dość jednoznacznie. Ja jestem parlamentarzystą, więc zostanę przy języku bardziej parlamentarnym. Jak już wspomniałem, nie jestem piłkarskim ekspertem, opieram się na opiniach i obawach ludzi, którzy się na piłce znają. Dlatego z uwagi na te rozmowy i na tych ludzi wystosowałem to pismo do klubu.
Czy Miasto Gdańsk powinno interweniować?
- Tak, oczywiście i mam nadzieję, że taka interwencja już się dzieje. Być może nie jest publicznie realizowana. Miasto Gdańsk jest beneficjentem albo tym, który traci na wspieraniu klubu. To są nasze pieniądze. Lechia również zapewnia funkcjonowanie stadionu miejskiego, na który wszyscy w Gdańsku łożymy. Jak Lechia spadnie z Ekstraklasy, to obawiam się, że kibiców przychodzących na mecze nawet będzie mniej niż 5 tys. W kontekście finansów miasta nie wygląda to dobrze, więc tak, władze miasta powinny interweniować. Pamiętam, że Pani Prezydent Dulkiewicz również była na wspomnianym finale Pucharu Polski. Wszyscy lubimy świętować triumfy, a przecież pieniądze w klubie są. Lechia dysponuje środkami na poziomie klubu, który powinien walczyć o czołowe miejsca, a nie o utrzymanie. Dlaczego sytuacja jest tak fatalna – to jest pytanie do Lechii Gdańsk.
Co wg Pana mogą lub powinny zrobić władze Gdańska?
- Pytać właściciela Lechii o jego plany wobec klubu. Sytuacja nabrzmiała na tyle, że Pani Prezydent lub wyznaczona osoba z Miasta powinna postawić publicznie władzom klubu warunki. Najwięcej pieniędzy do Lechii przekazuje Miasto Gdańsk. To jest ponad 20 mln złotych do 2014 roku. To nie jest mała kwota. Dodatkowo stadion, z którego klub korzysta. Zakładam, że koszty ponoszone przez Lechię z tytułu korzystania z obiektu nie są wygórowane.
Poruszył Pan wątek finasowania klubu z pieniędzy publicznych tj. ze spółek Skarbu Państwa. Czy mógłby Pan rozszerzyć tę myśl?
- Od wielu lat sponsorem Lechii jest Energa, czyli spółka Skarbu Państwa, która nie jest instytucją charytatywną. Inwestuje się po to, żeby promować swój szyld, swoją nazwę, by dobrze się kojarzyła. Dzisiaj Lechia niestety w Gdańsku i poza nim zaczyna się kojarzyć bardziej ze skandalami, jakimiś pralniami brudnych pieniędzy i to nie są moje słowa, tylko osób ze środowiska. Taka opinia raczej chluby Enerdze nie przynosi, a nie o to chodzi w sponsoringu.
Czy uważa Pan, że te pieniądze (publiczne) w obliczu nieudolności obecnych władz, a zwłaszcza właściciela klubu są zwyczajnie „wyrzucane w błoto”?
- Atmosfera wokół klubu, jego miejsce w tabeli, frekwencja na stadionie o tym świadczą. To są dość obiektywne dane. Lechia nie realizuje powierzonych jej celów sportowych ani PR. Co innego, gdyby drużyna była na dole tabeli, ale bylibyśmy wszyscy dumni z jej gry. Gdyby wychowywała młodych zawodników, przyszłe gwiazdy gdańskiej piłki, które za chwilę zagrałby w dużych klubach europejskich, lub wychodziłyby na gdańską murawę, reprezentując Biało - Zielonych. Tego nie ma. Jest za to szorowanie po dnie, jest zerwanie kontaktów ze środowiskiem wszystkich kibiców. Akcjonariusze mniejszościowi również się wycofali ze współzarządzania klubem, bo nie mieli realnego wpływu na to, jak klub działa, a nie chcą legitymizować obecnej katastrofalnej sytuacji.
Czy w takim razie fakt finasowania ze spółek Skarbu Państwa może być wystarczającym warunkiem skutecznego wywierania presji na właściciela i Zarząd Lechii?
- To pytanie ostatecznie do władz klubu. Myślę, że taka presja jest w tej chwili uzasadniona. Sądzę, że takie oczekiwanie jest jak najbardziej na miejscu. Nie dotyczy to tylko Energi, ale również pieniędzy z Miasta Gdańska. Nie po to płacimy podatki, które idą do Skarbu Państwa i do Samorządu Miasta, by później te środki lądowały, jak Pan to określił w poprzednim pytaniu w błocie. To nie ma sensu.
Ostatnie pytanie, być może retoryczne, czy wierzy Pan w utrzymanie Lechii w Ekstraklasie w tym sezonie?
- Jasne, że wierzę. Byłoby fatalnie, gdyby spadła. Tyle lat pracy, która na ich przestrzeni niejednokrotnie przynosiła większe, lub mniejsze sukcesy byłyby zmarnowane. Obawiam się, że po spadku z Ekstraklasy wypada się również z koszyka lepszych źródeł finansowania. Degradacja dotyczy nie tylko samej ligi, można wpaść również w tarapaty finansowe, to są elementy ze sobą mocno sprzężone. Sytuacja bardzo niebezpieczna, której nie życzyłbym sobie w Gdańsku. Trzeba zrobić wszystko, żeby to zatrzymać. Jesteśmy w strefie spadkowej, ale jeszcze trochę spotkań do rozegrania pozostało. Jeszcze nie jest tak, że sytuacja jest nie do odwrócenia. My wierzymy! Tylko poza wiarą potrzebne jest przywrócenie zaufania do władz i właściciela klubu, że mają dokładnie to samo życzenie.