28 maja 2017 roku, 36. kolejka Lotto Ekstraklasy sezonu 2016/2017. Tego dnia Lechia rozbiła Pogoń Szczecin aż 4:0. Hat-trickiem popisał się Marco Paixao. W pamięci kibiców jednak mocniej mogło utkwić pożegnanie dwóch, nie bójmy się tego napisać, legend zespołu - Piotra Wiśniewskiego i Mateusza Bąka.
W 77. minucie na boisku pojawił się Piotr Wiśniewski. Chwilkę później Wiśnia zdobył czwartego gola dla Biało-Zielonych. Po chwili na murawie, po raz ostatni w barwach Lechii Gdańsk, pojawił się Mateusz Bąk. Na trybunie zielonej niejednemu ukradkiem pociekła łezka, bo wzruszające to były momenty. Lechia pożegnała dwie legendy. To tak trudne, że po niemal dekadzie musimy pożegnać Bączka na zawsze... A on był tutaj prawie od zawsze.
Mateusz Bąk przyszedł na świat 24 lutego 1983 roku w Pruszczu Gdańskim. Jego pierwszym zespołem był Jantar Pruszcz Gdański, ale do Lechii trafił już w wieku 13 lat. Ściągał go Michał Globisz. Trener miał kapitalną rękę do młodych zawodników. Bączek pozostał w klubie po jego upadku w 2001 roku. Po powrocie ze zgrupowania trener Tadeusz Małolepszy wyselekcjonował juniorów oraz seniorów. Mateusz Bąk znalazł się w starszej grupie. Większość ówczesnych graczy Lechii uczęszczała do jednego liceum sportowego, a do piłki podchodzili raczej beztrosko. Ich talent wystarczył do pierwszych awansów, ale później klub dziękował im za współpracę.
Jak Bąk tłumaczył swój sukces? Skromnie.
- Udało się dlatego, że oprócz pracy i determinacji miałem farta. Nigdy nie powiem, że mnie się udało przebić, bo byłem najlepszy. Nie. Mieliśmy naprawdę utalentowanych gości.
Pierwszy mecz Mateusz Bąk dla Lechii rozegrał 12 sierpnia 2001 roku w wojewódzkim Pucharze Polski przeciwko Błękitnym Sobowidz. Bez tygodnia, 25 lat. To był czas, w którym zmieniali się trenerzy, zawodnicy, właściciele, ligi, urodziło się nowe pokolenie kibiców, a Bączek był z nami, aż po Ekstraklasę. W 2008 roku postanowił szukać nowych dróg - odszedł do Maritimo.
- Pojechałem do lepszej ligi, lepszych piłkarzy i po prostu okazałem się słabszy. [...] Przyleciałem do Portugalii po ciężkim okresie przygotowawczym, chwilę zajęło mi łapanie świeżości, w marcu wskoczyłem na ławkę... Może gdyby były jakieś kontuzje i kartki, to udałoby mi się zagrać jakieś super spotkanie i wszystko by się odwróciło? Ale mówię szczerze - zabrakło też umiejętności. Przede wszystkim gry nogami.
Po powrocie zasłużony dla Lechii bramkarz trafił do Klubu Kokosa.
- Latem, po powrocie z Maritimo, zostałem tam przesunięty z Karolem Piątkiem, Maćkiem Rogalskim i Arkadiuszem Mysoną. Biegaliśmy po plaży, trenowaliśmy latem o dwunastej na sztucznym boisku przy trzydziestu stopniach z indywidualnym trenerem. Stworzono nam mały "klub Kokosa", a ja miałem przy tym pecha, bo na dwa dni przed końcem okna transferowego pojechałem do Kielc, gdzie miałem zastąpić Radka Cierzniaka, który miał odejść do Watfordu. Nie udało mu się, a dla mnie zabrakło wolnego etatu. Zostałbym ja i Zbyszek Małkowski.
Bąk szukał następnego klubu. Najpierw zrezygnowano z niego w Cracovii, a potem w Ruchu. Ostatecznie, udało mu się podpisać kontrakt z Wisłą Płock. Tam zagrał kilka spotkań, ale na przeszkodzie stanęła kontuzja. Po niej już nie mógł liczyć na regularne granie. Natrafiła się jednak szansa w Podbeskidziu Bielsko-Biała, z której Bąk skorzystał.
- Musiałem przezimować tę jesień, a kiedy człowiek wypadnie z tej karuzeli i ktoś się do niego nie uśmiechnie, to jest naprawdę ciężko. Pojechałem jeszcze na testy do Cracovii, ale tam - nie wnikając w szczegóły - mieli jakiś układ, i do Chorzowa, gdzie umowę podpisał jednak Michal Pesković. Ostatecznie wylądowałem w Płocku, zagrałem trzy-cztery mecze, naderwałem mięsień pośladkowy średni, wskoczył za mnie Krzysztof Kamiński [...] i grał na tyle dobrze, że jak wróciłem po kilku tygodniach, to awans do I ligi zrobiliśmy ze mną na ławce. Wtedy uśmiechnął się do mnie Robert Mioduszewski, zapraszając mnie do Podbeskidzia i w końcu zaczął się dobry okres. Po dwóch meczach wskoczyłem do bramki, graliśmy dobrze, pierwsze dwa mecze na zero, miałem pewne miejsce, ale znów uraz, naderwany mięsień czworogłowy i do bramki wrócił Rysiek Zajac. A wiesz, jak jest z bramkarzami... Zawodnik z pola zagra słaby mecz, to zostanie zmieniony, ale za tydzień dostanie dwadzieścia minut, strzeli gola i wróci. A bramkarz? Jak siedzi, to czeka.
W barwach Podbeskidzia w marcu 2012 wystąpił pierwszy raz na nowo wybudowanym stadionie w Gdańsku. Przed meczem otrzymał wówczas pamiątkową koszulkę z podziękowaniem za grę w biało-zielonych barwach. Przyjemna chwila, ale były i te mniej przyjemne. Bąk w Bielsku-Białej znowu miał niewątpliwą przyjemność poznać, czym jest Klub Kokosa.
- Temperatura rano minus 15 albo i więcej... Biegaliśmy o 7 rano po 15 kilometrów, drugi trening siłownia. Wytrzymałem całe dwa dni! Stwierdziłem, że nie pozwolę robić z siebie wariata kosztem jednej pensji, bo tego dotyczył spór z prezesem.
Bąk grał jeszcze chwilę w Etyrze 1924 Wielkie Tyrnowo, ale to była jedna wielka bułgarska farsa. Bramkarz do domu wrócił w 2013 roku. Z miejsca stał się podstawowym bramkarzem. W sezonach 2013/2014 i 2014/2015 zagrał odpowiednio 27 i 21 razy w lidze. Zagrał w supermeczu z Barceloną, zagrał z Juventusem, karierę zakończył we wspomnianym spotkaniu z Pogonią Szczecin.
Licznik występów Mateusza Bąka w Lechii stanął na liczbie 244. Po karierze Bączek pracował w klubowej Akademii, z której odszedł w styczniu 2022 roku. Na koniec, zostawiamy wam jego pożegnanie, które wówczas napisał. Mateuszu, Lechia tobie dziękuje.
- Lechia Gdańsk - dziękuję Tobie za każdy dzień w moim życiu. To nasza wspólna miłość. Jaka ona była? Gdybym powiedział, że zawsze słodka. Skłamałbym. Więc jaka? Autentyczna, prawdziwa, z momentami wielkich uniesień, a zarazem smutków i kłótni. Nigdy o Tobie nie zapomnę. Postanowiłem na teraz się rozstać. Nie złość się. Rodzina oraz ambicja kierują mnie w tej chwili w inną stronę. Życzę Ci jak najlepiej. Dbaj o siebie. Do zobaczenia.
MATEUSZ BĄK 1983-2026