Gdańsk: sobota, 19 października 2019
FORUM
Podstrony:


Pawel Peczak

strona 2/2

4 lipca 2007, 09:41 / środa
Zajebiście!! Tylko Pęki graj ostrożniej.
4 lipca 2007, 10:47 / środa
Jeszcze niech wróci Pawlak !!! :)

Zajebista wiadomośc.
4 lipca 2007, 11:57 / środa
Pawlakowi już podziękujemy ;)
4 lipca 2007, 12:25 / środa
:)
lubię tego łobuza....
A Pani Pęczak to naprawdę bukiet kwiatów się należy oraz gratulacje dla firmy która ją zatrudniła u siebie, nie dość że ma świetnego pracownika to pośrednio przyczyniła się do wsparcia Lechii...choć sama o tym nie wie:)

pozdrawiam.
4 lipca 2007, 14:26 / środa
Na pierwszy mecz będzie w sam raz :D
4 lipca 2007, 14:43 / środa
ten zarząd mi się podoba :-)), podstępem wzieli Pękiego i Cetnara, tylko z Pawlakiem im się nie udało :)
4 lipca 2007, 14:58 / środa
Jakieś podziękowania specjalne by się przydały dla narzeczonej Pękiego!!! Super Paweł, że zostajesz !!!!

z biało-zielonymi pozdrowieniami.
5 lipca 2007, 10:23 / czwartek
GKS Katowice: Pęczakowi będziemy to pamiętać

- „Gieksą” rozgrywał swoją partię z Lechią Gdańsk. Może i sporo ugrał, ale w Katowicach na pewno spalił mosty za sobą - tłumaczy nagłą odmowę Pawła Pęczaka trener Piotr Piekarczyk

Bardzo minorowe nastroje panowały wczoraj Katowicach i to nie tylko ze względu na aurę. Do wiatru wystawił szkoleniowców i prezesa GKS Katowice, Jana Furtoka 30-letni obrońca Paweł Pęczak, który nawet na portalach internetowych na nowy sezon miał katowicki przydział klubowy, rozmyślił się z dnia na dzień. - Dla mnie to niepoważne co zrobił, nie ukrywam, że byłem załamany - mówi Jan Furtok. - Ułożyliśmy pod niego obronę, dogadali - jego warunki - i się rozmyślił. Tak dzisiaj jednak zawodnicy robią, podbijają sobie bębenek w innych klubach, nie ma zmiłuj się. Pęczak postąpił nie fair, będziemy mu to pamiętać.

Na Bukowej nie mogą zrozumieć cynizmu „Pękiego”, który swą decyzję tłumaczy... dobrem swojej dziewczyny. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że tak postąpił wychowanek „Gieksy”, który wszystko zawdzięcza temu klubowi. - To niepoważny człowiek - uważa trener Piotr Piekarczyk. - Pół roku rozmawiamy, a on teraz nam mówi, że nie może się przeprowadzić znad morza, bo dziewczyna tak dobrej pracy na Śląsku nie znajdzie.

Piotr Piekarczyk przyznaje, że postawa Pęczaka jest szczególnym policzkiem dla niego i jego prostej filozofii życia. - W poniedziałek dzwonił do mnie, że nie stawi się na pierwszych zajęciach, bo się przeprowadza - opowiada Piotr Piekarczyk. - Może i byłem naiwny, bo nawet pomyślałem, dlaczego tego nie zrobił w trakcie długich wakacji?
5 lipca 2007, 17:45 / czwartek
Takie życie...

Wy się cieszycie a My średnio i napewno będzie mu TO zapamietane (szczegolnie podczas meczu z Wami). I błagam nie piszcie już ze paweł to GieKSiarz bo GieKSiarze tak nie postępują i życze Wam,że skończu u Was kariere bo u Nas juz nikt go nie chce

Do zobaczenia w Gdańsku 6-7 pazdziernika!
5 lipca 2007, 18:40 / czwartek
Spoko, GieKSaOnTour, na pewno o nim już tak nie napisze. Nie ukrywam, cieszy fakt, że będzie u Nas.
Z drugiej strony...ehhh, takie życie.

Do zobaczenia
5 lipca 2007, 18:55 / czwartek
GieKSaOnTour- zawsze możecie zatrudnić Wojciecha :)
5 lipca 2007, 19:10 / czwartek
Do GiekaesOnTour:

Jako ciekawostkę powiem Ci, że Pan Piekarczyk, powrócił do GKS-u w wieku 33lat z niejakiego Goeteborgs AIS, natomiast Pan Furtok tak się składa, że również miał 33 lata wracając do Was z Eintrachtu ;). Pęki ma dopiero 30-stkę, zapytaj kolego ww. wielce obruszonych Panów co Oni robili w wieku lat 30-stu i czemu nie grali w Gieksie, dla mnie cynizmem jest to co Oni teraz pieprzą, sami zajmowali się zarobkowaniem, a teraz wytykają innym, że olali GKS, sorry, ale bądźmy k...a poważni.

Z biało-zielonymi pozdrowieniami
5 lipca 2007, 19:15 / czwartek
do GieKSaOnTour oczywiście, sorry za błąd.

z biało-zielonymi pozdrowieniami
5 lipca 2007, 23:26 / czwartek
Wojciechowski..... te jego wolne :) niezapomniane do końca życia, wziołbym go z pocałowaniem ręki ale niestety nie ja decyduje ....

Odnośnie porównywania pęczaka do Panów Furtoka lub Piekarczyka - oni w wieku 30 lat(i jakimkolwiek innym) nie byli dogadani z GieKSą by w ostatniej minucie wywinąć takiego wałka a jemu się udało. Wszystko było klepnięte i ustalone od dłuższego czasu i mega rozczarowanie i złośc.

A że łaska kibica na pstrym koniu jedzie (a tym bardziej jeśli dopuszcza się tego ktoś,kto był(!) powszechnie szanowany wsród sympatyków GieKSy) to wątpie by pozwolono mu za kadencji tego zarządu ubrać koszulke GKS ale to akurat woda na Wasz młyn.

Życze szczęscia w II ligowych bojach!
GieKSiarz!
5 lipca 2007, 23:44 / czwartek
GieKSaOnTour

Tak to jest, jak baba zawładnie chłopem ;))

My się cieszymy, bo mamy załataną dziurę po prawej stronie obrony.
5 lipca 2007, 23:58 / czwartek
GieKSaOnTour co ty pieprzysz o honorze. Wy w Katowicach napewno go nie macie. Przypomnij sobie czasy dziurowicza i sposób w jaki zdobywaliście kolejne trofea. A baraże o II ligę? Od dawna było wiadomo, że "wylosujecie" KSZO. A teraz chcieliście Pękiego na sztuczny miód nabrać.
6 lipca 2007, 15:04 / piątek
kontaratak - błagam Cię nie pisz jak nie masz pojęcia....

mecze z Bordeaux,Arisem S. itd też były kupione?

poczytaj o tym co jest teraz,a co bylo wczesniej(Zarząd,struktura klubu itd) a później wyzywaj innych.
6 lipca 2007, 15:31 / piątek
GieKSaOnTour, widzisz to tym bardziej powinniście szanować Pękiego, że chciał do Was juz teraz, jednak sprawy osobiste przeważyły, a Furtok i Piekarczyk w Jego wieku nawet nie pomyśleli o miłości do klubu. Jeżeli jeszcze Furtoka można zrozumieć, bo grał w renomowanym klubie, renomowanej lidz, natomiast Piekarczyk gdzie grał, znasz wogól ten klub?? Dla mnie Piekarczyk jest śmieszny, a zwłaszcza, że mówiąc "Gieksą grał o wyższy kontrakt w Lechii", sranie w banie.

z biało-zielonymi pozdrowieniami
6 lipca 2007, 15:33 / piątek
GieKSaOnTour
6 lipca 2007, 15:04 / piątek
kontaratak - błagam Cię nie pisz jak nie masz pojęcia....

mecze z Bordeaux,Arisem S. itd też były kupione?

poczytaj o tym co jest teraz,a co bylo wczesniej(Zarząd,struktura klubu itd) a później wyzywaj innych.

A co jest teraz ??? Baraże bez gry ???
Szkoda że par nie można było obstawić u buków, bo trochę grosza by wpadło.

A co było kiedyś ??
Ja pamiętam, jak Wojciech (wtedy u was) sfaulował Pawlaka. Pawlak leżał reanimowany przez lekarza za boiskiem, a sędzia za faul na Wojciechu dał mu czerwoną kartkę. Kiedy sędzia karał naszego zawodnika, Wojciech podbiegł do naszego sektora i pokazał nam swoją cipkę. Po czym zapierdolił gola z wolnego.

Jakbyś nie pamiętał tego meczu, tu masz zdjęcie.
odnośnik
Flagę precz z komuną musieliśmy trzymac w rękach, bo wasz zarząd uważał ją za obraźliwą.

Jeśli chcesz, to przypomne jeszcze tobie "niedojazd" na mecz do Gdańska, i kretyńską wypowiedź Kazia Węgrzyna. Dziś nikomu nie przeszkadza, że na tym patencie jedzie Pogoń i Lech.
8 lipca 2007, 04:26 / niedziela
Panowie! Co ma do tego Furtok i Piekarczyk? Przecież tu nie rozchodzi się o to,że Pęki gra i chce grać w Gdańsku. Nikt w Katowicach nie miałby do niego o to żadnych pretensji. Wiadomo,sentymenty sentymentami a życie życiem. Rodzina (w tym wypadku nażeczona), do tego być może większa kasa,a może do tego jeszcze jakieś sprawy,które Pawła trzymają w Lechii. To wszystko można zrozumieć. Problemem jest styl w jakim Pęki nas wystawił. Tego nie robi się klubowi, z którym jest się (podobno)uczuciowo związanym. Jakoś nie przypominam sobie żeby Furtok i Piekarczyk grając w innych klubach mówili,że przechodzą do GieKSy i w dniu pierwszego treningu zmienili nagle zdanie (po półrocznych negocjacjach). Na inne tematy dotyczące naszego ,,braku honoru"itp., nie będę się wypowiadał żeby nie powodować niepotrzebnej napinki. Pozdrawiam kibiców Lechii i cieszę się,że czekają nas ciekawe mecze.
8 lipca 2007, 07:14 / niedziela
Nie ma co sie napinac co bylo to bylo. Chlopaki zaczeli od 4 ligi i sa juz czysci. Co do Pekiego to to ta sytuacje porownalbym do Pawlaka, ktory jest wychowankiem Lechi tylko, ze on grajac u nas zobil nas w chuja :/ Takie zycie. Co do powrotu Pekiego do Gieksy, to mysle, ze jak postanowi wrocic na stare smiecie to zarzad przygarnie go z otwartymi rekoma, bo to jest swietny obronca, a takich w 2 lidze mozna policzyc na palcach jednej reki.
8 lipca 2007, 13:15 / niedziela
chlopaki z gieksy maja racje troche peki ich zrobil w chuja jakby na to nie patrzec
8 lipca 2007, 13:37 / niedziela
Piotr Piekarczyk. - Pół roku rozmawiamy, a on teraz nam mówi, że nie może się przeprowadzić znad morza, bo dziewczyna tak dobrej pracy na Śląsku nie znajdzie.

no wlasnie..."pol roku rozmawiamy"...sam nie wiem co o tym wszystkim sadzic...zamiast sie skupic na grze to filary druzyny (pawlak,peki) w trakcie sezonu z mozliwosciami awansu negocjuje pokatnie z innymi klubami i tylko cud(kobieta) w jednym przypadku uniemozliwila gre w nowym klubie...z niewolnika nie ma pracownika...
8 lipca 2007, 13:47 / niedziela
david to normalne, że jak się kończy dobremu piłkarzowi kontrakt, to dostaje inne propozycje. Pęki wolał stabilizację od gruszek na wierzbie. W Lechii gra 2 lata i wie jak jest. W GieKsie zobaczył jaki jest burdel, to wrócił nad morze.
8 lipca 2007, 13:50 / niedziela
Przeciez trabilem,ze w sprawach transferow,rozmawia sie duzo,duzo wczesniej.
Popieram chlopakow z Gksy.Tak sie nie postepuje !
Z drugiej jednak strony bardzo sie ciesze,ze Peki zostaje w Lechii i lod panowie,
duzo lodu !!!
8 lipca 2007, 14:37 / niedziela
Czarny wierz mi, że w Lechii nikt w zimie nie spał. Pęki bardzo chciał wrócić do GieKsy, ale miłości do klubu na obiad nie zje. Furtok obiecywał mu złote góry, a jak pokazał mu kontrakt, to okazało się że to ledwie pagórki. Lechia ma jedne z najwyższych pensji w II lidze. Zauważ, że Cetnar też szybko wyleczył się z Opola. Przez telefon nie widać rzeczywistości. Na miejscu nie da się tego ukryć.
8 lipca 2007, 14:57 / niedziela
Jest jedno ale...........
Po pierwsze,Peki byl juz dogadany z Furtokiem,co do kasy nie bylo zadnych
watpliwosci.
Po drugie,z tego,co sie orietuje,to Peki wypowiadal sie juz OFICJALNIE o przejsciu
do GKS-u.
Po trzecie,to,ze Peki nie przeniosl sie na gorny slask,to wcale nie jest zasluga
zarzadu,ze wiecej jemu zaplaca,tylko przesadzily sprawy prywatne.
Po czwarte,nie mieli byscie pretesji do niego,ze np.zrobilby tak samo za rok
z nami ?

Zapewniam ciebie kontratak,ze patrze na to wszystko sprawiedliwym okiem.
8 lipca 2007, 15:24 / niedziela
Czarny, co innego dogadał, co innego dostał na papierze. Dopóki nie zobaczył, to mówił. W Katowicach oczy mu się otworzyły.
8 lipca 2007, 15:57 / niedziela
Ok.
Ja wiem swoje,Ty wiesz swoje.
Podsumowanie;
Najwazniejsze,ze Peczak zostaje w Gdansku !!!
8 lipca 2007, 17:56 / niedziela
Lechia ma jedne największych pensji w lidze:))))))))))))))
A to dobre,
To się dopiero nadaje do tematu: Loża szyderców - najlepsze texty na forum.
27 grudnia 2014, 01:49 / sobota
Paweł Pęczak: Młodym piłkarzom brakuje charakteru. (z gw)

Tomasz Osowski: Wie pan, co skłoniło mnie do przeprowadzenia tej rozmowy?

Paweł Pęczak: Nie mam pojęcia.

Zastanawiałem się, jakiego typu osobowości brakuje w szatni dzisiejszej Lechii. Od razu przyszedł mi na myśl pan. "Stalowy Paweł", czyli najprościej mówiąc człowiek z charakterem, lider, przywódca, trochę zakapior.

- Wiem, co się dzieje w zespole, bo przyjaźnię się z Maćkiem Kalkowskim [obecnie jeden z asystentów trenera Jerzego Brzęczka], utrzymuję też stały kontakt z Piotrkiem Wiśniewskim. Rozmawiamy bardzo często na temat dzisiejszej Lechii. Szkoda, że w drużynie jest tak mało ludzi, którzy są emocjonalnie związani z klubem, to dla funkcjonowania szatni bardzo ważne. Nie będę używał wielkich słów, bo większość tych chłopaków na pewno chce, zależy im, ale podejrzewam, że są też wśród nich ludzie, którzy nawet nie wiedzą, co to jest Lechia. Jaki to jest klub, jak było to wszystko budowane i jaka historia się za tym kryje. Brakuje rodowitych gdańszczan, albo takich jak ja, co prawda spoza Gdańska, ale bardzo zżytych z tym miastem i zaakceptowanych przez miejscowych. Od lat mieszkam w Gdańsku i mogę chyba powiedzieć, że jestem gdańszczaninem. Zresztą tu mam większy szacunek niż w swoim rodzinnym mieście [Tychy], ale to już inna historia...

Czego potrzebuje Lechia najbardziej?

- Potrzebuje gościa, który - mówiąc w naszym żargonie - trzymałby to wszystko za jaja. Mocnego charakteru, który jak jest dobrze to może poklepać po plecach, ale jak jest źle to naprawdę zatrzęsie szatnią.

Pamiętam, że jak pan grał w Lechii [lata 2005-2009], między zawodnikami była niesamowita chemia, ale istniało też coś takiego jak hierarchia.

- Jak do zespołu wchodził jakiś nowy zawodnik to musiał zyskać szacunek piłkarzy, którzy coś tam już wcześniej osiągnęli. Teraz te wartości gdzieś się zatraciły, bo młodzież jest bezkarna. Ona zaczyna przygodę z piłką od..., no, żeby nie mówić brzydko, nie od tej strony co trzeba. Naśladując najlepszych zawodników dzieciaki zwracają uwagę przede wszystkim na ich wygląd, chcą mieć takie same fryzurki, buciki. A liczy się przecież coś innego.

Dzisiejszej młodzieży brakuje charakteru? Pan może coś o tym powiedzieć, bo trenuje 12-letnich chłopaków w Gdańskiej Akademii Piłkarskiej Sparta.

- Cóż, wygląda to jak wygląda... Naprawdę z tym charakterem jest słabo. Powtarzam im: macie wszystko, PlayStation, Xboxy i inne bajery. Ja wychowywałem się na podwórku, skakałem po drzewach i ganiałem za piłką. A teraz co? Dzieciak przyjdzie do domu, odrobi lekcje i do komputera. Rodzice muszą go wypychać na trening. Ja musiałem prosić rodziców, żeby puścili mnie na trening, teraz jest odwrotnie. Czasami rodzice przesadzają, bo nic nie można robić na siłę, a taki dzieciak chodzi i na piłkę, i na judo, i na tenis, i ma przez to mętlik w głowie. Najgorzej, jak dziecko nie chce, a jest do tego zmuszane. Dla mnie to czysta głupota, jak nie chce uprawiać sportu, to nie, nic na to nie poradzisz.
27 grudnia 2014, 01:52 / sobota
Musi się pan czasami hamować w pracy z tymi młodymi chłopakami?

- Hamuję się, ale "suszarkę" to mają cały czas. Jak przegrają to nie ma wybacz, jednak oni są już przyzwyczajeni, że dużo wymagam. Lekki w obyciu nie jestem, ale nikt z mojego powodu nie zrezygnował z treningów. Oni są w takim wieku, że można już kształtować ich charakter, ale jest mega, mega, mega ciężko. Opowiem pewną historię: byliśmy na obozie na Mazurach, załatwiłem im mecz jak na Lidze Mistrzów. Światełka, super boisko. Chłopaki 12 lat, gdzie ja w ich wieku mogłem grać przy jupiterach, na dywanie. Wieczorem po kolacji patrzę, a wszystkie kibelki są zapchane papierem toaletowym. Taka szczeniacka zabawa. Strasznie się wkurzyłem i uznałem, że trzeba pokazać im szkołę, bo zwyczajnie mają za dobrze. Spytałem się organizatorki naszego pobytu, gdzie tu mają najgorsze boisko w okolicy. Zaprowadziła mnie, trzeba było iść dobre 30 minut. Popatrzyłem - jedna bramka przewalona, druga stoi krzywo, wygięta poprzeczka, trawa po kostki. Idealnie, tego szukałem! Pokażę młokosom, w jakich warunkach kiedyś człowiek musiał pracować, żeby do czegoś dojść. Na drugi dzień zabrałem ich na to boisko, zanim doszli, to już byli zmęczeni. No, ale oczywiście wszystko było przygotowane jak na normalny trening, woda itp. Żebym nie wyszedł na nie wiadomo jakiego kata. No i zrobiłem krótkie zajęcia. Mówię do jednego chłopaka: - Uderz piłkę, daj pasa. On na to: - No jak trenerze, trawa jest za wysoka, nie da się. Ja odpowiadam: - Jak za wysoka. Trzeba trochę więcej energii włożyć w uderzenie i pójdzie. No i jakoś poszło. Po treningu ich zebrałem i mówię: - Patrzcie. Macie superboiska, równa trawa, światełka, buciki, różowe, żółte, seledynowe i jakie tam jeszcze są kolory. Nie korkotrampki ze Stomilu jak za moich czasów. Doceńcie to! Przeszli wtedy niezłą szkołę życia, pamiętają tę lekcję do teraz i szanują to, co mają. Na pewno dzieciakom to w głowie zostanie. Jak bym tylko pokrzyczał, to szybko by zapomniały.

Jak trafił pan do Sparty? Podobno wcześniej były jakieś wstępne rozmowy dotyczące pracy w Lechii?

- Była propozycja, żeby popracować z młodzieżą, ale ja jestem konkretnym człowiekiem, który oczekuje konkretnego postawienia sprawy. Rozmawiałem z Tomkiem Borkowskim [koordynator grup młodzieżowych Akademii Piłkarskiej Lechii], miał się do mnie odezwać. Czekałem, czas mijał, a ja nie lubię się o nic prosić. W międzyczasie dostałem konkretną propozycję ze Sparty i z niej skorzystałem. Chociaż na początku długo się zastanawiałem, bo nigdy bym nie pomyślał, że z moim charakterem i podejściem nadaję się do pracy z dzieciakami. Pukałem się w czoło i myślałem - co ja robię? Bałem się tego, ale namówił mnie Krzysiek Brede [wychowanek, a potem trener w Lechii, obecnie asystent Michała Probierza w Jagiellonii]. Szybko dogadałem się z prezesem Sparty Rafałem Płockim, nadajemy na tych samych falach, nasza współpraca świetnie się rozwija. Jestem bardzo zadowolony, mocno zżyłem się z chłopakami [roczniki 2002 i 2003]. Gramy w niższej lidze, ale wiadomo oni dopiero debiutują. Jesteśmy w czubie tabeli, mamy szanse na awans.

Taka praca daje satysfakcję?

- To jest zupełnie inna robota niż trenerów w Lechii, gdzie są wyselekcjonowani zawodnicy, najlepsi z regionu. Ja mam chłopaków z osiedla. Orunia, Orunia Górna, dzieciaki z bloków. Cieszymy się z każdego wygranego meczu.

Przyjmuje pan każdego, kto się zgłosi?

- Oczywiście. Czasy są teraz takie, że trzeba płacić, żeby dziecko grało w piłkę nożną. I to jest straszne, bo później masz dylematy. Wiadomo, że rodzic chce, żeby jego dzieciak grał w każdym meczu ligowym, a przecież nie ma na to szans. Ale wytłumacz to mamie lub tacie, którzy mówią: - Przepraszam, ale ja płacę parę złotych miesięcznie za dziecko, czemu ono siedzi na ławce i nie gra?

Za pana młodzieńczych czasów było inaczej.

- Sytuacja była prosta: albo byłeś dobry i grałeś, albo byłeś słaby i nie grałeś. To przede wszystkim ja sam chciałem trenować, poprawiać się, eliminować mankamenty. Teraz dzieciaki wszystko mają na tacy i im się nie chce. No, ale skoro do wyboru jest 40 innych zajęć.
27 grudnia 2014, 01:56 / sobota
Nosi pan jeszcze w sobie żal, że latem 2009 roku musiał odejść z Lechii.

- Na pewno nie mam żadnych pretensji do kierownictwa klubu. Może mogę mieć trochę żal do Tomka Kafarskiego [ówczesny trener Lechii], że nie dał mi prawdziwej szansy po kontuzji. Wiadomo, miał swoją politykę kadrową i w tym swoim zespole niby mnie nie widział. Jednak prawda jest taka, że co innego mówił mi, kiedy wracaliśmy z Gliwic, po wygranym 2:0 meczu z Piastem, który dał nam utrzymanie. Podkreślał, że nie mam się martwić i że zostaję w zespole. Takie słowa padły, było mnóstwo świadków, koledzy z drużyny też je słyszeli. No, ale minęło już dużo czasu, czas goi rany. Nieraz widziałem się z Tomkiem przy okazji mojej gry w Kaszubii Kościerzyna, mieliśmy okazję porozmawiać.

Podobno przyczyną takiej decyzji Kafarskiego był...

- ... zatarg między nami?

A tak to można nazwać?

- Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, jaki miałem charakter i mam do teraz, chociaż wykorzystuję go w innej formie. Może nie był to zatarg, kiedyś padły między nami pewne słowa. Może o to Tomek miał do mnie żal i chciał w jakiś sposób mnie ukarać, albo pokazać, że to on jest trenerem i panem? Wielka szkoda, że tak się stało, bo po odejściu z Lechii wszystko zaczęło kuleć. Trudno, tak się życie potoczyło.

Duży wpływ miała kontuzja, którą złapał pan po awansie drużyny do ekstraklasy.

- Nie mogłem grać przez całą pierwszą rundę. Tam był jakiś błąd w sztuce przy leczeniu, straciłem pół roku, nie chcę do tego wracać i grzebać w trupach. Sam jestem ciekaw jakby się to potoczyło gdybym przy tej dyspozycji normalnie zaczął sezon, bo naprawdę byłem w gazie.

Ale wiosną 2009 roku trzy mecze w ekstraklasie w barwach Lechii zdążył pan rozegrać?

- Z tego się najbardziej cieszę i to jeszcze w roli kapitana. Tego nigdy nie zapomnę, to było dla mnie wielkie przeżycie. Zawsze będę miał ten klub najbardziej w sercu, mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości znów będę w Lechii i wówczas zrobię wszystko, żeby w jakiś sposób jej pomóc.

Jakie są pana najlepsze wspomnienia z Lechii? Może strzelone bramki, szczególnie te z Kmitą Zabierzów albo Piastem Gliwice?

- Tych moich goli było mało, ale wszystkie były ważne. Pamiętam tę bramkę z Kmitą, zdobytą w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry. Zwycięstwo 1:0 dało nam dość komfortową sytuację w tabeli. Gole z Piastem to też fajna historia, czasami je sobie wspominamy z Arturem Andruszczakiem. "Andrus" niedawno na facebooku wystawił swoją bramkę z tego meczu [zdobytą po fantastycznym rajdzie i minięciu kilku rywali], od razu dałem ripostę - zobacz gola na 3:0 [Pęczak zdobył ją lobując bramkarza z okolic linii środkowej]. Odpisał: piękniejsza Pawle. Fajnie, że ludzie o tym pamiętają.
27 grudnia 2014, 01:59 / sobota
Najbardziej pamiętają dający awans do ekstraklasy zwycięski mecz ze Zniczem, po którym popłakał się pan przed kamerami. Dziś rzadko zdarzają się takie reakcje.

- Rzeczywiście, w czasie rozmowy się popłakałem. Zrobiliśmy wówczas kawał dobrej roboty, cały ten sezon we mnie siedział, emocje się skumulowały. Piękne chwile.

To był rzeczywiście niezwykły sezon, bo kiedy Dariusz Kubicki obejmował zespół, byliście dopiero na 12. miejscu w tabeli.

- Co by się nie działo, zawsze będę Darka miło wspominał. Wydaje mi się, że on do dziś mnie tak samo szanuje, jak ja jego, chociaż między nami relacje różnie się układały. To on ukształtował mnie jako człowieka, utemperował. W tamtym sezonie dostawałem mniej żółtych kartek, bo to się zwyczajnie nie opłacało. Jak wypadłeś ze składu mogłeś już nie wrócić. Jak przychodził, to akurat "wisiałem" za czerwoną kartkę na Motorze Lublin, zresztą niesłuszną. W związku z tym, nawet kiedy kara już minęła, na początku na mnie nie stawiał, a we mnie wręcz buzowało. Jak to, ja podstawowy zawodnik i nie gram? Ale to właśnie dzięki temu wówczas spokorniałem. On sam potem mi powtarzał: widzisz, wychowałem sobie "Pękiego" i ile potem dał drużynie. Zresztą tworzyliśmy wówczas taki zespół, że mógł wystawić dwie różne jedenastki i nie było widać różnicy. Jak graliśmy środowe gierki, to iskrzyło niesamowicie, bo każdy walczył o miejsce w składzie. Taka była rywalizacja.

Wracając na moment do wspomnianego meczu ze Zniczem. Pamięta pan, kto wówczas biegał w ataku zespołu z Pruszkowa?

- Oczywiście. Jak dziś pamiętam tę akcję, kiedy Robert Lewandowski "wkręcił" Huberta Wołąkiewicza i trafił w słupek. Z tego poszła kontra, zagrałem w pole karne do Pawła Buzały, "Buzi" był faulowany, a Maciek Rogalski strzelił z karnego zwycięską bramkę. Gdyby "Lewy" był wówczas precyzyjniejszy...

Jak wy odbieraliście go z boiska. Nikt, oczywiście, nie był w stanie przewidzieć, że zrobi taką wspaniałą karierę, ale czuliście, że coś w sobie ma?

- Już wtedy było widać, że to chłop, który będzie grał w poważną piłkę. To nie przypadek, że w II lidze strzelił tyle goli. Ponad 20 bramek w sezonie bez względu na szczebel rozgrywek, to już jest materiał na klasowego napastnika. Ja za bardzo na niego nie wpadałem w trakcie meczu, ale Hubert czy "Manek" [Jacek Manuszewski], podkreślali jak ciężko go było kryć. Mówili, że jest silny jak tur i bardzo ciężko zabrać mu piłkę, przepchać. Dziś to już klasa światowa.
27 grudnia 2014, 02:02 / sobota
Uchodzi pan za "kartkowego" rekordzistę Polski. Wie pan, ile dostał w karierze żółtych i czerwonych kartek.

- Sam jestem ciekawy.

78 żółtych i pięć czerwonych.

- Nie za dużo chyba, co? Szczerze mówiąc myślałem, że więcej. Te pierwsze kartki jeszcze w ekstraklasie za młodego, to była głupota. A potem leciało już za nazwisko. Po incydencie z Mietkiem Agafonem [były piłkarz m.in. Górnika Zabrze], kiedy złamałem mu nos podczas sparingu, sędziowie zaczęli mnie traktować w specjalny sposób. Co bym nie zrobił, to na dzień dobry dostawałem żółtą. Wtedy już mieli z Pęczakiem spokój, mieli go ułożonego na cały mecz. Ale wiele z tych kartek było niesłusznych. Z tych 78 żółtych i pięciu czerwonych, żadnej nie dostałem za faul z premedytacją. Nigdy nie chciałem w sposób złośliwy unieszkodliwić rywala. Tak jak Vinnie Jones, który nawet wydał na ten temat specjalny podręcznik.

Albo pana przyjaciel z GKS Katowice Adam Ledwoń.

- "Ledek"... Jemu zawdzięczam bardzo dużo, on dla nas młodych był kimś, chociaż nie był ode mnie dużo starszy [trzy lata]. Został kapitanem w wieku 21 lat, w zespole gdzie był np. Janusz Jojko. Zresztą wtedy wchodziłeś do szatni i na osiemnastu gości, piętnastu miało wąsy. To były takie czasy, a on jako młokos został kapitanem tej ekipy. Można sobie wyobrazić, jaki musiał mieć charakter. Dla mnie był idolem, uczył mnie wszystkiego, tych dobrych zagrań i tych łokci też. Jak ktoś mu się naraził to nie było zmiłuj. Ale wtedy miał łatwiej, bo nie było Canal+, nie było tylu kamer, powtórek. Gdyby grał w obecnych czasach, to podejrzewam, że dużo by sobie nie pograł, większość czasu by pauzował.

A może niektóre pana kartki wynikały jeszcze z innych rzeczy? Wówczas w lidze szalała korupcja, czasami sędziowie mogli z premedytacją kartkować zawodników.

- Ciekawa teoria. To co powiedział młody Dziurowicz, po tym wszystkim, co on nawywijał. Szkoda gadać. Jego świętej pamięci ojciec Marian to był wielki człowiek i mam wielki szacunek dla niego, ale jego syn... Nie chcę już do tego wracać, do tej machiny z sędziami. Czy ja kiedyś dostałem żółtą kartkę z przekrętu? Możliwe, że niektóre były pokazywane specjalnie, żeby przeciwnik mógł łatwiej wygrać. Nie chcę gdybać, bo tego nie wiem.

Grał pan kiedyś w meczu, podczas którego zdał pan sobie sprawę, że ewidentnie coś jest nie tak?

- Nigdy czegoś takiego nie odczułem. Zresztą ja nie muszę się niczego obawiać, nigdy nie brałem w czymś takim udziału, dlatego śpię spokojnie.

Zatem większość pana kartek była efektem ogromnego zaangażowania, ambicji, chęci zwycięstwa?

- To jest śląskie wychowanie. Nawet jak grałem w Lechii, mówiłem do chłopaków: ja was kiedyś zabiorę na Śląsk, zobaczycie, jak tam jest, jak się trenowało na żwirze, gdzie liczył się przede wszystkim charakter. W moich młodzieńczych czasach nie było lekko. Rodziców nie interesowało, o której mam trening. Byle bym przyszedł do domu i miał lekcje odrobione, to było najważniejsze. Ja nie mówię tego z wyrzutem. Dziękuję rodzicom za to, że w moim domu nie liczyła się tylko piłka. Warunkiem było to, że musiałem się dobrze uczyć, dopiero potem mogłem jechać na trening do Katowic. Szósta klasa podstawówki, a ja zapierniczałem autobusem 22 km w jedną stronę. To była szkoła życia, nie ma porównania z dzisiejszymi czasami. Jako juniorzy graliśmy w piłkę na bosaka w hali zapaśniczej. A potem pod Spodkiem nie przechodziłeś, tylko biegłeś. Raz, dwa, trzy i "szpula", żeby cię nie złapali. Nie to co dzisiaj, podwózka na trening i te sprawy. Tamte czasy już nie wrócą, ale przez to te charaktery gdzieś się zatracają, nie kształtują tak jak powinny.
27 grudnia 2014, 02:06 / sobota
Przez te lata zmieniło się rzeczywiście bardzo wiele. Jak wypada porównanie poziomu ekstraklasy, z czasami, kiedy pan w niej grał?

- Pod względem umiejętności technicznych zawodników, według mnie liga była lepsza za moich czasów. Teraz, oczywiście, też są dobrze wyszkoleni piłkarzy, ale biorąc pod uwagę całokształt, to średnia umiejętności wszystkich zawodników wówczas była wyższa. Jak rozmawiam ze starszymi kolegami to wszyscy podkreślają, że za naszych czasów młodym było bardzo ciężko. Musiałeś być naprawdę dobry, żeby się przebić i grać. Jak debiutowałem w ekstraklasie w wieku 19 lat, to był dla mnie taki zaszczyt, że minuta czy dwie spędzone na boisku były wielkim przeżyciem. Teraz nastolatki często grają, bo są młodzi, a nie dlatego, że są dobrzy. Zagrają trzy niezłe mecze i już za chwilę tłum menedżerów się kręci, skauci, zagraniczne kluby. Potem następuje zderzenie z rzeczywistością.

Ostatni przykład z gdańskiego podwórka to Paweł Dawidowicz.

- Szkoda chłopaka, zapowiadał się bardzo fajnie. Przy tym wzroście miał świetny odbiór piłki, dokładne podanie, potrafił jednym pasem rozerwać linię obrony rywala. Naprawdę dobrze wyglądał, ale w tej Benfice, póki co, mu nie idzie.

Nie lepiej mając 17-18 lat zostać jeszcze na dwa sezony w ekstraklasie, okrzepnąć i dopiero potem wyjeżdżać, już jako gwiazda naszej ligi?

- Zależy, jak kto będzie do tego podchodził. Czy przez pryzmat pieniędzy, czy wiary we własne umiejętności, kiedy wiesz, że prędzej czy później swoje zarobisz. Zaryzykować zawsze można, bo jak wyjedziesz za granicę i ci się nie uda, polski klub z ekstraklasy zawsze przyjmie cię z powrotem z otwartymi rękoma.

Tylko że kiedyś piłkarze wracali w wieku 32-33 lat, a teraz dużo szybciej.

- I to jest problem.

Za pana czasów ekstraklasa stała może na wyższym poziomie sportowym, ale wszystko wokół było mocno przaśne.

- Czasami tak sobie myślę - szkoda, że człowiek nie urodził się te 8-10 lat później. Nie dane mi było pograć na tych wszystkich nowych, pięknych stadionach. Ominęła mnie ta cała otoczka medialna, zainteresowanie mediów. Ale co zrobić. Ja się cieszę, że po zakończeniu tej przygody z piłką w miarę mi się poukładało i zderzenie z rzeczywistością mnie nie zabiło.

Przygody, nie kariery? Uważa pan, że mógł wycisnąć z niej więcej?

- Powiem tak: gdyby nie te kontuzje, głównie mięśniowe, to mogło być inaczej. Wiadomo, dziś od strony opieki medycznej, fizjologii wszystko poszło mocno do przodu. Mój organizm już w młodym wieku był strasznie eksploatowany - grałem non stop, czy to w ekstraklasie, czy w juniorskich reprezentacjach Polski. Gdzieś to wszystko musiało się odbić, zresztą nie tylko na mnie. Wielu chłopaków miało podobne problemy.

Mówił pan o juniorskich reprezentacjach Polski, potem była młodzieżówka, ale w tej dorosłej kadrze nie udało się zagrać.

- Tak wyszło. U trenera Janasa w młodzieżówce grałem praktycznie cały czas, potem zaczął wchodzić "Baszczu" [Marcin Baszczyński] i to on się załapał do reprezentacji narodowej. Z tego naszego rocznika 77 było dużo chłopaków, którzy fajnie się rozwinęli, wyjechali na zachód.

Pan nie wyjechał...

- Nigdy nie miałem menedżera, bo wychodziłem z założenia, że jak dobrze grasz, to go nie potrzebujesz. Może dlatego. Były zapytania, ale czasami człowiek nawet o tym nie widział. Jak grałem w Katowicach interesował się mną Maastricht, który wtedy grał w holenderskiej II lidze. Oglądali mnie w meczach ligowych, była konkretna propozycja, ale ja dowiedziałem się o tym pół roku później. Takie to były czasy, interesował się tobą zagraniczny klub, a ty nawet o tym nie wiedziałeś, bo twój aktualny klub nie raczył cię o tym poinformować. To było chore. Jednak najbardziej przeżyłem historię z 2008 roku. Pojechaliśmy z Lechią do Katowic na mecz z GKS. Na tym spotkaniu był Adam Ledwoń, który wówczas występował w austriackiej Bundeslidze, w zespole Austria Kärnten. I on przyjechał ze swoim prezesem oglądać jakiegoś zawodnika GKS. Po meczu dzwoni telefon, po drugiej stronie "Ledek": - Słuchaj, mój klub cię chce, pakuj się i dawaj do Austrii. Ja na to: - Chwileczkę, czekaj, w autokarze jestem. Zadzwoń jutro, porozmawiamy na spokojnie. Na drugi dzień znów dzwoni. - Prezes mówi, że bierze cię w ciemno, po jednym meczu. Oglądali kogoś innego, ale tak im się spodobałeś, że chcą ciebie. Ja dałem rekomendacje, przyjeżdżasz do Austrii i podpisujesz. Trzeba tylko podopinać szczegóły, wszystko dograć.

To była dla mnie ostatnia szansa na wyjazd zagraniczny, miałem już 31 lat. Chciałem ją wykorzystać. Dosłownie kilkanaście dni później Adam popełnił samobójstwo... Kiedy dowiedziałem się o tym od Grzegorza Szamotulskiego, nie uwierzyłem. Do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego tak to się wszystko potoczyło.
27 grudnia 2014, 02:09 / sobota
Miał pan również ofertę egzotyczną, z Chin.

- Jakiś menedżer się zgłosił, za bardzo nie wierzyłem w to wszystko i dobrze, że w to nie brnąłem. Był kiedyś taki piłkarz Mariusz Nosal. On się skusił i pojechał. Potem mi opowiadał: "Pęki, Boże święty, dobrze żeś tam nie pojechał. Wysiadłem na lotnisku, tysiące takich samych ludzi, stoją jacyś goście z tabliczkami, na tabliczkach krzaczki, a ja nie wiedziałem, o co chodzi. Czy ktoś po mnie wyszedł czy nie? Telefon nie działa, masakra jakaś." Cud, że się tam nie zgubił na amen. Kiedy przyjechał, zespół miał akurat roztrenowanie, więc on nie trenował, do tego jakieś dziwne jedzenie. Kompletna porażka, zwiał stamtąd po tygodniu.

Mimo że nie występował pan w żadnym zagranicznym klubie, z kilkoma świetnymi zawodnikami miał pan okazję stanąć oko w oko. Chociażby, kiedy z Amicą Wronki grał pan w europejskich pucharach. Którzy z nich byli najlepsi?

- Irański napastnik Ali Daei z Herthy Berlin oraz Jose Mari z Atletico Madryt [potem grał m.in. w Milanie]. Muszę też wspomnieć o jednym Polaku, z którym zresztą miałem okazję grać w Amice. To Paweł Kryszałowicz, po prostu niesamowity gość. To co wyprawiał z nami na treningach, to się w głowie nie mieści! Niby szedł na ciebie na wprost, ale tak pokręcił tymi swoimi krzywymi nogami, że nie wiedziałeś, co się dzieje. Miał niesamowitą technikę, świetną lewą nogę, którą tak specyficznie zamiatał. No i jeszcze coś: był niesamowicie charakterny. Co my się na treningach poobijaliśmy [śmiech]. Ja mu z łokcia, on mi z łokcia, ja wślizg, on jeszcze ostrzejszy. Oj, nie odpuszczaliśmy sobie. On zresztą nigdy nie odpuszczał, bardzo go za to ceniłem. W ogóle kapitalna osoba. Teraz realizuje się jako działacz, a ile on zrobił dla swojego Gryfa Słupsk, to mała bania. No i nie mogę jeszcze raz nie przypomnieć Adama Ledwonia. To był kawał zawodnika...

Piękne wspomnienia, ale - tak jak pan mówił po zakończeniu kariery - odnalazł się pan w codziennej rzeczywistości. Oprócz zajęć z młodymi piłkarzami jest jeszcze praca w siłowni.

- Muszę w tym miejscu podziękować Krzysztofowi Kozłowskiemu, który wyciągnął do mnie rękę, kiedy przestałem grać. Jak wróciłem do Gdańska z Tychów, byłem bezrobotny, wtedy zadzwonił do mnie z propozycją pracy. Poznałem go, kiedy miałem kontuzję, on mnie postawił wówczas na nogi, dzięki niemu zagrałem w barwach Lechii w ekstraklasie. Krzysiek zadzwonił, że jest praca w siłowni Aquarius na Suchaninie, dał mi swoje rekomendacje. Mnie zawsze ciągnęły te klimaty. Trzeci rok tu pracuję i jestem bardzo zadowolony. Zresztą zapraszam wszystkich chętnych, zapewniamy naprawdę profesjonalną obsługę.

Często spotyka pan w siłowni kibiców Lechii?

- Często i to jest bardzo fajne, że ludzie mnie pamiętają. Od razu zaczyna się 1000 pytań do "Pękiego" [śmiech]. Dlaczego jest tak źle, co trzeba zmienić itd. I od razu dodają: gdybyś ty był w zespole, z twoim charakterem, to by było inaczej. W takim momencie człowiek ma takie uczucie, że chyba coś dla tej Lechii zrobił. To dla mnie budujące.

Cały czas nie ma pan prawa jazdy?

- Nie mam, dzięki temu utrzymuje formę. Samochód ułatwia życie, ale i rozleniwia. Komunikacja miejska mi wystarcza.

A co z karierą trenerską, nie chciałby pan kiedyś popracować z seniorami?

- Myślę o tym. Mam papiery uprawniające do prowadzenia zespołów do III ligi włącznie. Chcę robić kolejne kursy, na wyższą kategorię, fajnie byłoby kiedyś poprowadzić seniorów. Ale to też jest duże ryzyko. Bierzesz jakąś drużynę, rzucasz pracę i za chwilę klub cię zwalnia. Jako trener rezerw GKS Tychy zrobiłem awans do ligi okręgowej, ale potem zostałem potraktowany jak śmieć. Jak w twoim rodzinnym mieście robią z ciebie szmatę, to wszystkiego się odechciewa. Zraziłem się do GKS, zresztą Radek Gilewicz może coś o tym powiedzieć. Jednak, kiedy wracam na święta do Tychów, to zawsze zbieramy się starą dobrą ekipą. Bartek Karwan, Andrzej Szłapa, Wojtek Szala, Albin Wira, właśnie Radek Gilewicz. Bez względu na pogodę - czy śnieg, czy mróz, czy deszcz, spotykamy się i gramy. Jaka tam jest walka, jakie kłótnie. Ale o to chodzi! Na "wjazd" jest krata piwa i butelka wiśniówki, więc po meczu atmosfera też jest niczego sobie [śmiech] Jednak swoją przyszłość wiążę z Gdańskiem, tu jest moje nowe miejsce na ziemi.
27 grudnia 2014, 16:01 / sobota
" I od razu dodają: gdybyś ty był w zespole, z twoim charakterem, to by było inaczej. W takim momencie człowiek ma takie uczucie, że chyba coś dla tej Lechii zrobił."

Święta prawda!

TYLKO LECHIA!
27 grudnia 2014, 16:24 / sobota
To pokazuje jaki Paweł i reszta ekipy Kubickiego mieli u nas szacunek.
Mimo swoich umiejętności które wydaja się teraz niewystarczającymi na walkę o wyższe cele w ekstraklasie i też kilka wtop po drodze po awans-remis z Pelikanem czy przegrana z Łomżą czy baty w Gliwicach nikt nie nazwałby tych piłkarzy kalekami,pizdami czy innymi.
I nie chodzi tu o napływ nowych kibiców nie będących na co dzień z tamtymi realiami-bardziej chodzi o to że tamci piłkarze zdobywali szacunek na boisku-naprawdę czuliśmy się 12 zawodnikiem tej drużyny.
Obecnie chodzę już chyba trzeci rok na nowy stadion na którym czuję się jak na wyjeździe w obcym mieście.
A druzyna?Czuję się jakbym był na wakacjach za granicą i z nudów poszedł na mecz miejscowej drużyny i na te 90 minut sympatyzował z nią.
Chemii nie ma między piłkarzami ale na pewno nie ma też miedzy nimi a kibicami.
27 grudnia 2014, 19:17 / sobota
Rozmowa z Pękim od "A" do "ZET" super. Pan Paweł Pęczak to jest Gość. Tyle.
27 grudnia 2014, 20:12 / sobota
Gregory: Piszesz:"
Obecnie chodzę już chyba trzeci rok na nowy stadion na którym czuję się jak na wyjeździe w obcym mieście".

Jedno zdanie z Twojej wypowiedzi i tyle śmiechu...

1. Obecnie chodzisz na nowy stadion CHIBA trzeci rok?
2. Na którym czujesz się jak na wyjeździe? I w obcym mieście? W obcym mieście?!

No nie wiem, może ja już nic nie kumam, może się niektórym geografia poprzestawiała? Może brak wyników i widoków na jakiś zajebisty dwumecz z mołdawskim tytanem czyni niezrozumiałą dla mnie frustrację?

Nie chcę Cię obrażać - choć mnie korci - bo pewnie dobry z Ciebie chłop, ale miej na uwadze ten prosty fakt: Lechia to jest przestrzeń, od 1945 roku do teraz. Zawsze gra u siebie. Nigdy nie przegrała i nigdy nie przegra!
Jeśli masz jeszcze jakieś pytania to odsyłam do starszych Kolegów, bo ja nie jestem tu kompetentny.
27 grudnia 2014, 20:18 / sobota
"kilka wtop po drodze po awans-remis z Pelikanem" - akurat ten mecz uważam za jeden z topowych meczy zaraz po meczu z Odrą w Opolu i Kmitą u nas, po których zespół uwierzył ze jak sie chce to mozna wszystko.
Nie zapomne tego siadu na kolana u przeciwników po gwizdku koncowym:)

TYLKO LECHIA!
27 grudnia 2014, 20:24 / sobota
Eliot bardzo to proste-
Napisałem że chodzę chyba 3 rok bo w momencie pisania tego tekstu nie pamiętałem dokładnie czy debiut nowego obiektu z Cracovią był w 2011 czy 2010-pisałem na szybko i nie chciało mi się sprawdzać.

A co do czucia się jak na wyjeździe w obcym mieście?
Inaczej czułem się przez lata na meczach na Traugutta a inaczej na wyjazdach w Bydgoszczy,Poznaniu czy Legnicy np.
Na nowym stadionie niestety nie czuję się jak u siebie-nie ma magii tego miejsca-piętna kilku Lechijnych pokoleń.
Ale cóż -może to ma tak trwać-tradycji nie zbuduje się pstryknięciem palcem-może w 2025 jak dożyję będę czuł jakąś więź z tym miejscem.
27 grudnia 2014, 21:55 / sobota
Gregory:
temat magii miejsca to jest rzecz zupełnie oczywista, dla wielu z nas...
Traugutta to jest inna bajka, inna historia...
Ten nowy jest po mojemu w Gdańsku. Chciałbym, aby wypełniał się tak jak Millwall i tym podobne, stadiony kultowych ekip. Chciałbym żebyśmy poczuli się na tym stadionie jak u siebie...
Mamy gdzie wrócić - mam nadzieję - może nie w 8 - 12 tysia, ale chociaż w 400 osób.
Błagam, nie epatuj mnie wyjazdami, bo ja zwyczajnie na nie nie jeździłem. Klimat znam z Gronowa, czy z górki, ale generalnie nie mój klimat.
Pozdrawiam
el
27 grudnia 2014, 22:01 / sobota
Pęki, szkoda,że Ciebie w szatni nie ma, bo rozruszałbyś te na żelowane wynalazki.
Dobry piłkarz,świetny gość i oby więcej takich wywiadów.
Pozdrawiam i Dzięki za te wspaniałe czasy!!
Copyrights lechia.gda.pl 2001-2019. Wszystkie prawa zastrzeżone.
kontakt | 0.329